Yurukill: The Calumniation Games

Ze shoot’em upów, w które grałem do tej pory, tylko Sine Mora mogła pochwalić się konkretną fabułą. Yurukill podnosi poprzeczkę, łącząc shmupa z visual novel.

Wbrew pozorom nie jest to historia o pilotach latających maszyn, którzy walczą z mechami czy innymi wrogimi kosmitami. Co prawda zaczynamy od sekcji z lataniem, ale nie zostaje wyjaśnione, dlaczego pilotujemy myśliwiec. Dopiero po niej, wraz z głównym bohaterem, dowiadujemy się, że wraz z grupą innych osób został sprowadzony na dziwną wyspę, aby wziąć udział w grze o wolność. Każda z pięciu osób, które biorą w niej udział, jest oskarżona o jakąś zbrodnię. Jedni są winni, inni niewinni, a szczegóły poznamy wraz z rozwojem historii. Aby było bardziej interesująco, każdy więzień został sparowany z katem, który jest bezpośrednią lub pośrednią ofiarą działań oskarżonego. W pierwszym etapie poznajemy dokładniej każdą parę i jej historię, aby umocnić więź między nimi. Następnie wchodzi etap rywalizacji, ponieważ tylko jeden więzień może wygrać tę zabawę. Nagroda jest wielka, ponieważ organizator oferuje przedstawienie wymiarowi sprawiedliwości dowodów na niewinność zwycięzcy, czy to rzeczywistych, czy sfabrykowanych. Mimo że to VN-ka, nie ma tu kilku zakończeń, więc przedstawiane nam wybory dialogowe służą tylko do rozmów. Wciąż można jednak w niektórych przypadkach zginąć, gdy zdecydujemy się na złą odpowiedź. Sama historia jest interesująca, ponieważ każda zbrodnia, którą poznajemy, jest stopniowo odkrywana – nic nie jest czarno-białe. Poza tym już właściwie od początku wiadomo, że protagonista, Sengoku Shunju, został wrobiony, a prawdziwy winowajca znajduje się pośród współtowarzyszy niedoli. Plusem są także postacie, które są nie dość, że różnorodne w charakterach, to jeszcze ciekawie sparowane i sensownie napędzane do swoich działań. Wisienką na torcie jest totalnie postrzelona Binko, czyli tajemnicza kobieta w masce lisa, która prowadzi uczestników przez całą „zabawę”. Jeszcze przed premierą część fabularna tej gry interesowała mnie najbardziej, ponieważ odpowiada za nią Homrura Kawamoto, autor mangi „Kakegurui”. I nie zwiodłem się, jest dobrze. Mam jednak wrażenie, że postaci powtarzają za dużo tekstów i informacji, które już wcześniej padły.

Aż słyszałem głos Binko, gdy przeczytałem jej słowa, taki świetnie jest zagrana ta postać.

Zanim napiszę więcej o shoote’em upie, jeszcze pociągnę kwestie fabularne. Cała zabawa w Yurukill została podzielona przez pomysłodawców na siedem rozdziałów. Każdy zaczyna się od zaliczenia swego rodzaju escape roomów. Przez pierwszą część gry prowadzimy niemal każdą z par, następnie akcja skupia się już tylko na jednej, z resztą się tylko rozmawia. Cechą wspólną tych części jest rozwiązywanie zagadek, które pomogą nam dowiedzieć się o przebiegu przestępstw naszych kryminalistów oraz uzyskać przepustkę do dalszego etapu walki o niewinność. Zadania logiczne, które zaproponowali nam twórcy gry w większości przypadków są do rozwiązania bez podpowiedzi. A nawet jeśli przy czymś utkniemy, to system trzech podpowiedzi powinien każdemu dać dość informacji, by uporać się z problemem. Pośród nich znajdziemy układanie przedmiotów w kolejności, robienie małych sudoku czy liczenie. Podczas grania w Yurukill warto zachować większe skupienie nad poznawaną treścią, bo zarówno dane z dialogów, jak i czasem zagadek, będą niezbędne do etapu, który pojawia się po escape roomie.

Znaleziona podpowiedź do jednej z zagadek – ta nie była łatwa.

Właśnie w tym momencie zaczyna się część ze strzelanką. Ale znowu, zanim napiszę o niej, zostanę przy fabule. Latanie i strzelanie jest przeplatane czterema elementami. Pierwszy to szybki quiz, w którym mamy tylko 10 sekund na odpowiedzenie na pytanie związane z dopiero co poznanym kawałkiem historii. Tekst bywa średnio czytelny i łatwo się pomylić w odpowiedzi. Pytań jest pięć, a za każdą dobrą odpowiedź dostajemy jedno dodatkowe życie. Potem latanie przerwie dwa razy rozbijanie bariery umysłowej przeciwnika. Zostaje nam w nich przedstawione kilka pytań (liczba zależy od rozdziału), na które trzeba odpowiedzieć, wybierając odpowiedni dowód spośród znalezionych rzeczy. Są przy nich dodatkowe opisy, które mają pomóc, ale w większości naprawdę trzeba pomyśleć nad podpowiedzą i często może się okazać, że coś nam umknęło. Każda zła odpowiedź to strata aż trzech żyć z puli, która ma starczyć na cały shmup i te odpowiedzi. Ostatnią częścią pomiędzy lataniem jest wybranie sześć razy odpowiedniego zdania, aby stworzyć podsumowanie, które ma zburzyć uprzedzenia przeciwnika. To jest już prostsze, ale wciąż łatwo o pomyłkę, a każda tak kosztuje życie. Szczególnie przez etap drugi i trzeci z dowodami nieraz traciłem sporo żyć, co potem odbijało się na konieczności powtarzania całej shoot’em upowej sekwencji. Plusem tego pomysłu przynajmniej było poznanie odpowiedzi na pytanie, co oszczędzało szans. Generalnie koncepcja tych wtrętów pomiędzy strzelaniem jest interesująca, ale muszę też przyznać, że z powodu efektów wizualnych jest dość męcząca, gdy na początku i na końcu wybiera się odpowiedzi lecąc w tunelu. Niestety nie można też przyspieszyć dość słabych animacji, gdy dobieramy dowody.

Oto wizualizacja niszczenia umysłowej blokady za pomocą dowodów.

W końcu przyszła pora na ostatni element gameplayu. Shoot’em up w Yurukill wyszedł zaskakująco dobrze. Przed rozpoczęciem gry możemy wybrać jeden z trzech poziomów trudności. Zdecydowałem się na normalny i muszę przyznać, że nie było łatwo. Z drugiej strony było jednak łatwiej niż w większości takich gier. Główny wpływ ma na to liczba żyć, które dostajemy. Na normalu jest ich maksymalnie dwadzieścia. Można jednak trafić trzy dodatkowe w trakcie latania, jeśli zauważymy lisią maskę i podświetlimy ją specjalnym atakiem. Twórcy jednak zadbali o to, żeby było gęsto od wrogiego ostrzału. Na dodatek przez część gry lecimy różnymi statkami, a że każdy ma inne parametry, nie ułatwia to zadania. Jak to zwykle w shmupach bywa, możemy też złapać ulepszenia mocy ostrzału. Jednak jeśli zostaniemy trafieni, tracimy część nich, – ile dokładnie już zależy od wybranego poziomu trudności; na normalu zostawały trzy, ale trzeba było je ponownie złapać, co nieraz nie było proste. Oprócz zwykłych karabinów mamy też możliwość naładowania broni specjalnej, która albo wysyła specjalne czarne dziury przed siebie, albo tworzy ochronną i atakującą wroga swego rodzaju tarczę wokół statku. Bywa też, że naładowana częściowo specjalna broń uchroni nas przed utratą życia jej kosztem. Zdobycie 100% naładowania jeszcze daje atak zmiatający z planszy wszystko, nawet cały pasek życia bossa. Jeśli chodzi o bossów, to walki z nimi składają się z kilku etapów i zostały ciekawie zaprojektowane oraz potrafią napsuć krwi, szczególnie, gdy na etapie odpowiedzi potraciliśmy sporo żyć. Tak właściwie spośród siedmiu strzelankowych potyczek myślę, że pięć powtarzałem przez mieszankę zgonów w trakcie latania i złych wyborów i zdecydowanie presja się budowała, gdy traciłem kolejne szanse. Spokojnie więc mogę stwierdzić, że i ta część gameplayu jest satysfakcjonująca.

A teraz wyobraźcie sobie, że to ten obraz się rusza wraz z lecącym statkiem – ciężej przez to skupić się na wyborze.

Oprawa graficzna części fabularnej ma swój styl, szczególnie w kwestii projektów postaci (zwłaszcza Binko). Dialogi niestety są zaprezentowane statycznymi rysunkami 2D, choć trochę życia daje im ciekawy zabieg graficzny z podświetlanymi otoczkami, które także zmieniają kolor i intensywność podświetlenia na podstawie wyrażanych przez bohaterów emocji. Dość dobrze prezentującą się escape roomy i inne rysowane tła, ale trudno szukać na tym polu czegoś do zachwytu. Niestety dość męczące dla wzroku są wizualizacje tuneli w quizach i przy niszczeniu mentalnych murów. Część shoot’em upowa nie zachwyca, ale jest dość czytelna, więc nie przeszkadza w strzelaniu. Na pochwałę jednak zasługuje różnorodność przeciwników i miejsc walki oraz projekty bossów, które nawiązują do przeciwników. Szczególnie wybija się Oka, wielki fan popowej idolki, który odprawia taniec i atakuje świetlistymi pałeczkami używanymi na koncertach. Całą grę przeszedłem w trybie handheldowym i podczas latania zdarzało się grze na chwilkę pogubić klatki, ale ani razu nie przyczyniło się to do zgonu, więc chociaż tyle dobrego. W przypadku muzyki również jest różnorodnie. Przygrywa wszystko od muzyki elektronicznej, przez ciężki rok, po nawet orkiestrę z chórem. Nie jest to nic, czego chciałoby się słuchać poza grą, ale w niej jako tło sprawdza się dobrze. Efekty dźwiękowe niczym nie raziły, ale też się nie wybijały, więc nie ma się co rozpisywać. Dużą zaletą, jak to często w japońskich produkcjach bywa, jest gra aktorów głosowych. Wszyscy zostali dobrze dopasowani do swoich postaci, a dla mnie dodatkowym plusem była Saori Hayami, która użyczyła głosu protagonistce Kakegurui. Jednak wszyscy aktorzy wypadają blado przy Yu Kobayashi, która wypowiadała się jako Binko. Stworzyła szaloną prezenterkę, która w trakcie zdania trzy razy potrafiła zmienić głos, by oddać pełne szaleństwo tego turnieju.

Wspomniany w tekście tańczący fan Oka.

Pora podsumować ten gatunkowy miszmasz. Wstępnie miałem obawy, czy wyjdzie z tej gry coś ciekawego, czy któryś element będzie zauważalnie słabszy od drugiego, czy dobrze połączą ze sobą kryminalną historię z lataniem myśliwcem. Okazało się, że różne moje obawy się nie sprawdziły, z czego się cieszę. Z Yurukill przyjemnie spędziłem 20 godzin,  w trakcie których poznałem całkiem ciekawą historię o szalonym pomyśle na zabawę z kryminalistami i ich ofiarami w odjechanym parku rozgrywki. Dodany do rozwiązywania zagadek logicznych shoot’em up również sprawdził się jako element urozmaicający rozgrywkę. Nawet powód jego dodania jest całkiem sensowny, choć dość szalony, ale pasuje do koncepcji. Czy ja w ogóle napisałem, jak przechodzimy do niego? Chyba nie… Skoro tak, niech więc pozostanie to Wam do odkrycia. W związku z tym grę mogę polecić niemal wszystkim. Niemal, bo o ile gracze, którzy lubią zarówno visual novele, jak i shoot’em upy będą zadowoleni, tak osoby skupiające swą uwagę na tylko jednym z tych gatunków już będą miały większy dylemat. Fanów shmupów będzie łatwiej przekonać, bo gdy już przebrną przez fabułę, będą mogli jeszcze bawić się w score attack różnymi statkami. Natomiast osoby, które lubią czytanki, ale takie sztrzelanki ich do tej pory nie interesowały, mogą się odbić od idei tej gry. Myślę jednak, że warto. Zawsze można polecieć na easy i znacznie łatwiej przebrnąć przez ten element gameplay’u. Ponieważ jest też dość przyjazny w kwestii trudności, jest szansa, że ten gatunek może im się spodobać i spróbują innych tytułów. Na koniec zostaje mi już tylko stwierdzić, że Yurukill: The Calumniation Games jest zaskakująco dobrym miksem różnych gatunków gier.


Polecamy


Serdecznie dziękujemy NIS America
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: IzanagiGames, G.rev, ESQUADRA,inc.
Wydawca:  NIS America
Data wydania: 8 lipca 2022 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 5,5 GB
Cena: 160 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.