Grand Theft Auto: Vice City – The Definitive Edition

Vice City już w momencie premiery mocno szarpało u graczy za strunę nostalgii. Teraz robi to ze zdwojoną siłą, nawet jeśli technicznie gdzieniegdzie niedomaga.

Dla wielu graczy to właśnie Vice City jest najlepszą częścią tej uwielbianej na całym świecie serii, zaraz po Grand Theft Auto V. Wprawdzie to chyba najmniej rewolucyjna odsłona cyklu, ale wszystko w niej od początku do końca gra jak należy. Weźmy np. osadzony w latach osiemdziesiątych świat przedstawiony. Słoneczne Vice City żywcem przypomina Miami, które moje pokolenie doskonale zna z serialu z Donem Johnsonem w roli głównej. Swoją drogą to ciekawe, że nikt nie pamięta, jak się nazywa aktor grający jego partnera – mam na to swoją teorię, ale w dobie poprawności politycznej lepiej jej raczej głośno nie artykułować… Wróćmy więc do świata wirtualnego. Przeniesione w trójwymiar miasto sprawiało bardzo klimatyczne wrażenie już w roku premiery gry (2002!), zaś dwie dekady później… może podobać się jeszcze bardziej. Wszystko za sprawą dynamicznego oświetlenia, które nawet w wersji na Switcha daje radę. Nie jest oczywiście idealnie (znów mamy chociażby deszcz meteorytów zamiast tradycyjnych opadów), ale po niezwykle brzydkiej trójeczce bałem się, że kwestie wizualne w Vice City będą również leżeć i kwiczeć. Nic bardziej mylnego – pracujące na zlecenie Rockstara studio Grove Street Games albo się nad wyraz postarało, albo… miało farta.

Biorąc jednak pod uwagę różne elementy recenzowanego tytułu, skłaniam się bardziej ku drugiej opcji. Wszystko dlatego, że Vice City również niedomaga w kwestii płynności. Na dzisiejsze standardy jest mocno tak sobie, ale w porównaniu do GTA III jest i tak o niebo lepiej! Framerate spada nieco poniżej obiecanych 30 klatek zwykle tylko podczas dynamicznej jazdy, tak więc jeśli do Vice City wskoczycie od razu po zaliczeniu trójki, będziecie bardzo mile zaskoczeni. Niestety, w kwestii dźwiękowej developerom również zabrakło nieco szczęścia. Wiadomym jest, że ta część zawsze muzyką stała. Po wskoczeniu do pojazdu mogliśmy liczyć na doskonale znane kawałki tamtej epoki, z których wiele po dziś dzień jest regularnie puszczanych w prawdziwych rozgłośniach radiowych. Z powodów licencyjnych w recenzowanym tytule wielu hitów jednak zabrakło. Jeśli ktoś w pierwszej minucie gry spodziewa się usłyszeć Michaela Jacksona, ten się srogo zawiedzie, podobnie jak fani Ozzy’ego Osbourne’a czy też Lionela Richiego. Na szczęście brakujące kawałki zastąpiono nowymi, które świetnie oddają klimat „ejtisów”. Dodatkowo w odbiornikach wciąż będziemy mogli posłuchać m.in. duetu Hall & Oates, zespołów The Buggles czy też Mr. Mister, a także innych solowych megagwiazd tamtego okresu z Aneką i Laurą Branigan na czele. Mimo cięć to wciąż jeden z najlepszych soundtracków w świecie komputerowej rozrywki!

Pozostając przy temacie dźwięków, nie można pominąć doskonałego voice actingu. Gdy spojrzy się na listę osób w niego zaangażowanych (m.in. Ray Liotta, Dennis Hopper, Danny Trejo, Debbie Harry czy też nieodżałowany Burt Reynolds) nie mogło być inaczej. Głosowe popisy gwiazd na nic by się jednak zdały, gdyby postacie z Vice City okazały się tak drewniane, jak te w GTA III. Rockstar musiał sobie wziąć ostro do serca ówczesną krytykę, gdyż bohaterowie kolejnego Grand Theft Auto są po prostu rewelacyjni. Każda pojawiająca się w tym tytule wirtualna osobowość jest wprawdzie książkowo stereotypowa, ale jednocześnie żadnej z nich nie brak charyzmy. A protagonista (nareszcie potrafi mówić, ale wciąż tonie jak kamień), czyli świeżo wypuszczony z więzienia gangster Tommy Vercetti, to klasa sama w sobie. Niemniej każda z postaci jest wykreowana niemalże doskonale, bez wyjątku.

Równie dobrze wypada sfera fabularna. Od początku do końca trzyma się kupy, w obu znaczeniach tego słowa. Wszystkie zdarzenia w teorii łączą się ze sobą w logiczną całość, ale czuć w tym ducha kiczu i kinowego badziewia lat osiemdziesiątych. Co ambitniejszych graczy może to lekko odrzucić, ale ci wychowani w latach dziewięćdziesiątych, karmieni telewizyjnym chłamem na egzotycznych kanałach pokroju Polonia 1, będą wręcz wniebowzięci. Dla mojego pokolenia wycieczka do Vice City to po prostu nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa, który dzięki ponownemu zaliczeniu tytułu na Switchu poczułem chyba jeszcze silniej niż w czasie premiery oryginału.

Poza tym to nadal świetna rozgrywka, choć, jak wspomniałem, nowinek w niej jak na lekarstwo. Twórcy skupili się w dużej mierze na poprawie niedoróbek z GTA III – sterowanie jest lepsze, strzelanie bardziej satysfakcjonujące, misje sporo ciekawsze, a klimat dużo bardziej interesujący. Za nowości w grze służą rozbudowane wątki poboczne, nowe pojazdy (w tym jednoślady oraz helikopter), a także element gospodarowania biznesem. To zupełnie inna kanwa aniżeli trójka – w Vice City chłopcem na posyłki jesteśmy tylko przez pewien czas, później przyjdzie nam pracować nad totalnym przejęciem miasta. W mojej opinii zmiana perspektywy wyszła gangsterskiej serii tylko na plus.

Podsumowując, Grand Theft Auto: Vice City ponownie wciągnęło mnie bez reszty. Mimo całkiem długiego wątku podstawowego, końcowe napisy ujrzałem już czwartego dnia od rozpoczęcia przygody. Podobnie jak w roku 2002, również tym razem tytuł ponownie obudził we mnie najcieplejsze wspomnienia z młodości. Oprócz podstawówki, tym razem również przypomniały mi się czasy szkoły średniej. Naprawdę, bardzo przyjemnie było wrócić na słoneczne bulwary wirtualnego Miami.


Polecamy


Serdecznie dziękujemy Rockstar Games i Cenedze
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Rockstar Games
Wydawca: Rockstar Games
Data wydania: 11 listopada 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa i pudełkowa
Waga: 5,1 Gb (tylko GTA: Vice City, trylogia 25,4 Gb)
Cena: 249,80 PLN (trylogia)

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.