[Mój ulubiony handheld] Historia rodziny handheldów

Praca zajęła szóste miejsce w konkursie „Mój ulubiony handheld”. Autorem jest Łukasz Szczygielski z Jamy Grania.

Nigdy w okresie najbardziej zapalonego grania nie miałem żadnego handhelda w rękach. No może poza klasycznym Game Boyem podczas wycieczki klasowej w latach podstawówki. I to na chwilę, dosłownie. Kolega pożyczył mi go w trakcie podróży autokarem i okazało się to dla mnie większą atrakcją niż McDonald, który, jak wiadomo, dla dzieci jest ważniejszy niż XXII zamek albo Puszcza Białowieska.

Do Game Boya włożony był jeden cart z grą Kirby. Wtedy nie znałem w ogóle tego sympatycznego balonika spod szyldu Nintendo, bo ogrywałem tylko rzeczy z Pegasusa i PSX-a. Mimo wszystko, a może właśnie dzięki temu, Kirby pochłonął mnie całkowicie – czułem się, jakby wciągnął mnie do swojego świata za pomocą swojej mocy. Mimo że świat był czarno-biały, to jednak wszystko tam żyło i zachwycało.

Minęły lata, podrosłem, wąs rzucił się pod nosem i rzuciłem się w stronę północy, żeby studiować w Gdańsku. Wcześniej cały czas męczyłem jedynie gry pecetowe na spółkę z dwójką braci. Oczywiście były spięcia podczas próby dostania się do kompa. Okey, ale trzymajmy się linii czasowej – na studiach porzuciłem granie całkowicie na jakieś dwa lata, bo po prostu nie miałem żadnego sprzętu oprócz starego PC, na którym i tak mi się już nie chciało grać, bo dzieliłem mieszkanie z siostrą i jej kumpelą (możecie się śmiać, ale to był pierwszy semestr). Jak wracam do tego myślami, to wówczas handheld byłby dla mnie zbawieniem, a były to czasy rozkwitu PSP i DS-ów od Nintendo. Ja jednak nie miałem, o dziwo, o tym pojęcia. Moim substytutem grania stało się pochłanianie książek no i zwyczajne życie studenckie w Trójmieście. Odbiłem trochę od gamingowego świata.

Powrót do grania nastąpił, gdy zamieszkałem z dziewczyną i przywiozłem z rodzinnego miasta, Mławy, starą i przerobioną PS2 FAT z masą kopii zapasowych na dysku. To był czas, kiedy skończyłem już studia z doskonałym papierem na bezrobocie, czyli obronionym tytułem magistra politologii. No i stałej pracy, poza sezonowymi, to szukałem prawie dwa lata. Piękne dwa lata z odrapanym grubym PS2, który mógł mi zapewnić wszystkie tytuły. Piraciłem wówczas i nie żałuję, więcej grzechów nie pamiętam. Przestałem na nim grać, bo dziewczyna mi mocno ględziła, że powonieniem skupić się na szukaniu pracy. Akurat było mi łatwo odłożyć pada, bo właśnie w pirackim Final Fantasy XII przestało mi czytać płytę.

Ok, ale kiedy w końcu o tych handheldach? No to robimy szybki przeskok w czasie! Jest prosty sposób na to, żeby przenieść się w czasie – wystarczy poczekać 😉 No to boom. Pierwszy osobisty i dopieszczony handheld w moim życiu pojawił się niedługo przed narodzinami mojego synka Józia. Synek urodził się 2 lutego 2019 roku, zdrowy i kochany od pierwszych sekund, ale ja już miesiąc wcześniej miałem PSP z RetroArchem i innymi cudownymi rzeczami. Wiem, wiem, brzydko, ale to był czas, w którym w drodze był Józio, a ja straciłem właśnie pracę.

Zapomniałem też wspomnieć o ważnej rzeczy – kiedy zbliżały się narodziny naszego synka, ja już dosyć mocno wróciłem do gamingu, bo miałem laptopa, na którym mogłem się trochę pobawić, więc zajawa wróciła. Zainteresowanie handheldami pojawiło się właśnie w momencie, w którym zdałem sobie sprawę, że przydałoby się coś, co mogę na chwilę rzucić w kąt w trybie uśpienia i wrócić za 15 minut lub pojutrze. O to mi najbardziej chodziło, żeby nie zaniedbywać syna i żony w tym ważnym dla nas czasie, ale jednocześnie nie zwariować i mieć jakąś ucieczkę do uniwersów gamingowych. Pierwszym z nich było Final Fantasy VII, które musiałem nadrobić. Pamiętam, że spędziłem tam setki godzin, hodując chocobosy, zdobywając Omnislasha i niestety trenując Aeris. Nie ukrywam, że musiałem trochę korzystać ze stronki fandomu FF. Zdałem sobie wówczas sprawę, że mogę grać w nawet najbardziej angażujące gry, mając niemowlę w domu, i to zupełnie ze sobą nie koliduje. To było piękne!

Dzięki RetroArch przeszedłem mnóstwo platformówek ze SNES-a czy Game Boy’a Advance, oczywiście nie bez pomocy funkcji quick save’a. Moim zdaniem Donkey Kong czy Earthworm Jim, które są piękne wizualnie i dźwiękowo, zasługują na miano największych katów graczy. No może poza Ghost’n Goblins. Gdy potrzebowałem czegoś mniej angażującego, sięgałem po wydania God Of War na PSP lub ogrywałem GTA.

Gdy Józio miał cztery lata, założyłem sklep z retrogrami i konsolami: Jama Grania. I była to fantastyczna przygoda, ponieważ przez moje ręce przeszło mnóstwo ciekawego sprzętu gamingowego i wiele ciekawych wydań retrogier. Udało mi się na jakiś czas rozszerzyć ofertę o Game Boye i miałem kilka modeli, jednak były one najpierw dokładnie sprawdzane, czyszczone, a następnie czekały na kupca. W tym czasie sam jeszcze grałem na PSP, ale stwierdziłem, że mogę je już właściwie przekazać mojemu chrześniakowi Igorowi, który ma lekkie spektrum autyzmu, ale świetnie ogarnia wszystko. No i fajnie, bo spodobał mu się Minecraft i inne gry, które dla niego przygotowałem. Od narodzin własnego syna bardzo pilnuje się z oznaczeniami PEGI.Jama Grania funkcjonowała ponad dwa lata i mimo tego, że była fajną pracą, to jednak niedochodową. Wróciłem do swojej branży, czyli marketingu internetowego, a większość sprzętów i gier udało mi się wyprzedać przed zamknięciem sklepu. W domu miałem do grania jedynie PS3, które sobie zostawiłem z kilkoma tytułami i gamingowego laptopa z niewielką biblioteką gier. No i wówczas za namową kolegi (Michał z grupy Gracze Bez Granic), zacząłem przeglądać modele 3DS-ów. Niestety w 2024 roku cenowo stały jeszcze dość wysoko, więc zdecydowałem się kupić 2DS-a kosztem wizualizacji 3D, przez co do dziś nie wiem jak ten efekt wygląda.

2DS to była piękna przygoda. Zacząłem od wgranego już fabrycznie Mario Kart, bo udało mi się kupić właśnie tę wersję, i to w pudle, w bardzo ładnym stanie, z rysikiem i nie zniszczonymi ekranami. Michał polecił mi bardzo dużo świetnych tytułów na ten system i jako pierwsze pochłonęło mnie Bravely Default. To była również moja pierwsza prawdziwa styczność z platformówkami od Nintendo, bo czasy Nintendo 64 czy GameCube’a całkowicie przespałem i nie były na moją kieszeń. Tymczasem tutaj było bardzo wiele portów gier takich jak Super Mario czy Luigi’s Mansion, które było genialne. No i wróciłem też do Metroida o kilka generacji dalej, bo znałem tylko odsłonę z Game Boy Advance. Co jednak najważniejsze, w tym czasie grami zaczął interesować się mój synek, Józio.

Do dziś zastanawiam się, czy nie za wcześnie pokazałem mu świat gamingu. Początki stawiał ze mną z grami na Kincect na Xbox 360, ale nie szło mu za dobrze, więc się zniechęcał. Pokochał jednak Mario Kart 7 na wspomnianego wcześniej 2DS-a. Do tego dokoptowałem mu jakiegoś Kirbiego i inne odsłony Mariana, już platformowe na 2DS i bardzo mu się podobało. Wtedy też zaczęliśmy grać w gry z serii LEGO, bo na 2DS-a mieliśmy akurat LEGO The Movie, które bardzo mu się spodobało. Później graliśmy już w co-opie na TV na różnych systemach w przeróżne odsłony LEGO. Oczywiście teraz jest na etapie Minecrafta i Robloxa, ale na szczęście rozumie ograniczenia czasowe tego typu rozrywek i dostaje zdrowe dawki. Nie ma też swojego smartfona czy tabletu.

Wracając jeszcze do 2DS-a, to pożyczyłem go również zaprzyjaźnionemu małżeństwu, które ma dwie córki. Trafił do nich na kilka miesięcy, co znakomicie wpłynęło na znoszenie przez dziewczynki długich podróży, ale również przyczyniło się do pojawienia  się u nich z czasem Pstryka 2. Na 2DS-a musiałem również ogarnąć Pokemony, które wyszły na ten system, więc zwiedziłem cały region Alola. Co ciekawe, musiałem sprzedać tego handhelda po jakimś czasie, bo straciłem pracę i nie miałem pieniędzy. Konsola trafiła do dziecka, któremu najbardziej zależało na tym, aby ograć wszystkie części Pokemonów na oryginalnych konsolach. Coś pięknego.

Na 39 urodziny dostałem od bliskiego kumpla Anbernica – tego pierwszego. Jego biblioteka zaczynała się na pierwszych retro kompach i kończyła na PSX. Oczywiście można było się tym bawić i żonglować ROM-ami, ale mi odpowiadała paczka, którą Chińczycy zapodali na starcie, bo było sporo klasyków do ogrania. Bardzo przydatną funkcją było tutaj wybranie listy ulubionych tytułów. Kolega dał mi tę konsolę w prezencie, ponieważ wie, że choruję na afektywność dwubiegunową i co jakiś czas ląduję w szpitalu. Wie też z moich opowieści, jakie panują tam warunki, jak wolno leci tam czas, i jak łatwo potrafią znikać cenne rzeczy. Stwierdził, że Anbernica nie będzie mi żal stracić, a zapewni mi znakomitą rozrywkę. Nie mylił się. Rok później trafiłem do szpitala i Anbernic był nieoceniony, bo zawierał potężną bibliotekę gier, do których nie trzeba dużego wysiłku psychicznego i które są lekkie i przyjemne. Ciąłem więc w Pokemon Ruby, Resident Evil (ale z przerwami), odsłony Kirbiego, których nie znałem; różne Sonici, Metroidy, ale najbardziej odpoczywałem przy Pokemon Pinball. Mam już dosyć pokaźny Pokedex, a sam system ewolucji Pokemonów w tej grze jest bardzo ciekawy. Wiadomo, że można ponarzekać na mały ekran lub kiepską ergonomię, ale ja mam to gdzieś. Do tego czasu, a minęły ze dwa lata, pojawiło się mnóstwo nowszych modeli, wygodniejszych i z nowszymi systemami, ale ja kocham właśnie mojego pierwszego Anbernica i chcę mu być wierny.

Potem nadeszła era Steam Decka. Dołączył do mojej rodziny i naprostował kilka spraw. Przede wszystkim nie wspominałem jeszcze, że mieszkam z żoną i synkiem w dwupokojowym mieszkaniu. Wieczorne granie na TV lub oglądanie seriali czasami koliduje z tym, że żona po prostu chce wcześniej położyć się spać. Przez długi czas jakoś to ciągnęliśmy i ustępowaliśmy sobie na wzajem, ale to mocno zmieniło naszą relację na gorsze. Ja wcześniej w planach miałem zakup PlayStation 5 Pro i sprzedaż czwóreczki. Długo do zakupu Steam Decka namawiał mnie mój kolega Seba, który sam posiadał ten sprzęt. No i namówił! Na szczęście. Okazało się, że Steam Deck i nowy fotel ożywił mój związek z żoną bardziej niż rocznica, Walentynki albo śmierć teściowej lub menopauza. To był prawdziwy gamechanger.

Seba dołączył mnie również do swojego rodzinnego konta na Steam, dzięki czemu dostałem dostęp do ponad 300 tytułów z jego biblioteki. Mamy umowę, że co jakiś czas kupujemy sobie na zmianę jakieś przecenione, dobre gry. Odkąd mam Steam Decka, nie odpalam właściwie PlayStation 4, a to przedział czasu rzędu niemal roku. Nadal gram z synkiem w co-opa na Switchu, ale jeżeli chcę zatopić się w uniwersa gamingowe tylko dla mnie, to sięgam po Steam Decka. Co mnie bardzo cieszy, udało mi się kupić wersję OLED i to za bardzo małe pieniądze – 2100 zł. To była okazja na OLX i podejrzana aukcja, ale z odbiorem w Gdańsku, gdzie mieszkam. Pamiętam, że jechałem wieczorem przez zasypane śniegiem ulice, aby odebrać swoje nowe cacko i układałem sobie w głowie plan rozmowy. Jak tu sprawdzić, czy wszystko działa, czy jest legitne itp. Bo cena była rzeczywiście wręcz niepojąca. Koleś rzeczywiście nie wydawał się godny zaufania, bo wyszedł z petem i waliło od niego wódą, ale był takim klasycznym ziomeczkiem, i, jak się okazało, ogarniał te Steam Decki gdzieś za granicą. Wręczył mi fabrycznie zapakowany sprzęt, w kartonie, z plombami, przesłał mi na miejscu maila z kodem Steama w razie gwarancji i tyle. Zapytałem się go, jak mu się udaje w takiej cenie je sprzedawać, to nie odpowiedział, wziął hajsy i poszedł.

Pierwszą grą, którą odpaliłem na Steam Decku, był Cyberpunk 2077, bo do dziś nie ograłem dodatku Widmo Wolności. No i rzeczywiście – jest to grywalne i przyjemne, ale stwierdziłem, że poszukam czegoś innego. No i pochłonął mnie Carrion od polskiego studia, który dostałem w prezencie właśnie od Seby. Potem przyszedł czas na gry AAA, ale sprzed kilku lat, które mnie ominęły, bo nie grałem za bardzo na PC – i wtedy mój Steam Deck okazał się prawdziwym cudem. Assasin Creed Origins przechodziłem sobie z małymi przerwami. Potem właściwie trzy pod rząd gry z serii Resident Evil. Baldur Gates 3, którego z pewnością nie ukończyłbym na PC, był prawdziwą perłą i powrotem do oldschoolowych RPG, ale nie wyobrażam sobie dzisiaj w wieku 41 lat tylu sesji grania przy biurku. Zawsze wracam do jednej gry, której z pewnością nigdy odinstaluję. To Tony Hawk’s Pro Skater 1 + 2 Remake. Uwielbiam nawet najkrótsze sesje z tym tytułem oraz jest to mój sposób na chwile, w których jakaś wielka i rozbudowana gra by mnie przygniotła, a jednak mam ochotę i czas na granie.

Na Steam Decku zależało mi z tego względu, że nie chciałem za bardzo ingerować w system i ustawienia samej konsoli, żeby czegoś nie sknocić. Jedyne zmiany, jakie wprowadziłem, to dodanie Heroic Game Launcher do odpalania biblioteki z Epic Games Store, GoG czy Amazon Luna; do tego wgranie Decky Loader, aby podkręcać nieco bardziej wymagające gry przez Lossless Scalling. I jest pięknie.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *