A Day Without Me

Wyobraźcie sobie, że w piękny, słoneczny poranek budzicie się jako jedyna obecna w mieście osoba. Takie tło nawet dla nieskomplikowanej gry komputerowej brzmi ciekawie, nieprawdaż?

Taka właśnie sytuacja spotyka bohatera A Day Without Me. Nasz zaopatrzony w jakże męskie odzienie protagonista (ach ten róż na sweterku) zostaje brutalnie wybudzony irytującym dzwonkiem dobiegającym z… komputera(?). Szybko okazuje się, że jazgoczący blaszak to najmniejsze zmartwienie naszego wirtualnego kompana. Za oknami widać poprzewracane pojazdy, spod których wycieka coś, co ewidentnie przypomina krew. Na domiar złego trudne do wyjaśnienia, jakby okultystyczne procesy zachodzą także w domostwie głównej postaci. Tytuł zalicza więc bardzo mocny wstęp, za którym w pełni nadąża oprawa audio-wizualna. A to wszystko przy wtórze niedopowiedzenia, tak charakterystycznego dla gier niezależnych. Aż chce się grać dalej!

EarthBound też się tak zaczynał…

Niestety, już po kilku minutach dalszej eksploracji enigmatycznej miejscowości porzucamy wszelkie nadzieje, które rozbudził całkiem zaskakujący i dobrze zaprojektowany początek gry. Dobrze wykonany dom naszego jedynego ocalałego ustępuje miejsca koszmarnej jakości miejscówkom. Na domiar złego, otoczenie powstało przy zdecydowanym nadużyciu komend ctrl+c i ctrl+v. I jakby tego było mało, klimatyczną muzykę zastępuje dojmująca cisza, gdzieniegdzie sprzężona z koślawymi dźwiękami otoczenia. W zabawie nijak nie pomaga też kiepskie sterowanie, a obrazu nędzy dopełniają glitche, głównie związane z kolizjami z obiektami.

Przysłowiowe światełko w tunelu pojawia się przy pierwszych zagadkach, które, choć są proste, to jednak na tyle nieoczywiste, iż zmuszają niejednokrotnie do srogiego pogłówkowania nad kluczem do ich rozwiązania. Bo warto dodać, że przez całą rozgrywkę nie otrzymujemy jasnych wskazówek, wliczając w to również jakiekolwiek podpowiedzi w kwestii fabuły. Patrząc jednak na inne indyki, ciężko z ostatniej uwagi robić zarzut. Taki urok wielu gier niezależnych – wszystko pozostawione zostaje wyobraźni gracza.

Sporo się w tym tytule nachodzimy…

Same zagadki to jednak zbyt mało, aby A Day Without Me się wybroniło. Wszystko dlatego, że szalę niekorzyści przechyliło otoczenie gry. W teorii mamy do czynienia z półotwartym światem, w praktyce jest to tytuł liniowy, a do kolejnych zadań zwykle prowadzi jedna ścieżka. Pół biedy, jeśli wiemy, jak w to miejsce trafić – wówczas czeka nas jedynie irytujący bieg do celu. Gorzej, jeśli drogi przyjdzie nam szukać – zanim uda się dotrzeć w obrane miejsce, to albo upływa sporo wody w Wiśle, albo też zwyczajnie pozbywamy się resztek pokładów cierpliwości. Oczywiście jest to zabieg celowy mający wydłużyć rozgrywkę. Powiedzieć jednak, że wypadło to sztucznie, to tak jakby nic nie powiedzieć.

Zagadki to mocny punkt gry. Niestety, jeden z niewielu…

Ostatecznie zmęczyłem A Day Without Me po niecałych dwoch godzinach. Po drodze przyszło mi kilkadziesiąt razy zginąć, w większości przypadków z powodu niedoróbek technicznych, oraz kilkaset razy soczyście przekląć. Wielka szkoda, gdyż jest to tytuł z potencjałem, ale zabiło go niechlujne wykonanie.


Omijać z daleka…


Serdecznie dziękujemy Silesia Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Gamecom Team
Wydawca: Silesia Games
Data wydania: 11 marca 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 502 MB
Cena: 23,99 zł

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.