Thy Sword

Część gier bardzo szybko wypada z pamięci. W Thy Sword ostatni raz grałem 16 maja, a do tego tekstu usiadłem dokładnie dwa tygodnie później. Teraz próbuję przypomnieć sobie szczegóły i niezbyt mi idzie, a to oznacza „Co recenzent przypomni sobie w locie, czyli trenowanie pamięci przez pisanie”.

To standardowo na początek fabuła, żeby się rozkręcić. Jakiś barbarzyńca i walkiria chcą utłuc złego, który, zapewne, chce zdobyć władzę nad światem. Ewentualnie może chcieć jego destrukcji, ale co za różnica. Dostajemy tekstowy wstęp do tej sytuacji, potem jest kilka rozmów z bossami. Jak wygląda zwieńczenie walki o zachowanie porządku, nie wiem, bo główny antagonista nie chciał dać się pobić. Żaden z dużych przeciwników w tej grze nie jest łatwy, ale ostatni jest szczególnie wredny. Oczywiście jest bardzo odporny na ciosy, więc trzeba ich zadać kilkadziesiąt. Ma chyba też dwie formy? Nie jestem pewny, ale to możliwe, większość growych głównych złych ma co najmniej dwie w finalnej walce… Trudność szefów przypomniała mi, że Thy Sword, podobnie jak staro wygląda, tak też korzysta ze starych wzorców. Co prawda sterowanie jest gładkie, a skoki całkiem precyzyjne, ale poruszanie się jest raczej wolne, dotyczy to też atakowania mieczem. Nie jest to wada jako taka, po prostu trzeba wyczuć te ustawienia. Do przejścia mamy kilkanaście lokacji pokazanych na mapie, z czegoś jakoś pięć ma bossów na końcu. Aby do nich dotrzeć lub po prostu zaliczyć dane miejsce trzeba przeżyć kilka plansz (od 5-8). Na każdej z nich, aby otworzyć przejście, trzeba wybić mobków. Nie jest to jakoś specjalnie trudne zadanie, ale kilka prób może zająć, bo wrogowie trochę życia mają, maja też nieźle wymierzone ataki oraz nasze życie jest ograniczone do kilku skuch. I w sumie nie powiem, na niby najłatwiejszym poziomie trudności trochę musiałem poklnąć.  Ale gdyby nie ten przekozaczony finałowy boss, to bym zobaczył zakończenie. Ale nie doszedłbym też do tego etapu, gdy nie brak limitu odradzania przed walką z szefami. Kolejny poziom trudności wyłącza tę opcje i dodaje limit odrodzeń. Natomiast najgorsza opcja proponują przejście całej gry na jednym życiu (kilka skuch można zrobić, co jakiś czas trafi się odnowienie zdrowia). Jestem więc pewny, że wielbiciele trudnych gier retro ucieszą się z tego. I jak tak sobie to teraz wszystko przypominam, tak też wraca, że byłem pozytywnie zaskoczony Thy Sword. Kojarzę też, że za mało przydatne były przedmioty do kupienia – niby mają pomagać, ale wiele nie wnoszą. Szkoda też, że twórca nie pomyślał o kilku zapisach dla różnych postaci, bo w trakcie wędrówki spotykamy dodatkowych dwóch czy trzech potencjalnych sterowalnych wojowników. I to chyba wszystko, co ważne do napisania o tej grze. A przynajmniej mnie już nic na myśl nie przychodzi. Jeśli więc lubicie gry wymagające lub gdy twórca potrafi połechtać nostalgię do retro, to Thy Sword możecie śmiało kupić.


Ocena: 7,5/10


Serdecznie dziękujemy Ratalaika Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: GamePhase
Wydawca: Ratalaika Games
Data wydania: 13 maja 2020 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Funkcje crossowe: -buy z PS4
Waga: 137 MB
Cena: 42 PLN

Gra jest również dostępna na Nintendo Switch w cenie 40 PLN.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Skorrpion (VViczpolskorr) pisze:

    Nie spodziewałem się czegoś specjalnego po tym tytule a tutaj proszę. Może kiedyś się skuszę chociaż nie jestem fanem takiej grafiki rodem z atari. Szkoda, że tyle twórców indie idzie w kierunku takiego właśnie stylu, jakby brakowało im umiejętności….

    Dzięki za recenzje, ciekaw jestem teraz jak wypadł „Guard Duty”. 🙂
    Z początku zaintrygowała mnie gra „Utawarerumono: Prelude To The Fallen”…. ale widzę, że to głownie klikana telenowela z małą szczyptą strategii turowej…. słabo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *