SturmFront – The Mutant War: Farewell Edition

SturmFront – The Mutant War jest jedną z ostatnich gier na Vitę i w sumie miło, że wyszedł.

Akcja gry rozgrywa się w postapokaliptycznej przyszłości. Świat został niemal opanowany przez mutanty, a jedyną nadzieją na zatrzymanie ich szturmu jest Siegfried – półoragniczna jednostka bojowa. I tak właściwie tyle by wystarczyło jako powód do siekania kulami różnych paskud, ale twórcy z Andrade Games postanowili pójść dalej. Co pięć plansz możemy zobaczyć planszę z ciekawymi szkicami oraz przeczytać informacje, gdzie idziemy i co na nas czeka. Poza tym na planszach znajdują się różne informacje o tym, jak postępowała inwazja oraz informacje o bossach. Wszystko to tworzy interesującą wartość dodaną. Problemem jest tylko to, że napisy są strasznie małe i trzeba przystawić Vitę niemal pod nos, żeby coś przeczytać. Dodatkowego klimatu nadaje tez mocna, przez większość czasu metalowa muzyka, która dobrze komponuje się sieczką. Sama grafika gry też jest w porządku i pasuje do koncepcji krwawego rozprawienia się z najeźdźcą.

Pod względem rozgrywki też jest całkiem w porządku. Półorganiczna maszyna do zabijania, którą prowadzimy, ma dwie bronie podstawowe – karabin maszynowy i miotacz ognia. Ten pierwszy jest do wszelkiej zarazy, która na nas biegnie, a drugi i na nią, i na swego rodzaju żywe bramy, z których wychodzą nowe mutanty. Ponieważ miotacz jest mocniejszą bronią, ma ograniczoną używalność, ale można na planszach znaleźć kanistry do uzupełnienia paliwa. Poza tym pozbierać można odnowienie życia i powerupy, które zwiększają gęstość ognia z broni palnej. Żeby nie było zbyt nudno, co jakiś czas natrafiamy też na nowe pukawki, jak moździerz czy karabin plazmowy – power upy działają z nimi, ale liczna strzałów jest ograniczona.

Do wyboru mamy trzy poziomu trudności – łatwy, normalny i średni. Normalny jest w porządku właściwie dla wszystkich, którzy mają trochę cierpliwości. Wszystko dlatego, że gdy stracimy trzy życia, musimy zacząć planszę od nowa. Sęk w tym, że tracimy wtedy całe wzmocnienie z powerupów, które skumulowaliśmy i gra staje się trudniejsza, szczególnie w ostatnich trzech planszach. Rozkład przeciwników i znajdziek jest jednak zawsze taki sam, więc prędzej czy później znajdzie się sposób, żeby pokonać zmutowane przeszkody. Tu warto zaznaczyć, że jest kilka miejsc, gdzie pojawia się kilku przeciwników, którzy strzelają do nas, a gdy dodamy do tego jeszcze nas ostrzał, Vita potrafi mocno przyciąć. Na szczęście gra się wykrzacza, można się wycofać, wtedy fps się uspokaja i zrobić ponowne podejście.

Niestety głównym problemem SturmFront – The Mutant War jest czas rozgrywki i chęć do jej powtórzenia. Trochę pomagają trofea, bo nie zostały stworzone tylko dla łatwej platyny. Natomiast dziesięć plansz, w tym pięć z bossami, da może trzy godziny rozgrywki dla przeciętnego gracza? Jakoś nie sądzę, żeby zajęło mi to więcej czasu, mimo czasem kilku podejść do danej planszy. Lepiej z powtarzaniem całej gry dla zabawy poczują się tylko osoby, które lubią podbijać swój wynik punktowy, a na niego wpływają zgony, resetując go, oraz trudność, która daje odpowiednie mnożniki. Z drugiej strony produkcja kosztuje 33 złote, więc spokojnie można tyle dać za nawet przejście tej arkadowej strzelanki na nogach wydanej pod koniec terminu zakończenia wydawania gier na PSV.


Polecamy


Producent: Andrade Games
Wydawca: Red Art Games
Data wydania: 22 czerwca 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 336 MB
Cena: 33 PLN

Gra jest również dostępna na Nintendo Switch w cenie 40 PLN. 

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.