Sonic Mania

Wszyscy lubimy wielkie powroty. Aktorów przezwyciężających uzależnienie i wykazujących się w nowym filmie, gwiazdy rocka po latach przerwy wyruszające w kolejną trasę koncertową. No i takim właśnie celebrytą był Sonic. Radosny jeż ratujący zwierzęta przed złymi robotami w latach dziewięćdziesiątych był wielbiony przez miliony i stawiany na równi z Wąsatym Hydraulikiem. Z czasem jednak bohater zaczął przedawkowywać chili dogi, wpadł w nieciekawe towarzystwo swojego krawędziowego alter ego, a nawet wdał się swego czasu w toksyczny związek z ludzką księżniczką. Ale dzisiaj nie będziemy rozmawiać o grach (i niekompetencji) Sonic Team. Dzisiaj porozmawiamy właśnie o wielkim powrocie. Bo gdzie twórcy marki niedomagają, tam pałeczkę przejmują fani.

Jeśli Segę można za coś pochwalić, to jest to zdecydowanie kontakt z fanami. „Niektóre” firmy na fanowskie odsłony swoich marek reagują pozwami (ekhm, AM2R). Sega po zauważeniu, że fani sami zajęli się nową dwuwymiarową grą z Niebieskim Jeżem, nie tylko nie zaczęła ich straszyć prawnikami, ale zaoferowała pomoc przy produkcji i dystrybucji tytułu. I tak po latach prac nad demami technologicznymi zespół pod przewodnictwem Christiana Whiteheada wydał Sonic Mania – celebrację klasycznych gier ery Mega Drive’a, ale także prawdopodobnie najlepszą odsłonę serii od ponad dwudziestu lat.

Zapomnijcie o zabijaniu boga, wojnach światowych i zmianie w wilkołaka. W Sonic Mania fabuła jest prosta – Dr. Eggman ponownie zaczyna porywać bezbronne zwierzaki, przez co Sonic, Tales i Knuckles znowu muszą przerwać swoją drzemkę i ruszają przez międzywymiarowy portal w pościg za złoczyńcą oraz jego piątką elitarnych robotów. Tyle. I po latach obserwowania jak antropomorficzne jeże, lisy i kolczatki zmagają się z horrorami wojny i poważnymi dysputami o charakterze filozoficznym nie mógłbym chcieć niczego więcej. Często widzę śmiechy związane z tym, że w każdym Super Mario ponownie widzimy Peach porywaną przez Bowsera. Ale jeśli alternatywą dla tego schematu miałby być sposób prowadzenia fabuły podobny do tego z Sonic Adventure 2 lub Sonic the Hedgehog 2006, to niech Peach będzie porywana jeszcze przez kolejne trzydzieści lat.

No dobra, obiecałem, że ten tekst nie będzie polegał na czepianiu się Sonic Team. Podróż międzywymiarowa to tak naprawdę pretekst, aby móc odwiedzić serię najbardziej kultowych poziomów z szesnastobitowych gier. Green Hill Zone? A jest, jakże by inaczej. Chemical Plant? Oczywiście. Poziomów mamy tutaj trzynaście, każdy nich rzecz jasna podzielony na dwa akty. Większość z nich to właśnie poziomy zapożyczone, ale znalazło się też miejsce dla czterech nowych. Czy jest to problem? W żadnym wypadku. Stare lokacje nigdy nie wyglądały tak dobrze i choć fani zauważą znajomo wyglądające fragmenty, wszystkie zostały odpowiednio zremiksowane i pachną świeżością. Nowe levele natomiast pasują do tej mieszanki jak chili do hot doga lub Sonic Boom do kosza na odpad… przepraszam.

Czuć też, że to jednak projekt osób, które nie tylko kochają Sonica, ale – ważniejsze, wiedzą za co go kochają. Projekty poziomów są po prostu przemyślane, pełne ciekawych mechanik, a twórcy doskonale wiedzieli, kiedy Sonic powinien się zatrzymać i ostrożnie skakać między platformami i kolcami, a kiedy pora całkowicie wyłączyć hamulce i pozwolić bohaterowi rozpędzać się bez opamiętania. W starych grach zawsze mnie jednak irytowało, że często na samym końcu rampy na gracza czekały śmiercionośne kolce, których bez znajomości poziomu nie dało się przewidzieć. W Sonic Mania niczego takiego nie napotkałem, a gra nie kara za chęć poczucia wiatru w… igłach. Oczywiście ostrożniejsze i wolniejsze obserwowanie wytyczonej drogi wciąż pozwala na odkrycie masy alternatywnych ścieżek i ukrytych power-upów. Niektórych może lekko odstraszyć długość gry – ukończenie wszystkich poziomów zajmuje nieco ponad cztery godziny, ale siłą Sonica zawsze było replay value. Nie inaczej jest tutaj i nawet po przechodząc grę kilka razy możecie być pewni, że zobaczycie coś nowego.

Twórcy idealnie odwzorowali też fizykę – sterowanie jest responsywne, Sonic rozpędza się z odpowiednią szybkością, poślizg po zatrzymaniu daje poczucie pędu postaci, a jednocześnie pozwala zachować nad nią kontrolę. Działa to tak dobrze jak na Mega Drive’ie, ale moc dzisiejszych procesorów i ogromna liczba sprite’ów przygotowanych przez grafików sprawiła, że całość jest o niebo płynniejsza. Nawet fragmenty 3D, w których ścigamy UFO przetrzymujące Szmaragdy Chaosu, są diabelnie przyjemne. No i jak to wszystko wygląda! Postacie są przepięknie animowane, tła tętnią życiem i kolorami, piksele cieszą ostrością (oczywiście wszystko działa na Switchu w 1080p), a za muzykę to już w ogóle zalałbym kompozytorów pierścieniami.

 

No i tak się składa, że Sonic Mania kupiłem wersji pudełkowej z dopiskiem Plus. Wersja ta wprowadza masę dodatkowych usprawnień i bonusów, które znajdziecie też w cyfrowej wersji dzięki patchowi, a także DLC Encore (za te osobno już zapłacicie dwie dychy). Dodatek dodaje do gry tytułowy tryb Encore, który wprowadza do gry dwóch zapomnianych bohaterów uniwersum Segi – Mighty’ego i Rey’a, a także wprowadza kolejne zmiany w projektach poziomów, aby przystosować je do umiejętności innych postaci, zastępuje sekcje zbierania niebieskich kul nowym Bonus Stagem w postaci pinballa (wiem, że te sekcje mają swoich fanów, ale ja do nich nie należę), a wprowadza nowe motywy kolorystyczne. Nie ma tu co prawda całkowicie nowych poziomów, ale jeśli po kilkukrotnym ukończeniu gry będziecie chcieli ja sobie urozmaicić, DLC jest naprawdę godne polecenia.

Sonic Mania to prawdopodobnie najlepsza gra fanowska jaka kiedykolwiek powstała. W każdej klatce animacji czuć tutaj miłość twórców do materiału źródłowego, a jednocześnie jest to po prostu genialna platformówka, którą powinny się zainteresować osoby, które nie miały wcześniej z serią styczności lub ona ich odrzuciła. Sonic przez ostatnie dwadzieścia lat trochę się zapuścił, ale w końcu powrócił w wielkim stylu.

No, a teraz poproszę Sonic Forces w wersji na Switcha, abym mógł sobie w spokoju ponarzekać.


Ocena: 9/10


Producent: PagodaWest Games, Headcannon, Christian Whitehead, Tantalus Media
Wydawca: Sega
Data wydania: 15 sierpnia 2017 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 390 MB
Cena: 80 PLN


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *