Into the Breach

Obok możliwości grania w dowolnym miejscu i czasie, największą zaletą najnowszej konsoli Nintendo jest naprawdę zróżnicowana biblioteka. I tak, obok wielkich produkcji na dziesiątki godzin pokroju The Legend of Zelda: Breath of the Wild czy Super Smash Bros. Ultimate, Nintendo Switch pozwala doświadczyć całe mnóstwo kameralnych tytułów od twórców niezależnych. Część z nich, dzięki mniejszej skali, idealnie sprawdza się w krótkich sesjach. Wybitnym przedstawicielem tej grupy jest z pozoru niepozorna produkcja studia Subset Games – Into the Breach.

Recenzję napisał hrabia

Twórcy ciepło przyjętego kilka lat temu FTL: Faster Than Light w swoim kolejnym dziele w błyskotliwy sposób połączyli strategię turową, grę logiczną i elementy RGP. Ten miszmasz oparli na mechanice roguelike, która determinuje rozgrywkę. Każdorazowo po przegranej potyczce będziemy zaczynali zabawę od początku w nowej iteracji generowanego proceduralnie świata. Co prawda stracimy aktualny progres, lecz zachowamy zdobyte podczas minionej rozgrywki osiągnięcia.

Fabuła gry jest nieskomplikowana i tak naprawdę stanowi tylko pretekst dla taktycznej rozgrywki. W dalekiej przyszłości ludzkość stanęła na granicy upadku. Niestety w naszej linii czasu jest już za późno na ratunek planety przed gigantycznymi stworami wypełzającymi spod ziemi. Jedynym rozwiązaniem jest tytułowy skok w wyłom w czasoprzestrzeni, który prowadzi do równoległej rzeczywistości, gdzie bitwa nie została jeszcze przegrana. Jako gracze pokierujemy trzyosobowym oddziałem śmiałków zasiadających za sterami mechów, którzy podejmują się  stoczenia walki z hordami Veków.

Rozgrywka toczy się na niewielkich, ale zróżnicowanych kwadratowych planszach. Teatr działań stanowi archipelag czterech wysp oraz odrębnej piątej, finałowej lokacji. Każda wyspa to oddzielny mikroświat różniący się warunkami środowiskowymi oraz zjawiskami klimatycznymi. Przyjdzie nam toczyć bitwy na terenach zielonych nawiedzanych przez tsunami, pustyniach nękanymi burzami, a także w regionie arktycznym z pojawiającą się od czasu do czasu zamiecią śnieżną, która może zamrozić nasze jednostki lub wrogów. Czwarta arena to industrialna okolica pełna toksycznych rozlewisk i ruchomych elementów otoczenia.

Przed wyruszeniem na misję odrobaczenia planety mamy możliwość wyboru jednego z trzech poziomów trudności. Domyślny jest w moim odczuciu odpowiednio zbalansowany i stanowi wyzwanie, zwłaszcza jeśli chcemy wykonać wszystkie cele poboczne misji. Grę rozpoczynamy z podstawowym zestawem trzech mechów oraz z jednym pilotem specjalnym posiadającym unikalną zdolność. Na odblokowanie czekają kolejne grupy maszyn charakteryzujące się odrębnymi właściwościami, które wpływają w znaczący sposób na strategię działania. Nowe maszyny możemy zakupić za monety przyznawane za zdobyte osiągnięcia. Na pozostałych pilotów specjalnych możemy natrafić podczas wykonywania zwykłych misji. Szansę na ich pozyskanie znacznie zwiększymy, gdy zrealizujemy wszystkie cele na danej wyspie. Gama przeciwników również jest szeroka, podczas starć zmierzymy się z istotami przypominającymi gigantyczne szerszenie, chrząszcze czy moskity. Trudno jednak w tym przypadku nie odnieść wrażenia, że twórcy poszli na łatwiznę i w sztuczny sposób powiększyli bestiariusz, bowiem każdy z Veków występuje w bardziej śmiercionośnej odmianie oznaczonej ciemniejszym kolorem.. Osoby z entomofobią śmiało mogą potraktować Into the Breach jako swego rodzaju terapię i spróbować przezwyciężyć lęk zabijając całe hordy robali.

Po rozegraniu kilku potyczek staję się dla gracza jasne, iż tak naprawdę nadrzędnym celem rozgrywki nie jest zabicie wszystkich przeciwników. O wiele ważniejsze jest ocalenie przed zniszczeniem zabudowań, ponieważ to one zasilają system obronny, który powstrzymuje przed masową inwazją wrogów. Na realizację tego celu, a także zadań pobocznych, mamy z góry ustaloną liczbę tur, podczas których musimy przetrwać oraz nie pozwolić Vekom na zniszczenie budynków, fabryk czy reaktorów. Jeśli nasi piloci zginą lub oponenci zredukują poziom zasilania do zera, grę zaczynamy od początku w nowej linii czasu. Jednakże, podejmując kolejną próbę ocalenia świata, możemy zachować jednego z trzech pilotów z poprzedniego podejścia, którego doświadczenie i zdobyte zdolności nie zostaną zresetowane. Żywotność tytułu przedłuża możliwość ukończenia gry jednym z ośmiu zestawów mechów, a dla naprawdę wytrwałych graczy czeka bonusowy skład. Sposób rozgrywki znacząco się zmienia, gdy przesiądziemy się z podstawowych Rift Walkers do ziejących ogniem Flame Behemoths – musimy wtedy zapomnieć o dotychczasowo stosowanej taktyce i wymyślić w jaki sposób wykorzystać właściwości nowych maszyn.

Into the Breach utrzymane jest w modnej ostatnimi latami stylistyce pixelart. Ta przywodzi na myśl produkcje z Super Nintendo lub Game Boy Advance. Interface oraz mapy zaprojektowane są w sposób minimalistyczny i przejrzysty. Nie będziemy mieć żadnego problemu z nawigacją czy rozróżnieniem naszych jednostek, wrogów oraz elementów otoczenia. Co ważne, twórcy nie zapomnieli o hybrydowej naturze konsoli i zaimplementowali powiększone czcionki w trybie telewizyjnym. Niby szczegół, ale zdecydowanie zbyt wielu twórców pomija ten element, portując gry na Switcha.

Autorem ścieżki dźwiękowej jest uznany kompozytor Ben Prunty. Muzyka podczas walk buduje klimat straceńczej misji ratowania świata, a efekty dźwiękowe ataków, choć skromne, nie przeszkadzają w rozgrywce. Każda z wysp posiada swój motyw przewodni, jednakże nie są to kompozycje, które zapadną na dłużej w pamięć, jak choćby przenikliwe „City of Tears” z Hollow Knight. Jednakże ścieżka dźwiękowa nie jest dla mnie najsłabszym elementem Into the Breach. W grze brakuje detalu znanego chociażby z innych taktycznych serii, jak Advance Wars czy Fire Emblem. Mianowicie, ani przed rozpoczęciem misji, ani w jej trakcie nie mamy możliwości podejrzenia zasięgu wroga, czyli o ile pól na planszy jest wstanie się przemieścić. Za każdym razem musimy sprawdzić statystyki interesującego nas przeciwnika i sami liczymy, czy znajdziemy się w polu rażenia jego ataku. Mała rzecz, ale niebywale irytująca, gdy spędza się z grą wiele godzin. Szkoda również, iż twórcy nie pomyśleli od dodaniu trybu dla dwóch graczy, w którym można by toczyć pojedynki, sterując mechami i Vekami. Jednak nie są to wady, które wpływają na całościowy obraz gry.

Into the Breach to, obok produkcji takich jak Celeste i  Hollow Knight,  jedna z najlepszych gier niezależnych, w jaką dane było mi zagrać na hybrydowej konsoli Nintendo. To mała-wielka gra na wiele godzin, która znakomicie sprawdza się jako odskocznia od blockbusterowych tytułów. Jeśli dacie grze szansę, to jestem pewny, że będzie źródłem wielkiej satysfakcji. A jeśli jesteście fanami Fire Emblem lub Dead Cell, to nie czekajcie i śmiało skaczcie do wyłomu!


Ocena: 8,5/10


Producent: Subset Games
Wydawca: Subset Games
Data wydania: 28 sierpnia 2018 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 294 MB
Cena: 53,99 PLN


Recenzja została przysłana na konkurs „Zrecenzuj mnie! 2”
i zajęła w nim czwarte miejsce.


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *