Sigi: A Fart for Melusina

Wydawałoby się, że trudno skopać grę platformową. Przynajmniej mnie nie zdarzyło się grać w coś tak kiepskiego, żeby zapadło w pamięci. Sigi jednak będzie pierwszą taką pozycją.

Z materiałów promocyjnych można było poczuć klimat platformówek z lat 90. Mnie konkretnie przeszyły na myśli czasy Amigi i gier, w jakie na niej grałem. Dobrze się wtedy bawiłem, więc wyszedłem ze wstępnego założenia, że i to da mi choć trochę frajdy. Niestety, przeceniłem tę grę. Do przejścia dostałem 20 plansz. Spośród nich cztery były przeznaczone na bossów, a pozostałe po prostu do zaliczenia. Te pozostałe były bardzo krótkie, nieskładne i strasznie powtarzalne. Nie można było na nich znaleźć wyzwania jako takiego, jedynie upierdliwość od czapy rozłożonych przeszkód. Ale to nie skakanie było najgorsze, przeciwnicy przebili wszystko inne. Pojawia się kilka typów, od wolnych zombie, przez szybkie szkielety, po jakieś latadła. Ich pojawienie zawsze dawało dwa efekty. W pierwszym i najczęstszym kompletnie nie przeszkadzali, nawet gdy była ich mała horda. W drugim, rzadszym, wkurzali dość mocno, bo ich obecność była upierdliwością dla upierdliwości – ani nie było jak sensownie ich ominąć, ani ubić, więc po prostu się wpadało na nich i traciło serce. Niby pomocą i chyba też urozmaiceniem miały być różne bronie, które co jakiś czas wpadały i podmieniały obecnie posiadaną, ale jednak w większości tylko zamulały rozgrywkę. Po prostu najlepsze były miecze do rzucania, a każdy topór czy inne udko kurczaka tylko powodowały frustrację z szukania odpowiedniego punktu do trafienia wroga. Jeśli chodzi o bossów, również idą w czystą upierdliwość dla upierdliwości, przejście ich nie daje żadnej satysfakcji z pokonania czegoś wymagającego. Tak przynajmniej wygląda kwestia pierwszych trzech. Ostatniego nawet nie ubiłem, bo twórca przeszedł sam siebie w rozplanowaniu czegoś tak kompletnie frustrującego i daremnego, że lepiej było to po prostu olać.

W ogóle już sam pomysł na rycerza, który goni za syreną, wcześniej spłoszoną pierdem, jest słaby, nie mówiąc o później padających żałosnych, „żartach”. Grafika też jednak nie oferuje nic ciekawego, a najzabawniejsze jest to, że potrafi przyklatkować, gdy pojawia się więcej przeciwników. Natomiast muzyka po prostu denerwuje. Rozgrywka najczęściej nudzi, a przy bossach frustruje kiepskim designem. Nie polecam.


Ocena: 2/10


Serdecznie dziękujemy Sometimes You
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: pixel.lu
Wydawca: Sometimes You
Data wydania: 7 września 2018 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 145 MB
Cena: 21 PLN

Gra jest także dostępna na Nintendo Switch w cenie 20 PLN.

Zobacz także:

2 komentarze

  1. Robert napisał(a):

    Pierwszego bosa nie byłem w stanie ubic nawet jak nazbierałem sobie duzo zyc 🙂 ogolnie bardzo prosta jestli chodzi o wykonanie gierka. powina byc max za 5zł

    • Quithe napisał(a):

      Taa, jeden wielki chaos tam jest… Trzeba było bardzo szybko i sprawnie biegać za gadem, gdy lądował w murze.
      I teraz pomyśl, że ostatni boss jest jeszcze gorzej rozplanowany. Środkowi są łatwiejsi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *