Smashing the Battle
Czyszczenie Switcha – część dwudziesta siódma.
Smashing the Batlle to już przedostatnia gra, którą mam na Switcha z eShopu. Domyślnie kosztuje 20 PLN, ale pewnie wziąłem ją w promocji za dyszkę. Lubię slashery, a grafika prezentowała się zaskakująco dobrze, jak na tak tanią grę, więc stwierdziłem, że mogę dać jej szansę.

Zanim zaczniecie się grę, z pierwszego menu warto wybrać najpierw prolog, żeby nabrać kontekstu, w jakiej sytuacji znalazły się bohaterki. Otóż Sarah O’Conell, pierwsza z dwóch dostępnych grywalnych postaci, zjeżdża na dół kopalni, by zacząć swoją zmianę. Dochodzi jednak do wybuchu, wszędzie panuje chaos (którego możemy się tylko domyślać, bo cała historia jest zaprezentowana tylko przez dialogi z wizerunkami maks dwóch postaci naraz bez żadnych zmian teł czy tp.) i wygląda na to, że mało kto przeżył. Na szczęście kontakt z protagonistką nawiązuje pracownica ochrony – Lorien. Zdawkowo daje znać o sytuacji, czyli wybuchu i buncie robotów, oraz że za wszystkim stoi haker, który włamał się do systemu. Następnie na przestrzeni 30 misji fabularnych, z których tylko część ma wstawki dialogowe, dowiemy się, że sytuacja wcale nie jest czarno-biała, więc będzie zdradzenie zaufania, odzyskanie zaufania i… nawet nie wiem, jak się kończy ten scenariusz, bo nie chce mi się szarpać z ostatnim zadaniem, ale o tym później. Po przejściu wątku Sarah, uzyskamy dostęp do misji drugiej błąkającej się po poziomach kopalni protagonistki – Mary Lucy. Co tam się dzieje, nie wiem, i nawet nie jestem zbytnio ciekawy. Natomiast kawałek fabuły, który zobaczyłem, mogę podsumować tak: jest wystarczająca jako podkład to tej produkcji.

W Smashing the Batlle protagonistki zostają rozebrano-ubrane w specjalne swego rodzaju egzoszkielety, dzięki którym będą w stanie przetrwać starcia z masą robotów. Nie mam pojęcia, jak wygląda prowadzenie Mary, ale w przypadku Sarah mamy do dyspozycji wielki mieczo-kluczo-chwytak. Walimy nim we wrogów jak mieczem, ale zakres podstawowych ruchów jest mocno ograniczony – można wykonać combo z raptem trzech ciosów, dodatkowo dostępny jest cios na końcu odskoku. Wspomóc nas w walce mają jeszcze opcje specjalne w postaci miny, magnesu przyciągającego wrogów oraz mocnego ataku kluczem w linii prostej. Wszystkie te opcje dostajemy bardzo szybko i bardzo szkoda, że nie ma niczego więcej, aby urozmaicić rozgrywkę. Monotonia jest jednym z dwóch głównych problemów tej gry. Robotów jest kilka rodzajów, zostają szybko przedstawione i mieszane. Poza tym wszystkie plansze wyglądają tak samo. Nie ma tu też właściwie żadnej różnorodności misji – za każdym razem celem jest wybicie wszystkich robotów, jedyna zmienna to podawanie ich w formie fali na jednej arenie lub z ograniczeniem czasowym.

Drugi problem to bossowie. Nie sam ich fakt, oraz to, że są na końcu każdej misji, ale strasznie denerwujący obszarowy atak, który ma część z nich. Gdy się pojawia, trzeba uniknąć dość mocno zajmujące planszę okręgi. Często przeciwników jest jeszcze wielu, a gdy próbuje się walić tylko w bossa, to łatwo dać się w nie złapać. Niestety siła ataku z tych okręgów jest tak mocna, że najczęściej mnie zabijała… Dopiero w ostatniej, 30. misji Sarah tak mnie to zirytowało, że po kilku próbach stwierdziłem, że nie chce mi się z tym babrać. Do pokonania jest dziesięć fal, podejście zajmuje maks pięć minut, ale atak jest tak niesprawiedliwy, że miałem już dosyć. Podobne wcześniejsze przypadki pokonałem po prostu przez to, że w pewnym momencie, gdy wpadło mi więcej hajsu za swego rodzaju trofea, władowałem wszystko w atak, co pozwoliło znacznie sprawniej przebijać się przez wrogów i znacznie szybciej tłuc bossów. Choć też w pewnym momencie musiałem dobrać nowy egzoszkielet, bo znów gdzieś pojawił się większy skok trudności.

Poza tymi 30 misjami dla Sarah i iluś tam dla Mary (raczej też około 30.), mamy dostęp do 80 zadań oznaczonych jako „Hardcore Mode Challange”. Trzeba przyznać, że tam rzeczywiście trudność jest znacznie podbita i trzeba nieźle się wykoksić, żeby sobie w nich radzić. Choć znów i tam najczęściej problemem jest ten durny atak obszarowy… Po przejściu misji dostajemy ocenę w postaci od jednej do trzech gwiazdek. System nagradzania dziwnie zlicza punkty. Przy może dwóch przypadkach, za które dostałem trzy gwiazdki, nawet nie spełniłem podanych warunków (właściwie zawsze są te same, tylko wartości liczbowe przy nich inne), a gdy miałem je spełnione, to nieraz dostawałem jedną. Motywacją do robienia misji na maksymalną ocenę mają być otrzymywane wtedy klucze, które są potrzebne do ratowania przetrwańców (jest ich 50, a misje nawet nie pokazuję, gdzie się znajdują i czy byli już tam uratowani…) oraz odblokowywania galerii. Kluczy potrzeba w cholerę, a że system ocen misji jest kijowy, to słabo widzę nazbieranie wszystkich. Co prawda klucze czasem wpadają też za pokonanie bossa oraz można je kupić, ale są drogie, a szkoda czasu na takie farmienie w tej grze. A, klucze też są potrzebne do odblokowania jakichś tajnych dokumentów… I to w sumie tyle z zawartości tej gry.

Pod kątem graficznym Smashing the Batlle prezentuje się zaskakująco ładnie. Modele postaci i robotów są wyraźne, a wybuchy nie spowalniają gry na Switchu w trybie handheldowym. Szkoda tylko, że twórcy nie postanowili chociaż trochę urozmaicić miejsc walki – już po kilku misjach ma się wrażenie, że ciągle mieli się to samo, co w połączeniu z powtarzalnym gameplayem szybko wywołuje monotonię. Natomiast to, na co twórcy mocno zwrócili uwagę, to rozbujanie bimbałów – sorry, ale przy piersiach tej wielkości i ciągłego ich podskakiwania trudno o inne określenie. Przyzwoite jest też audio. Efekty dźwiękowe, mimo ich notorycznego powtarzania, nie irytują. Natomiast muzyka łączy elektryczne gitary z domieszką futurystycznego industrialu, co daje nawet niezły podkład pod tę produkcję.
Smashing the Batlle, jak na gierkę z ceną sugerowaną 20 PLN, część elementów ma przygotowaną całkiem porządnie. Na plus wypada oprawa AV (choć przydałoby się więcej różnorodności), sam system walki nie jest zły, ale tu też przydałoby się więcej różnorodności w postaci ataków. Treści do zaliczenia jest dużo, ale kuleje system oceniania, który ma być ważny do odblokowania wszystkiego. Generalnie baza jest przyzwoita, ale zdecydowanie brakuje jej większego przemyślenia i rozwinięcia kilku elementów. Tak właściwie grę mogę zasugerować do kupienia tylko wtedy, jeśli cierpicie na brak slasherów i chcecie mieć tytuł, który będziecie odpalać co jakiś czas na szybkie wskoczenie, bo dłuższe posiadówki zbyt szybko staną się nudne.

Producent: Studio HG
Wydawca: PLATINUMROCKET
Data wydania: 4 kwietnia 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 620 MB
Cena: 20 PLN
Platformy: Nintendo Switch, PC, Android, iOS











Najnowsze komentarze