Splatoon Raiders
Salmon Run do potęgi dziesiątej.
Podejście Nintendo do rozwoju serii Splatoon jest bardzo interesujące. O ile główne dania w dotychczasowych grach, czyli sieciowe tryby multiplayer dla ośmiu graczy, nie różnią się od siebie drastycznie, a kolejne odsłony po prostu dopracowują formułę zapoczątkowaną na WiiU, tak w trybach singleplayer deweloper wciąż stara się drastycznie eksperymentować z nowymi pomysłami przy okazji kolejnych kampanii. DLC do trójki, Side Order, przerobiło Splatoona na roguelike’a. Natomiast Splatoon Raiders – pierwszy spin-off w historii serii – odpowiada na pytanie: „ Co by było, gdyby Splatoon był looter shooterem ”.
Inspiracje takimi tytułami jak Borderlands czy Destiny czuć w Raiders od samego wstępu. Muzyczne trio Deep Cut znane ze Splatoona 3 wyrusza na tajemniczy pokryty gęstą mgłą archipelag mający skrywać niezliczone ilości łupów, które mają pomóc w spłacie długów, w których tonie metropolia Splatsville. Niestety helikopter, którym podróżują nasze gwiazdy oraz ich pilot, rozbija się. Na szczęście wychodzą z tego cali i nie pozostaje im nic innego, niż odkryć tajemnicę stojącą za niezbadanym regionem, znalezienie drogi do domu i zebranie wystarczającej ilości skarbów, aby spłacić długi i dodatkowo zarobić na imponujące kieszonkowe. Co ciekawe, najtrudniejszą robotę bierze na siebie pilot.

Na ekranie dzieje się bardzo dużo, szczególnie gdy wcześniej sprawiający nam problemy minibossowie zaczynają pojawiać się na mapie jako zwykli przeciwnicy, ale z czasem wykształcamy szósty zmysł pomagający odnaleźć się w tym chaosie.
W praktyce naszym zadaniem jest zaliczanie kolejnych misji porozrzucanych po mapie i stopniowe pozbywanie się mgły zakrywającej większość archipelagu tak długo, aż uda nam się dotrzeć do samego centrum, w którym ponoć znajduje się olbrzymi i wypełniony kosztownościami skarbiec. Wyzwania dzielą się na kilka rodzajów: Treasure Hunt, gdzie podążając wytyczoną ścieżką wykopujemy strzeżone przez Salmonidy kryształy stanowiące główną walutę w grze; Huge Crystal, gdzie tym razem naszą głównym celem jest olbrzymi wyrastający z ziemi kryształ znajdujący się zazwyczaj w centrum bardziej otwartej mapy, do czego potrzebne jest zebranie odpowiedniej ilości pomarańczowych jaj, które będą mogły zasilić sterowanego przez jednego z członków Deep Cut mecha; Salmonid Dens będące krótszym wyzwaniem, w którym musimy pokonać wystarczającą liczbę wrogów przed upływem wyznaczonego czasu; Buried Ruins czyli seria trzech podziemnych wyzwań podobnych do tych z Salmonid Dens, ale zakończonych walką z minibossem; oraz Sampler Dungeons – dużo bardziej restrykcyjne zadania z elementami zagadek logicznych, które chyba najmocniej przypominają misje z poprzednich splatoonowych kampanii.
Jak widzicie, tym razem zdecydowana większość gry opiera na czystej walce z hordami przeciwników. Grę zaczynamy niemal bezbronni, bowiem mamy tylko najbardziej podstawowy karabin. Wraz z postępami oraz zwiększającym się poziomem doświadczenia z czasem otrzymujemy dostęp do coraz potężniejszego oręża: powracają praktycznie wszystkie rodzaje broni znane ze Splatoona 3 (od karabinów i dualies po łuki i rollery). Broń mogą wydropić pokonane przez nas Salmonidy, czasami znajdziemy ją w poukrywanych skrzyniach, a najczęściej jest bonusem otrzymywanym po wydobyciu błękitnych kryształów.
Największą zmianą odrywającą Raiders od poprzednich gier z serii jest jednak nowy system zbiorników na tusz noszonych na plecach głównego bohatera. Gra pozwala nam na wyekwipowanie jednego z trzech typów: pierwszy wspomaga naszą mobilność, drugi ilość zadawanych obrażeń, a trzeci zwiększa nasze możliwości taktyczne. Poza bonusami do statystyk każdy zbiornik pozwala na rozszerzenie go o gadżety powiązane z jego parametrami. Do wyboru mamy więc chociażby automatyczne wieżyczki, pociski latające wokół naszej postaci, linkę z hakiem pozwalającą poczuć się niczym Spider-man, potężne ruchy z doskoku anihilujące w kolorowym wybuchu wszystko dookoła, łączące się ze sobą balony eksplodujące po otrzymaniu dowolnych obrażeń czy wystrzeliwane przed siebie bączki wracające do nas niczym boomerang.
Gadżety zmieniają splatoonową rozgrywkę do tego stopnia, że aż ciężko mi sobie wyobrazić, aby miały one nie powrócić w jakiejś formie w kolejnej pełnoprawnej odsłonie cyklu. Na początku ich użyteczność jest ograniczona, ale tak jak w przypadku broni, z czasem do naszego arsenału dołączają nowe perki, które możemy przypisywać do odblokowanych gadżetów, zwiększając ich skuteczność lub wzbogacając je o nowe właściwości (np. możliwość chwilowego zamrażania przeciwników). W późniejszych częściach gry odpowiednie połączenia gadżetów (maksymalnie możemy wyekwipować trzy) pozwalają na tworzenie naprawdę potężnych, ale też znacząco różniących się od siebie buildów.

Różnorodność przeciwników jest duża, chociaż większość z nich będzie znajoma dla fanów Salmon Run. Część powracających Salmonidów została jednak przystosowana do nowej formuły – Flyfish w końcu możemy zdjąć po prostu do niech strzelając, a nie jedynie przez wrzucania granatów do ich pojemników na pociski.
I uwierzcie mi, każdy element ekwipunku w Splatoon Raiders trzeba mieć na uwadze, bo poziom wyzwania potrafi zaskoczyć. Gra posiada trzy poziomy trudności, które różnią się wyłącznie wytrzymałością naszego bohatera. Liczba przeciwników, ich rozmieszczenie oraz limity czasowe są zawsze takie same, więc gra wymaga naszej nieustannej pełnej uwagi. Chaos, który rozgrywa się na ekranie, jest często przytłaczający, a decyzje dotyczące priorytetyzacji celów musimy podejmować w mgnieniu oka. Szczególnie w pierwszych godzinach zabawy gra naprawdę potrafi dać w kość, co zachęca do regularnego zmieniania naszej strategii w zależności od serwowanego wyzwania. Jednocześnie, przynajmniej w głównej kampanii zajmującej od 15 do 20 godzin, poziom trudności nigdy nie jest na tyle wysoki, aby zmuszać np. do niepotrzebnego grindu. Jeśli któraś misja okaże się dla nas zbyt wymagająca, zazwyczaj nic nie stoi na przeszkodzie, aby na moment ją pominąć i wrócić do niej później, gdy nasz poziom doświadczenia znacząco wzrośnie.
Nieco inaczej sytuacja prezentuje się w postgame. Po pokonaniu finałowego (i bardzo spektakularnego) bossa każda misja otrzymuje dodatkowy wariant „Spicy” oraz „Extra Spicy”. W nich siła i liczebność wrogów staje się już niemal absurdalna, ale oznacza to też, rzecz jasna, znacznie bardziej atrakcyjne nagrody za ich pokonanie. Wtedy gameplay loop Splatoon Raiders lśni najmocniej. Po każdej ukończonej misji wracamy do naszej bazy, aby chociaż trochę ulepszyć nasz ekwipunek i chociaż trochę się zbliżyć do „sekretnego” zakończenia przygody. Jeśli natomiast potrzebować będziemy dodatkowej pomocy, to choć Raiders jest tytułem skierowanym głównie do samotnego gracza, zawsze możemy zaprosić do wspólnej zabawy trzech znajomych, aby wspólnie rozprawiać się z Salmonidami przez sieć, lub wysłać sygnał SOS, aby gra znalazła dla nas grupę losowych graczy gotowych nas wesprzeć.
Raiders to też pierwsza odsłona Splatoona wydana ekskluzywnie dla Switcha 2. No i nie ma co ukrywać, pod względem wizualnym gra nie różni się szczególnie od tego, co ujrzeliśmy w Splatoonie 3. Rozdzielczość jest trochę wyższa, a fizyka oblepiającego mapy tuszu nieco bardziej realistyczna. Sterowanie wciąż opiera się na celowaniu żyroskopem, więc nie wykorzystano nawet funkcji myszki w nowych Joy Conach. Zamiast tego deweloperzy postanowili wykorzystać dodatkową moc konsoli do znacznego zwiększenia liczby przeciwników zajmujących ekran. I była to moim zdaniem decyzja słuszna, bowiem niezależnie od rozmiarów rozwałki, Splatoon Raiders zawsze działa w stabilnych 60 klatkach na sekundę, a spadków płynności nie uświadczyłem ani przez moment.

Główny wątek fabularny ponownie rozszerza uniwersum Splatoona w niespodziewanych kierunkach. Mieliśmy już wspomnienia o wojnach światowych, kosmiczne gadające niedźwiedzie oraz (dwa) mordercze AI, a teraz przyszła pora na mityczne łososiowe bóstwa. Ale oczywiście najważniejsze jest to, że otrzymaliśmy jeszcze więcej Big Mana.
Gra posiada też kilka bolączek, które są głównie związane z faktem, że to mimo wszystko wciąż sprzedawany za nieco mniejszą cenę spin-off. Choć splatoonowa stylistyka wciąż prezentuje się atrakcyjnie, różnorodność wizualna nie jest mocną stroną Raiders. Mamy standardowe biomy tropikalne, zimowe czy wulkaniczne, ale na bezludnych wyspach brakuje nieco tego wizualnego splendoru, z którego zawsze słynęła seria. Nawet muzyka, choć niezła, odbiega nieco od standardów, do których przyzwyczaiło nas Nintendo, a jej różnorodność jest niewielka.
Powyższe problemy to jednak mało znaczące mankamenty, które nie są w stanie zabić uzależniającej rozgrywki. Splatoon Raiders świetnie wykorzystuje kluczowe mechaniki serii w ramach zupełnie nowego dla Nintendo podgatunku strzelanek. Większość misji nie jest przesadnie długa i zajmuje od kilku do kilkunastu minut, a mimo to po odpaleniu gry ciężko nie spędzić w niej paru godzin w celu zebrania chociażby kilkuset dodatkowych kryształów lub z nadzieją, że kolejne wyzwanie zostanie wynagrodzone kolejną legendarną pukawką, która będzie błyszczeć w naszej kolekcji. To najlepszy splatoonowy tryb singleplayer od czasu wciąż fenomenalnego Octo Expansion i nie mogę się doczekać zobaczenia, który gatunek deweloperzy zaadaptują w kolejnej odsłonie serii.

Serdecznie dziękujemy firmie Conquest Entertainment
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry
Producent: Nintendo
Wydawca: Nintendo
Data wydania: 23 lipca 2026 r.
Dystrybucja: cyfrowa, pudełkowa
Waga: 13.15 GB
Cena: 212,80 PLN





















>Gra posiada trzy poziomy trudności, które różnią się wyłącznie wytrzymałością naszego bohatera. Liczba przeciwników, ich rozmieszczenie oraz limity czasowe są zawsze takie same, więc gra wymaga naszej nieustannej pełnej uwagi.
Jest chyba jeden wyjątek: mapka Zesty Speed Menu na turyście daje 15 sekund więcej na przejście, żeby gracze nie wyłysieli 🙂