Burnout Paradise Remastered

Część z Was pamiętająca czasy świetności PS2 i PSP na pewno pamięta też Burnouta. Złota era gamingu i rozkwit rozgrywki arcade przyniósł nam aż sześć tytułów z serii w trakcie jednej generacji. Niestety kolejne iteracje konsol dostały tylko jeden duży tytuł. A dziś? Dziś tylko kurz, pot, łzy i remastery. Kiedyś to było, teraz to nie ma…

Podwaliną serii Burnout jest rozwałka – niczym nie skrępowana, bo nie przejmująca się prawami fizyki, i dzięki temu miodna. To jest ten rodzaj gry, który ma przede wszystkim bawić. Owszem, z czasem powinno pojawić się wyzwanie, kto jednak powiedział, że pokonywanie trudności nie może być fajne?

Samo ściganie się i rozbijanie wszystkiego, co ma koła, byłoby dość nudne, twórcy zapewnili więc moc zróżnicowanych atrakcji. W trakcie eventów musimy zniszczyć określoną liczbę rywali, dojechać do mety w zawodach, w których jesteśmy celem specjalnym innych aut, wykręcić dużo punktów kręcąc się po mieście lub po prostu ścigać się z punktu A do punktu B. Paradise City to ogromne, otwarte miasto które po raz pierwszy w serii jesteśmy w stanie zwiedzać również między wydarzeniami w formie swobodnej jazdy. Brzmi to dziwnie dla gry wyścigowej, ale w 2008 roku była ogromna moda na otwarte światy, dlatego Criterion Games poszli w ten pomysł, ale za to dobrze go wykonali. Masa skrótów, wyskoków, barierek, bilbordów zachęca do zwiedzania, a zwiedzać musimy, bo wszystkie wyścigi ulokowane są na skrzyżowaniach miasta i jedyna możliwość wystartowania wyścigu to dojechanie we właściwe miejsce. Początkowo, jeżdżąc po mapie za kolejnymi wyścigami, chłoniemy atmosferę, rozbijając wszystko, co popadnie. Jednak po 20 godzinach trochę się to nuży i wychodzi braku opcji szybkiej podróży czy wybrania eventu prosto z mapy.

Brak możliwości przeniesienia się na mapie to nie jedyny archaizm, który napotykamy w tym tytule. Przegrałeś wyścig i chcesz go zrestartować? Nie ma opcji, jedź na skrzyżowanie, na którym zacząłeś event. Wiesz, że przegrasz i chcesz zrestartować event jeszcze przed zakończeniem? Zapomnij – najpierw musisz się zatrzymać, aby zakończyć wydarzenie niepowodzeniem, a potem marsz na krzyżówkę startową kręcić kołami. Gra na tyle zachłysnęła się tym otwartym światem, że nawet w trakcie wyścigu nie ma żadnych strzałek czy wyznaczonej drogi na GPS-ie. Widzisz na kompasie, w którym kierunku jest meta, ale jak tam dojedziesz, to już nikogo nie obchodzi. Mamy niby sygnalizację optymalnej trasy poprzez migoczący na górze ekranu znak ulicy w którą powinniśmy skręcić, ale w trakcie zadymy albo nie zwrócimy na niego uwagi, albo uruchomi się zbyt późno, byśmy mieli możliwość skrętu. Nie mówiąc już o tym, że auta uczestniczące z nami w wyścigu potrafią jechać całkowicie innymi trasami, przez co Burnout Paradise traci mocno na dynamice – nie mamy z kim się przepychać, kogo zezłomować, nie ma z kim walczyć.

Model jazdy to cud, miód i orzeszki. Ponad 70 aut podzielonych na trzy kategorie różniące się nie tylko sposobem używania dopalacza (jeden można odpalić dopiero, gdy jest pełny, a w innym pojeździe zwiększamy moc nitro, rozwalając przeciwników), ale też prowadzenie to nie w kij dmuchał. Bardzo dobrze zbalansowano też fury. Na początku dostajemy autka relatywnie spokojne, by wraz z kolejnymi poziomami prawa jazdy (nabijamy je, wygrywając) kosić coraz potężniejsze fury. Dla laika Rossolini Tempesta to koszmar, którym nie da się sterować, a każde zahaczenie lusterkiem o dowolną przeszkodę to koziołek i kasacja bryki. Odblokowuje się ona jednak po 50 eventach, więc gracz będzie już miał pewne doświadczenie w grze, które pomoże zapanować na tą dynamiczną jazdą bez trzymanki. Tempestą oczywiście będziemy się tylko ścigać – to autko nie ma szans w zawodach, w których głównym zadaniem jest niszczenie przeciwników. Szybki wgląd w statystyki i wiemy, że do tego rodzaju zabaw warto wybrać choćby Carson Inferno Vana – to bydle nie tylko wytrzyma ataki przeciwników, staranuje auta cywilne, ale też potrafi potężnie przyfranzolić w bok oponenta.

Nawalanie w inne auta to sól tej gry. Oczywiście, możemy oszukiwać się, że są to przecież wyścigi, bo kto pierwszy, ten lepszy. Ale jeśli nie wbijesz przeciwnika w ścianę, mur czy innego przeciwnika, to nie wygrasz. Trafione z impetem auta tracą kontrolę nad kierownicą, wpadając, na co popadnie i rozbijając się na tysiące kawałków. W tym miejscu warto zaznaczyć, że żadna inna gra nie oferuje tak rewelacyjnego modelu zniszczeń, jak Burnout. Tutaj w powietrze leci wszystko – koła, maski, lusterka, drzwi, maski, lampy. Nie da się co prawda przepołowić auta, ale zmiażdżyć cały przód jak najbardziej. To nie jest tytuł dla ludzi, którzy przeżyli wypadek – rozbite fury mogą uruchomić PTSD w mniej odpornych osobnikach.

W grze znajdziemy tryb online dla do ośmiu graczy, ale zawsze miałem co do niego mieszane uczucia. Po pierwsze, główna rozrywka to jazda po mieście i tylko host może wystartować jakieś zawody, a jeśli nie wie jak albo nie chce, to jesteśmy zgubieni. Po drugie, ośmiu graczy na dużej otwartej mapie to mało – jeśli nie są to znajomi i żadne zawody nie są odpalone, może po prostu wiać nudą. Po trzecie, serwery świecą pustkami, ciężko znaleźć chętnych do gry. Nic to w sumie dziwnego – Switch to urządzenie przenośne, niekoniecznie nastawione na sieciowy multiplayer, a Burnout Paradise oferuje tyle miodu w swej singlowej postaci, że nie czuję wielkiej potrzeby niszczenia innych graczy.

Wspomnieć należy również o dodatkowej zawartości. Remaster zawiera wszystkie wydane wcześniej DLC. Pojeździmy więc masą dodatkowych aut, motorów, zwiedzimy nawet dodatkową wysepkę. I dobrze, że jest to już w pakiecie, samo z siebie nie oferuje bowiem za wiele atrakcji – pojazdów jest już aż za dużo w podstawowej wersji gry, część z tych dodatkowych nie rozpada się przy kraksach, motory to tragedia, a dodatkowa lokacja – Big Surf Island – to dosłownie pięć ulic na krzyż.

Rozwałka to najładniejszy element tej gry. Mimo że Switchowy remaster otrzymał wiele poprawek graficznych względem oryginału (podbicie rozdzielczości, lepsze tekstury) nie możemy w żadnym wypadku mówić o jakimś efekcie „wow”. Gra oryginalnie pojawiła się w 2008 roku, i widać to. Jasne, wciąż są to jedne z najlepiej wyglądających wyścigów na konsoli Nintendo, ale konkurencji na tej platformie w zasadzie brak, a porównując tytuł do aktualnych tuzów gatunku (jak Forza czy DIRT), Burnout wygląda śmiesznie. Odkupuje jednak wszystkie niedostatki wizualne dwoma niezwykle ważnymi elementami, powiązanymi ze sobą i uzupełniającymi się, a są to 60 klatek na sekundę i daleki zasięg rysowania. Nie ma szans, by jakiś obiekt pojawił się Wam nagle przed oczami – wszystko jest doskonale widoczne już z daleka, nawet na maleńkim ekranie Switcha. A to, że wjedziemy w słup to tylko i wyłącznie nasza wina – tempo bywa szalone, nic więc dziwnego, że czasem ciężko nadążyć. Do tego wspaniały soundtrack napędzany przez takie zespoły jak Guns N’Roses, Alice in Chains czy Jimmy Eat World idealnie komponuje się z rozgrywką, wyciszając się lekko, gdy zostajemy skasowani, pompujący adrenalinę, gdy ciśniemy nitro na pełnej… A gdy będziemy chcieli odetchnąć i zatrzymamy auto, usłyszymy Bacha, Vivaldiego czy Mozarta.

W 2020 roku takich gier już się nie robi. Burnout dla wyścigów był tym, czym Tony Hawk dla gier o desce. Pokazał, że można fajnie, szybko, młodzieżowo, ale nie kiczowato podejść do tematu. Pokazał, że najważniejsza w grach jest radość z grania, chęć powrotu, syndrom jeszcze jednej rundki. Dziś seria Burnout jest pogrzebana, a twórców pochłonęło EA, zmuszając ich do pracy przy Need for Speedach (chociaż Most Wanted z 2012 roku to całkiem niezła gra burnoutopodobna, która wielu archaizmów z Paradise się pozbyła) i innych Battlefieldach. Wycieczka do Paradise City może nie była najlepszą w serii, jest jednak jedyną, która nam została. Niemalże niezmieniona, wymagająca kilku usprawnień, ale wciąż bawiąca tak samo, jak dwanaście  lat temu.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że odpaliłem na chwilę Burnouta koledze, który lubuje się w symulatorach. To taki typ, który jeździ tylko na kierownicy, kocha pierwsze Project CARS czy Assetto Corsę i pluje na wszystkie Need for Speedy. Podchodził do rozgrywki sceptycznie i nie ma co się dziwić – analogi są malutkie, ZL i ZR cyfrowe, precyzja w sterowaniu zdecydowanie mniejsza niż na kierze Logitecha. A jednak po pierwszej kraksie się uśmiechnął. I grał kolejne kilkanaście minut. „Arcade, ale fajny” – powiedział. I tak najkrócej można podsumować Burnout Paradise Remastered.

 

P.S Edycja na Nintendo Switch nie zawiera języka polskiego.


Plusy:

  • dynamiczna rozpierducha
  • duuuuuużo zróżnicowanego contentu
  • płynne 60 klatek
  • poziom trudności rosnący z czasem i prędkością aut

Minusy:

  • archaizmy
  • martwy online
  • właściwie przez 12 lat nic się nie zmieniło

Ocena: 8,5/10


Producent: Criterion Games, Stellar Entertainment
Wydawca: Electronic Arts
Data wydania: 19 czerwca 2020 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 4 GB
Cena: 199 zł

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *