Yumeutsutsu Re:Master

Okazuje się, że Kogado Studio ma słabość nie tylko do damsko-damskich romansów. Lubi rozgrywać je w miejscu pracy, preferuje wolne, acz rozkoszne tempo akcji, oraz ciapowate główne bohaterki. W efekcie okazuje się, że Yumeutsutsu Re:Master to Nurse Love Syndrome umieszczonym w innym świecie. 

Właśnie o tym jest ta gra.

Jednak dla jasności już teraz zaznaczę, że gry różnią się od siebie. Widać to już na poziomie świata, w którym dzieje się akcja. Pomimo że Yumeutsutsu również stawia na nieśpieszną, obyczajową opowieść,  zdecydowano się na umieszczenie jej w alternatywnej rzeczywistości, która jest praktycznie lustrzanym odbiciem naszej (nie potrzeba być specjalnie obeznanym, żeby w Teito odnaleźć Tokpo, a w rozmowach zauważyć potężną ilość nawiązań do współczesnej popkultury), tyle że istnieją w niej wyłącznie kobiety. Wygodne rozwiązanie, ale trzeba przyznać autorom, że przynajmniej postarali się choć minimalnie wytłumaczyć sposób jego funkcjonowania, co uwiarygodnia pojawiające się w niektórych ścieżkach elementy fantastyczne.

Zanim się do nich dotrze, trzeba przejść wraz z główną bohaterką, Ai, drogę, która rozpoczyna, gdy decyduje się ona opuścić swoje rodzinne miasto na prowincji i przeprowadzić się do stolicy. Powodem tej zmiany jest tajemnicza wiadomość oferującą jej pracę w Eureka Software, firmie produkującej gry. Jest w tym pewien szkopuł – Ai ma zdolności technologiczne na poziomie babci, dla której rozwój elektroniki zatrzymał się na Windowsie 95, a gry od paru lat na oczy nie widziała. Co innego jednak motywuje ją do podjęcia tego stanowiska – Eureka to firma, w której pracuje jej siostra, Kokoro. Niegdyś łączyła je bardzo bliska więź, ale wydarzenia pewnego lata zupełnie ją zniszczyły. Praca staje się  więc możliwością odbudowy ich relacji i wsparcia siostry, przed którą postawiono sporo wyzwań (nic w tym dziwnego, skoro w wieku 19 lat została kierownikiem produkcji). Co więcej, projekt, nad którym sprawuje pieczę, to… remaster innej visual novel w klimatach yuri, czyli „Nie, Majo and the End of the World”. A jest to gra, która swojego czasu dla obu sióstr naprawdę dużo znaczyła.

Można by pomyśleć, że wątek tej gry, przeszłość sióstr oraz ich relacja będą osią kompozycyjną dla fabuły, a wydarzenia, które rozegrają się w jej ramach, pozwolą na rozgałęzienie się historii. Otóż nic bardziej mylnego – już po chwili wątek znika, zostaje zatopiony w niezliczonych scenkach obyczajowych, które są całkiem zabawne i całkiem przyjemne (dzięki temu, że postacie są niezgorzej napisane), ale nie pozwalają na przebicie się tym momentom, które zwiastują coś poważniejszego. Jest ich zbyt mało, przez co w chwili, gdy jest się już na ścieżce konkretnej postaci, można zareagować bardzo dużą dozą niedowierzania na rozgrywające się dramatyczne wydarzenia. W końcu w dobrym scenariuszu przydaje się odrobinę ugruntować w rzeczywistości to, co ma się wydarzyć, nie mówiąc już o tym, że z tego tez powodu common route potrafi po prostu znudzić. Ba, znudzić – on się naprawdę okropnie ciągnie przez jakieś 10-15 godzin. Wątki poboczne związane z postępami prac nad grą najzwyczajniej nie potrafią zaangażować, pomimo sporej ilości deweloperskich szczegółów. Takie opowieści można zrobić dobrze i emocjonująco, nawet jeśli dotyczą tylko i wyłącznie dewelopmentu, co pokazuje chociażby manga “Tokyo Toy Box”, ale tutaj to nie wyszło.

To może przynajmniej ścieżki bohaterek są wciągające? Tak, ale z kolei w ich przypadku autorzy przedobrzyli. Dzieje się tak wiele, że kontrastuje to z tonem opowieści, ale zamiast zrobić efekt “Madoki: i zaszokować jeszcze bardziej, wypadają po prostu niewiarygodnie. Ponadto jest jeszcze jeden problem, mianowicie do pisania gry zaangażowano czterech scenarzystów. To oznacza, że każda ścieżka jest zupełnie z innej bajki, co nie musiało źle skończyć, ale w połączeniu ze słabą kompozycją opowieści i niedostatecznym foreshadowingiem daje efekt niespójności. Weźmy pod uwagę to, że ścieżka Kokoro, która jest tą najbardziej kanoniczną, przedstawia wątek bardzo powiązany z tożsamością Ai i wyjawia informacje, których istnienie w innych ścieżkach jest po prostu pominięte – wiadomo, że po to, aby uniknąć spoilerów, jednak tworzy się w ten sposób naprawdę duża dziura fabularna.

Jednak jako odrębne opowieści poszczególne ścieżki zdecydowanie da się czytać, a nawet są całkiem przyjemne. Co prawda wielki zawód sprawił mi brak możliwości romansowania z szefową, ale to, co zostało, to nie żadne ochłapy. Scenarzystka Saki, kilka lat starsza, z wiecznie ciętym językiem i niezdrowym stylem życia, jest najlepiej napisaną postacią, a w jej historii dobrze łączy się wątek zmagania się z samą sobą i przeszłością z napięciem wywołanym przez zbliżający się deadline. Przy tym jej wątek romantyczny jest napisany w sposób przeuroczy, klasycznie wolno się rozkręcający, ale więź między bohaterkami naprawdę czuć. Nana Tachibana, sekretarka, która pracuje na pół zmiany, bo przez drugie pół życia stara się wystartować z karierą aktorki głosowej. Przez pierwszą część gry wydaje się być jedynie przerysowaną osobą, która została umieszczona w grze tylko do komediowego rozładowywania napięcia oraz że została stworzona przez ludzi, którzy oglądają zdecydowanie zbyt dużo anime. Ostatecznie jednak jej ścieżka wypada naprawdę dobrze, odkrywając bardzo mroczne sprawy w sposób delikatny, a przy tym oferuje niespodziankę w postaci zmiany perspektywy – historię śledzimy z jej oczu, a nie Ai. Równie urocza, co emocjonująca, jest też historia ilustratorki Marie Mahler, którą problemy z wojną domową w kraju pochodzenia dościgają również w „Japonii” świata gry, chociaż w tej zabrakło trochę skupienia na samej jej postaci i emocjach. Nie pasuje mi tu tylko ścieżka Kokoro, nie tylko ze względu na kazirodczy wątek. Po prostu wydarzenia wchodzą na wysoki poziom abstrakcji, który do pewnego momentu trzyma w niepewności, ale po jego przekroczeniu wywołuje już tylko politowanie, a przy okazji nieścisłości z fabułą pozostałych ścieżek.

Każda ścieżka ma „dobre” i „słodko-gorzkie” zakończenie i faktem jest, że te drugie zostały potraktowane po macoszemu. Niestety, gorsze zakończenie nie oferuje żadnej ciekawej wizji historii; to tylko krótkie przebitki, które zasadniczo potrafią wywołać czasami nawet obrzydzenie. W „pielęgniarkach” również zdarzały się takie szalone, lekko wręcz fetyszystyczne zakończenia, jednak były równoważone większą ilością alternatyw i ugruntowaniem w historii. Przedstawiały jakąś wersję wydarzeń  “w krzywym zwierciadle”, a tutaj są tylko ciekawostkami, czy wręcz fanserwisem.

Z momentami mroczną zawartością konkretnych ścieżek kontrastuje prześliczna oprawa graficzna. Nie ma elementu, na który źle się patrzy – i interfejs, i tła, i przede wszystkim design postaci są po prostu przepiękne, a do tego jeszcze dochodzi wysokiej klasy voice acting. Tylko miałka, nudna muzyka wyróżnia się w zły sposób, jednak o ogólnym wykonaniu nie sposób powiedzieć złego słowa.

Szkoda mi tak uzdolnionej ekipy technicznej, bo ta gra naprawdę mogła być lepsza. Dobrze się ją czyta, postacie zdecydowanie można polubić, a pod względem wizualnym to prawdziwy majstersztyk. Szkoda tylko, że scenarzyści trochę odlecieli, rażąc niepotrzebnym absurdem, niespójnością i  dłużyznami.


Ocena: 6/10


Serdecznie dziękujemy Degica Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Kogado Software
Wydawca: Degica Games
Data wydania: 22 kwietnia 2020
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna (osobno i jako zestaw)
Waga: 1084 MB
Cena: 269 PLN

Gra jest także dostępna na Nintendo Switch e eShopie w cenie 260 PLN oraz fizycznie (wydania azjatyckie mają angielskie napisy).

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.