Shin Megami Tensei IV: Apocalypse (3DS)

Konsole przenośne od zawsze stały dla mnie japońskimi grami RPG, ponieważ sprawdzały się idealnie w małym formacie. Nie inaczej było z 3DS-em, który na tym poletku po dziś ma wiele do zaoferowania. Pokaźna biblioteka konsolki Nintendo oferuje mniej lub bardziej znanych perełek dla prawdziwych koneserów. Dziś jedną z nich bierzemy na warsztat. Zapraszam wszystkich, i odważnych, i ostrożnie stąpających, do świata Shin Megami Tensei IV: Apocalypse.

Recenzję napisała Angelika „Asobu” Szczepaniak

Zanim zaczniemy omawiać grę, cofnijmy się w czasie do zamierzchłego (właśnie dopada mnie kryzys wieku średniego) roku 2013. Na rynku debiutuje Shin Megami Tensei IV, czyli długo wyczekiwana, pełnoprawna kontynuacja istnej legendy gatunku jRPG. Jest to też macierzysta seria, z której wywodzi się (niestety) popularniejszy cykl Persona, która jest zresztą istną manifestacją schedy swojego zasłużonego przodka. Ponownie otrzymaliśmy post-apokaliptyczne jRPG, w którym śledziliśmy historię opowiedzianą z punktu widzenia Flynna – samuraja ze wschodniego królestwa Mikado, który szybko odkrywa, że świat nie jest taki, jaki mu od dziecka wpajano. Zgodnie z duchem tradycji marki, była to wyprawa w głąb zrujnowanego Tokio, gdzie przyjdzie nam zostać świadkiem starcia sił Porządku i Chaosu. Ostatecznie przyjdzie nam też podjąć trudny wybór ważący o losach ludzkości oraz całego świata – po jakiej stronie się stanąć?

„Nie musisz ratować świata, aby znaleźć w życiu sens. Czasami wszystko czego potrzebujesz, to coś prostego, na przykład ktoś, kim zapragniesz się opiekować.”*

Ku zaskoczeniu fanów Atlus postanowił wrócić do tego uniwersum i (mogłoby się zdawać) zamkniętej historii. Zapowiedziano niecodzienną kontynuację, która pojawiła się trzy lata później pod postacią Shin Megami Tensei IV: Apocalypse. Zawierała nowy scenariusz osadzony równolegle do „neutralnej” ścieżki fabularnej z podstawowej gry. Zaoferowano graczom zupełnie inne spojrzenie na znane wydarzenia oraz przedstawiono nowe wątki opowiedziane oczami i czynami świeżego bohatera imieniem Nanashi. Nie trzeba znać oryginalnej historii, aby połapać się w wydarzeniach, ale to właśnie zagorzali fani najwięcej wyciągną z fabuły. Najważniejsze, że znów mamy okazję nakopać Mesjaszowi i napawać zwycięstwem okupionym moralnym wycieńczeniem (ufff…!)

Apocalypse jest wręcz kontrastem do pierwotnego Shin Megami Tensei IV. Tym razem zabawę zaczynamy „od dołu”, czyli z perspektywy mieszkańca zrujnowanego Tokio. Mamy rok 2038, świat został zniszczony, a miasto odgrodzone tajemniczą i nieprzenikalną kopułą. Ludzie w środku zostali uwięzieni pośród bezwzględnych i pozbawionych empatii demonów. Nasz gatunek spadł ze szczytu łańcucha pokarmowego i każdego dnia musi walczyć o przetrwanie. To świat, w którym słabi boją się silnych, a wartość jednostki definiowana jest głównie przez jej predyspozycje fizyczne. Dramatyczna sytuacja zmusza mieszkańców metropolii do desperackich kroków. Nanashi, pomimo młodego wieku (ma ledwie 14 lat), zostaje łowcą demonów i członkiem organizacji odpowiedzialnej za pozyskiwanie jedzenia i pilnowanie porządku. Nie cieszy się długo nową fuchą, bo… niemalże natychmiast traci życie i gnie z ręki bezwzględnego demona. Kurtyna w dół, żegnaj okrutny świecie, opuszczam przedwcześnie ten padół łez!

„Świat jest tylko obrazem tworzonym z sygnałów elektrycznych pochodzących z naszego mózgu.”

Ale jak to? Tak to. Nasze pierwsze starcie było niemożliwe do wygrania i uzmysławia nam kruchość ludzkiego życia oraz to, że świat przedstawiony zmienił się w istne piekło na ziemi. W tym wypadku śmierć stanowi dopiero pierwszy krok postawiony na szerokiej ścieżce szytego grubymi nićmi przeznaczenia. W chwili gdy zaczynamy wąchać kwiatki od spodu, tajemniczy i hedonistyczny demon Dagda rzuca nam anarchistyczną propozycję. Oferuje sprzeciw wobec wszystkim normom – zmartwychwstanie w zamian za zrzeknięcie się wolności, cyt. „Zwrócę Ci życie, ale w zamian zostaniesz moim osobistym narzędziem mordu. Będziesz pierwszym zabójcą bogów, który zburzy dotychczasowy porządek”. Niezależnie od naszych osobistych pobudek nie mamy w zasadzie wyboru i jeśli chcemy wyrwać się z lodowatych objęć śmierci, musimy przystać na propozycję i przypieczętować własny los kontraktem z demonem. (Wyjątkowo uparci nihiliści mogą odmówić – Vae victis! Brawo, oszukaliście grę i wyrwaliście z pułapki przeokrutnej pętli życia!)

„Odwieczna walka między bogami włośnie się zaczyna! Czas wybrać stronę. Podążysz ścieżką pokoju czy wybierzesz anarchię?”

Shin Megami Tensei IV: Apocalypse nie zrywa z tradycją i korzeniami. Jednym z najistotniejszych powtarzalnych motywów w serii jest uniwersalny dualizm religijny i kontrastujący ze sobą podział na dobro i zło. Odwieczny konflikt ukazany poprzez relatywizm moralny, gdzie żadna ze stron nie jest jednoznacznie zdefiniowana sztywnymi ramami tego, co „dobre i pozytywne”, a „złe i negatywne”. Tak jak wierzył Nietzsche, nie ma mowy o obiektywnym podziale, bo moralność zależy od punktu widzenia i wielu indywidualnych czynników. Oś konfliktu doprowadza do tego, że ciężko postawić się po którejś ze skrajnych stron barykady. Jest to fundamentalny temat gry eksponowany zarówno w formie narracyjno-filozoficznej, jak i w samej rozgrywce. Podejmowane przez gracze wybory wpływają na przebieg historii i otrzymane zakończenie.

„Dla każdego pokolenia i w każdym świecie ostateczne pytanie dotyczące życia brzmi zawsze tak samo.”

Pod kątem rozplanowania i rozgrywki Shin Megami Tensei IV: Apocalypse korzysta ze sprawdzonego modelu wypracowanego przez swojego poprzednika. Jednocześnie twórcy zbalansowali i usprawnili wszystkie elementy nie do końca działające w pierwszej wizji czwórki. Fani narzekali na niewygodną eksplorację i proszę bardzo, w Apocalypse już nikt się nie zgubi, bo gra w dużo bardziej przejrzysty sposób ukazuje, gdzie i kiedy mamy się wybrać, aby popchnąć fabułę dalej. Sama historia była oryginalnie zbyt surowa i oszczędnie podana? Tym razem śledzicie losy barwniejszej i świetnie rozpisanej gromady różnorodnych charakterów, żywiołowo wchodzących w interakcję z innymi członkami drużyny. Wątek fabularny wciąga i czerpie najlepsze elementy z Persony, jednocześnie nie rezygnując z bardziej dosadnej, dołującej i brutalniejszej tożsamości Shin Megami Tensei.

Jeśli jednak nie graliście w SMT IV to już śpieszę z wyjaśnieniem, że Apocalypse to wymagająca gra jRPG korzystająca ze znanego systemu opartego na mocnych i słabych stronach. Dobrze obrazuje to przykład: papier>kamień>nożyce. W związku z tym kluczem do wygrania pojedynku jest znalezienie newralgicznych punktów przeciwnika oraz dobór odpowiedniej taktyki i drużyny, by uzyskać przewagę. Odkrycie słabego punktu i wykorzystanie go w ataku nagradza nas kolejną turą, co potrafi przesądzić o przebiegu całej walki. Turowy system walki jest przez to potwornie dynamiczny, i nie przeszkadza w tym też to, że składa się z licznych zależności. Jego nieodzownym elementem jest również manipulowanie statystykami. Stosowanie buffów i debuffów to istna podstawa, dzięki której niejednokrotnie przechylimy szalę na naszą korzyść. To wszystko potrafi być na tyle wymagające, że wyższe poziomy trudności przypominają masochistyczne doznanie po dobrowolnym poddaniu się torturom. Na szczęście autorzy nie zapomnieli o laikach i mamy też tryby trudności niemal „fabularny”, z którymi poradzi sobie nawet jednoręka i średnio rozgarnięta małpa, pragnąca bezstresowo poznać scenariusz.

„Gdy zabrzmią trąby, nastanie koniec dni, a spadające gwiazdy będą zwiastunem zagłady życia.”

Drugim najważniejszym elementem Shin Megami Tensei IV: Apocalypse jest oczywiście eksploracja. Cykl reprezentuje dungeon crawlery, więc spędzimy wiele godzin, badając najrozmaitsze zakamarki labiryntowych korytarzy. Zwiedzimy najróżniejsze dzielnice Tokio i ludzkie osady skryte przeważnie na stacjach metra. Nie zapomniano o zadaniach pobocznych, a rozmowa z każdym napotkanym NPC potrafi wynagrodzić poświęcony temu czas. Niszczejące na naszych oczach Tokio ma w swoim dołującym obliczu nutkę melancholijnego piękna. Atmosfera gry potrafi urzec charakterem i odmiennym od kolorowej konkurencji obliczem.

Nanashi, jak niemal każdy pełnoprawny protagonista serii, potrafi werbować demony. Uzyskujemy je poprzez rozmowy z wrogami lub tworząc specjalne fuzje. Dialogi bywają śmieszne i wymuszają na nas nieortodoksyjne prowadzenie rozmów, ale zły wybór potrafi rozwścieczyć demona. Dla przykładu, zalotna Nekomanta, pytając o swój wygląd, może zostać urażona słowem, które w naszym rozumowaniu stanowi komplement. W takim wypadku nie tylko nie przyłączy się do naszej ekipy, ale i zabierze turę, przechodząc do ataku.

„Niezrozumienie i niesłuchanie to raczej dwie różne rzeczy, nie sądzisz?”

Podczas walki Shin Megami Tensei IV: Apocalypse łączy grafikę trójwymiarową z modelami 2D, rzucając nam w twarz płaskimi i szczątkowo animowanymi sprite’ami przeciwników. Projekt demonów ponownie wyszedł spod ręki niesamowicie uzdolnionego i charakterystycznego Kazumy Kaneko. Weterani cyklu z miejsca rozpoznają jego unikalny styl. Z kolei wizerunki bohaterów mocno skręciły w stronę anime i są owocem prac Masayukiego Doi, czyli artysty, którego niektórzy mogą znać z serii Trauma Center. Eksploracja odbywa się w trójwymiarze, rzucając nas w sam środek bardzo szczegółowo wykonanych lokacji. Miejscówki utrzymane w apokaliptycznej wizji urzekają obrazem zniszczonego świata, są w nim potłuczone witryny sklepowe, opuszczone budynki, zdemolowane od wewnątrz apartamentowce czy ślady zaschniętej krwi na ścianach. Nieustanny mrok i ciemność rozświetlane są co najwyżej oszczędnym światłem neonów – to wszystko przekłada się na niesamowicie sugestywny klimat retro-futurystycznego quasi horroru.

To wspaniałe estetycznie dzieło dopełnia muzyka! Syntezatory, niepokojący ambient czy agresywne elektryczne utwory instrumentalne podczas cięższych batalii wprowadzały mnie w istny trans. Ścieżka dźwiękowa tak bardzo trafiła w mój gust, że często wracam do niej poza grą. Sprawdza się bardzo dobrze nie tylko w formie tła i dopełnienia rozgrywki, ale również jako samodzielny album. Zwłaszcza teraz, gdy z podziemia wychodzi moda na retro elektronikę rodem z lat 80. Wizualnie i muzycznie mamy więc do czynienia z unikalną i świetnie sprawdzającą się kompozycją artystyczną. Małe dzieło sztuki zamknięte w niewielkim kartridżu.

Czy mamy do czynienia z grą idealną? W żadnym wypadku, takie przecież nie istnieją. Jeśli miałbym wskazać minusy, o których wypadałoby przecież wspomnieć, to bez wątpienia będzie to grind. O ile mi nie przeszkadzał, tak nie da się ukryć, że sama rozgrywka została skrojona wedle jednego, dość mocno widocznego schematu – zaliczamy jedną lokację po drugiej aż natrafiamy na blokadę, która wymusi w tył zwrot i mozolny grind, by dopiero móc pokonać bossa. Niby gatunkowy standard, ale warto ostrzec, zwłaszcza że tego grindu będzie naprawdę sporo. Osoby grające na najniższych poziomach trudności nie będą aż tak przechrzczone.

Tytuł rozpędza się powoli i wymaga nieco cierpliwości, zanim zaskoczy syndrom jeszcze jednej godziny. Jeśli jednak nie kupi Was sam trzon rozgrywki Mega Tenów, to nie ma za bardzo sensu brnąć dalej. Pierwsze godziny dość jasno pokazują, co będziemy robić przez kolejne kilkadziesiąt. Jeśli lubicie jakieś urozmaicenie od walki i eksploracji, to sorry, tutaj ich nie znajdziecie.

„Nazywaj to, jak sobie chcesz – objawieniem od Boga czy klątwą demona. Fakt pozostaje taki, że nasz świat dobiegł końca.”

Podsumowując, Shin Megami Tensei IV: Apocalypse to obowiązkowa pozycja dla fanów cyklu i gatunku jRPG. Jest to przygoda po brzegi wypełniona zawartością i elementami, w których można się zakochać. Wygląda świetnie, brzmi wspaniale, a do tego oferuje niesamowite wyzwanie i wielowarstwową, zmuszającą do refleksji historię. Mało tego, zachęca do kolejnych przejść (tryb NG+, pozostałe zakończenia) i starcza na co najmniej kilkadziesiąt godzin intensywnej zabawy. Dla mnie jest to po dziś numer jeden w bibliotece 3DS-a i tytuł, który do tej pory emocjonalnie i żywo wspominam. Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić go wszystkim posiadaczom przenośnej konsoli Nintendo. Jeśli zdecydujecie się wstąpić do tego świata, to życzę Wam powodzenia, będzie jak najbardziej potrzebne!


Ocena: 9/10


Producent: Atlus
Wydawca: Deep Silver
Data Wydania: 02 grudnia 2016 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Cena: 120 zł


Recenzja została przysłana na konkurs „Zrecenzuj mnie! 2”
i zajęła w nim drugie miejsce.


 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *