Sydney Hunter and the Curse of the Mayan

Zatrutka w moich żyłach, nostalgia się nazywa – tak w jednym ze swoich hitów śpiewa pewna gwiazda polskiej sceny muzycznej. To właśnie tęsknota za minionymi czasami sprawiła, że w czasie jednej z promocji w eShopie zakupiłem Sydney Hunter and the Curse of the Mayan.

Na początku lat 90-tych setki godzin zleciało mi na próbie przejścia gry Rick Dangerous, którą wraz z bratem katowaliśmy na C64. Mimo wyśrubowanego poziomu trudności była to pozycja magiczna, przy której zaoraliśmy niejeden joystick. Historia jakich wiele, każdy gracz w swoich dziejach miał przynajmniej jeden tytuł, dla którego kompletnie stracił głowę. W czasie dyskusji na ten temat na jednej z grup, znajomy polecił mi właśnie recenzowaną grę, sugerując, że klimatem i rozgrywką mocno przypomina moją ulubioną pozycję z poczciwego Commodore. Szybkie logowanie do sklepu Nintendo i gra niemalże natychmiast zaczęła pobierać się na moją konsolę…

Jej głównym bohaterem jest niepozorny poszukiwacz skarbów mający na imię tak samo jak największe miasto Australii, powszechnie określane błędnie stolicą tegoż kraju. Protagonista nie jest całkowitym debiutantem w branży gier video, gdyż niewielka część graczy miała już okazję się z nim spotkać w dwóch poprzednich dziełach developera, które wydano odpowiednio w 2017 i w 2018 m.in. na… Commodore 64 i SNES-a. Trzecia gra z tego uniwersum trafiła już do szerokiego grona odbiorców i ukazała się na komputerach osobistych oraz Switchu.

Kulfoniasty odpowiednik Lary Croft w czasie przeczesywania południowoamerykańskich piramid zostaje wplątany w historię, w której na majskich bogów rzucono klątwę, a bez jej zdjęcia świat czeka zagłada. Aby tego dokonać, każde z bóstw zabunkrowanych w poszczególnych świątyniach trzeba pokonać w walce. Jak przystało na bossów, ci są nie tylko pochowani w najgłębszych zakamarkach przemierzanych plansz, ale również mają do swojej dyspozycji rzesze upierdliwych sługusów, a także zdążyli naszpikować dojścia do swoich komnat mnóstwem pułapek. Wygląda to na pierwszy rzut oka niezwykle prosto i zrozumiale oraz charakterystycznie dla gier mocno osadzonych w realiach lat osiemdziesiątych. I właśnie taką pozycją Sydney Hunter and the Curse of the Mayan się okazało, wspomniany więc na wstępie kolega ani trochę się nie pomylił!

Produkcję cechuje przede wszystkim retro grafika, która jest w stanie zauroczyć nawet najbardziej sceptycznie nastawionego fana epoki NES-a. Kolory są bardzo żywe, a samą oprawę wyróżnia całkiem spora szczegółowość. Co ciekawe, przyjemna dla oka stylizacja nie ułatwia wcale rozgrywki, gdyż świetnie kamufluje czyhające pułapki. Nieraz i nie dwa zaskakiwany byłem nagle wyskakującym z ziemi ostrzem czy też śmiercionośnym pociskiem wystrzeliwanym ze ściany. W pewnym momencie, po jednej z dłuższych serii zgonów, musiałem wprowadzić nawet inne podejście do grania. Ostatecznie, by osiągnąć progres wystarczyło po zameldowaniu się w kolejnym ekranie najpierw zlustrować wzrokiem sekcję, a dopiero później radośnie ruszyć dalej.

Absolutnie fantastyczna jest muzyka. Na ścieżce dźwiękowej znalazło się sporo utworów, spośród których zdecydowana większość jest bardzo miła dla ucha. Swój indywidualny motyw muzyczny mają nie tylko każdy z leveli, ale również wszystkie pojedynki z bossami. Gorzej jest już z dźwiękami wydawanymi przez przeciwników czy chociażby w przypadku sampli towarzyszących wykorzystywaniu broni. Nie jest to jakiś dramat, ale na tle misternie skomponowanego soundtracku reszta udźwiękowienia wypada blado.

Gameplay to z kolei jedna wielka huśtawka emocji spowodowana w głównej mierze permanentnym przemieszaniem elementów świetnych z upierdliwymi. Rozgrywka w Sydney Hunter and the Curse of the Mayan jest jak gra w szachy – raz lądujesz na białym, raz na czarnym. Level levelowi jest nierówny – po podejrzanie łatwym nierzadko następuje taki, który przyprawia o niekontrolowane wybuchy agresji, a po etapie zaliczonym w kwadrans przychodzi zapewniający nam rozrywkę na dwie doby. Częstokroć ma się wrażenie, że poszczególne sekcje powstawały w całkowitym braku porozumienia pomiędzy pracującymi nad nimi programistami, bo tak wyraźnie brakuje w nich momentami spójności. Sytuacji nie ułatwiają dwa najbardziej irytujące elementy produkcji – odradzający się po powrocie na dany ekran przeciwnicy oraz źle rozłożone punkty zapisu – tak, w tej grze stan gry trzeba zachowywać samodzielnie w wybranych punktach – w końcu to totalnie oldskulowa propozycja!

Na całe szczęście save pointy znajdują się zawsze przed każdym z finałowych pojedynków. Sami bossowie są też oczywiście identyczni jak rozgrywka – jednych zalicza się za pierwszym podejściem, przy innych przyjdzie rwać włosy. Wszyscy są wykreowani w mniej lub bardziej zgodny z przekazami Majów sposób, gra ma więc dodatkowy walor edukacyjny. I co ważne, przekazywany jest on zwykle w bardzo zabawny sposób. Przed każdą z walk główny bohater prowadzi z adwersarzami interesujący dialog i tylko szkoda, że do pełnego zrozumienia tych rozmów trzeba dość dobrze znać język angielski.

Wielbiciele tego typu pozycji powinni być również usatysfakcjonowani długością gry. Wbrew temu, co można sądzić, nie wystarczy tu jedynie zaliczanie kolejnych etapów. Levele odblokowują się dopiero po zebraniu konkretnej liczby kryształowych czaszek porozrzucanych w różnych miejscach każdej ze świątyń, a do niektórych dostęp można uzyskać dopiero po zdobyciu artefaktu gwarantującego nam dodatkową zdolność bądź też po znalezieniu konkretnej broni. Wszystko to sprawia, że do zaliczonych wcześniej sekcji nie tylko trzeba powracać, ale też solidnie je przetrzepać w poszukiwaniu elementów niezbędnych do pchnięcia fabuły dalej. Łącznie tytuł powinien zapewnić więc przynajmniej 10 godzin rozrywki.

Podsumowanie muszę zacząć od wyznania, iż od dawna żadna z ogrywanych przeze mnie pozycji nie przyprawiła mnie o tak duży problem z oceną. Z jednej strony to bardzo nostalgiczna i klimatyczna podróż w erę 8-bitów, z drugiej zaś produkcja z mnóstwem wymagających elementów, które współczesnych graczy mogą do niej skutecznie zniechęcić. Jako przedstawicielowi starej szkoły grania nie przeszkadzają mi owe trudności, ale jako recenzent muszę brać pod uwagę ogół społeczności graczy. Dla miłośników old schoolu będzie to więc pozycja godna polecenia, w przypadku reszty grającej braci zjeżdżam poziom niżej w naszej redakcyjnej skali i bezradnie rozkładam ręce…


Trudno powiedzieć…


Producent: CollectorVision Games
Wydawca: CollectorVision Games
Data wydania: 12 września 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 370 Mb
Cena: 38 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.