Sea of Solitude: The Director’s Cut

Spójna historia i oprawa audiowizualna, która wzmacnia doznania płynące z tytułu, to dla mnie absolutna podstawa we wszystkich grach, które nie polegają tylko na skakaniu po głowach oponentów. A gdy do tego oferują rozgrywkę, która przynajmniej nie irytuje, jest już właściwie idealnie. Postawiłem sprawdzić, czy te warunki spełnia Sea of Solitude.

Tegoroczny kalendarz switchowych premier obfituje w propozycje balansujące na granicy gry oraz doświadczenia. Sea of Solitude to kolejny tego typu produkt, który w większym stopniu stawia nacisk na przeżycia, aniżeli rozbudowaną rozgrywkę. Tytuł, który zadebiutował dwa lata wcześniej na PC-tach i konsolach Sony oraz Microsoftu jest historią Kay – młodej dziewczyny odzianej w futrzany strój, która budzi się w tajemniczych okolicznościach w łodzi na środku tytułowego Morza Samotności. Zgodnie z nazwą akwenu, jest ono bardzo przygnębiające, ciemne i w dodatku zamieszkane przez przerażającą bestię dybiącą na nasze życie. Depresyjny świat zamienia się jednak wkrótce w barwną Wenecję, którą protagonistka przemierzy w celu dokonania rozliczenia z przeszłością.

Historia jest bardzo uniwersalna, choć głównie skupia się na problemie wyobcowania oraz depresji. Nie brakuje w niej jednak sytuacji, z którymi każdy z nas zdążył się już spotkać w swoim życiu. Co ważne, gra nie sili się na bycie poradnikiem właściwego zachowania. Wszystkie wydarzenia, dialogi oraz monologi są raczej przyczynkiem do dalszych rozmyślań oraz wyciągnięcia własnych wniosków, aniżeli etycznym spacerkiem, w trakcie którego wszystko podawane jest na tacy. Produkcja nie jest więc w tej materii nachalna, ale jednocześnie bywa bardzo sugestywna. Wiem, że brzmi to wykluczająco, ale Sea of Solitude to jedno wielkie operowanie kontrastem w praktycznie każdym aspekcie. Żeby nie być gołosłownym, ale też żeby za wiele nie spoilerować: jednym z poruszanych wątków jest ignorowanie bliskich nam osób i konsekwencje z tym związane. Dla przeciwwagi niedługo później fabuła każe nam się skupić na sytuacji odwrotnej, czyli nadmiernej opiekuńczości, która również może nieść za sobą tragiczne skutki. Zabieg ten, podobnie jak szereg innych fragmentów historii, nie tylko skłania do myślenia jeszcze długo po napisach końcowych, ale również mimowolnie funduje nam osobistą wycieczkę w głąb własnej świadomości.

Wypośrodkowany jest również gameplay, i to w większości jego elementów. Przez całą grę świat mroku miesza się z jaskrawą eksploracją miasta, które wbrew pierwszym skojarzeniom, luźno nawiązuje do Berlina, a nie do wspomnianej wcześniej włoskiej miejscowości. Nota bene, trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że programiści odpowiedzialni za Sea of Solitude na co dzień mieszkają tuż za naszą zachodnią granicą. Miejscówki w grze są – a jakże – w każdej materii różnorodne. Jedne intrygują, inne są dla odmiany mocno sztampowe i zwyczajnie nudne. Część z nich potrafi naprawdę zachwycić, inne zaś są bardziej smutne niż Łódź listopadową nocą. Podobnie jest z samą przygodą. Składają się na nią zarówno mozolne spacery po budynkach, jak i przyprawiające o niemały dreszczyk sekcje prześlizgiwania się przed czającą się na nas kreaturą o czerwonych oczach. Towarzyszące nam wówczas napięcie (a także kilka mniej lub bardziej przyprawiających o gęsią skórkę momentów) równoważone jest przez pastelowe, łagodne barwy świata jasności. Mimo że samo kierowanie losami bohaterki to tylko dodatek do wrażeń emocjonalnych, jej podróż aż do outra jest dość urozmaicona. W przeciwieństwie do popularnych symulatorów chodzenia, poza wspomnianymi już sekcjami skradankowymi w Sea of Solitude przyjdzie nam też poskakać, powspinać się, unikać niemilców, a w określonych miejscach nawet z nimi powalczyć. I tak przez mniej więcej 4-5 godzinek, bo tyle zajmuje zaliczenie podzielonej na trzy rozdziały opowieści. Długość ta jest wystarczająca, aby nie przesycić nas problematyką, a jednocześnie na tyle krótka, aby solidnie w nas uderzyć i pozostawić trochę czasu na przemyślenia.

Choć nie jestem szczególnie uwrażliwiony muzycznie, osobny akapit postanowiłem poświęcić soundtrackowi. Wykorzystane utwory są skomponowane idealnie i świetnie wprowadzają nas w klimat. Do tego dochodzą doskonale odegrane dialogi oraz monologi. Szkoda jedynie, że wydawca nie pokusił się o zaimplementowanie chociaż polskich napisów.

Jedną z niewielu wad gry pozostawiłem sobie na podsumowanie. Jest nią cena, która jest zdecydowanie przeszacowana. Nawet biorąc pod uwagę ewentualny ponowny seans w celu odnalezienia wszystkich znajdziek (te występują w postaci listów w butelce oraz miejsc koczowania mew), to trochę za mało, aby wysupłać 80 zł do zapłaty w eshopie, nie wspominając o ponad stówce za wydanie fizyczne. Jeśli jednak traficie na solidną promocję, a dodatkowo oczekujecie od gry czegoś więcej niż pacyfikacji maszkar udanym lądowaniem na ich makówkach, bez obaw sięgnijcie po Sea of Solitude.


Polecamy!


Serdecznie dziękujemy Quantic Dream
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Jo-Mei
Wydawca: Quantic Dream
Data wydania: 4 marca 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa oraz fizyczna
Waga: 1,7 GB
Cena: 80 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.