Guns of Fury
Dobre crossovery muszą być przede wszystkim zaskakujące. Guns of Fury takie właśnie jest!
Uwielbiacie serię Metal Slug, ale niespecjalnie podchodzi Wam najnowsze wcielenie tej ikonicznej serii? Przypomnę, że w ostatnim czasie Japończycy postanowili przenieść słynącą z dynamiki i niczym nieskrępowanej rozwałki serię na statyczne mapy w Metal Slug Tactics. Dwóm greckim braciom najwyraźniej ten kierunek się nie spodobał, a efektem ich frustracji jest Guns of Fury – przejaskrawiona strzelanka niemalże żywcem wyjęta z uniwersum SNK. Rodzeństwo nie ograniczyło się przy tym do prostego skopiowania azjatyckiego wzorca i beztroskie naparzanie połączyli z klasyczną metroidvanią. Jak im to wyszło? Moim zdaniem świetnie!
Zacznę nietypowo, bo od pochwalenia spójności tego ciekawego mariażu. Akcję recenzowanej produkcji osadzono w niedalekiej przyszłości, a konkretnie w roku 2040, kiedy to pozbawiony zasobów świat ma szansę zbawić jedynie ekscentryczny Dr. Klaus, wynalazca technologii Tetra Cell – nowego źródła energii. Na nieszczęście ludzkości, naukowiec zostaje uprowadzony przez tajemniczą organizację przestępczą, a nam nie pozostaje nic innego, jak chwycić za broń i odnaleźć zaginionego zbawcę globu. Na kilometr zapachniało absurdami kina akcji lat osiemdziesiątych, ale świetnie się to łączy z rozgrywką. Jako Vincent Fury – notabene wypisz, wymaluj kreskówkowy Solid Snake – przyjdzie nam siać pożogę w świecie zaprojektowanym stricte na modłę metroidvanii. Pełną strzelanin i wybuchów eksplorację zróżnicowanych anturaży (m.in. laboratorium, miasta, fabryki broni, dżungli czy też kanałów) urozmaicą nam typowe dla gatunku zbieractwo przedmiotów oraz zdobywanie kolejnych umiejętności (mnóstwo tego: podwójny skok, wspinaczka, sprint, turlanie itp. itd.) popychających fabułę do przodu. Zdobyte fanty oraz rozwój bohatera zmuszą nas też oczywiście do ponownych odwiedzin lokacji wcześniej zaliczonych, aby odkryć w nich niedostępne wcześniej obszary. A żeby tam dotrzeć, znów trzeba będzie anihilować odradzających się każdorazowo przeciwników. Na szczęście, pojedynki z wrogami są wciągające, a dzięki olbrzymiemu arsenałowi głównego bohatera nie stają się nużące nawet po kilkunastu godzinach rozgrywki.

Niemała w tym rola bardzo responsywnego sterowania pozwalającego na precyzyjne kierowanie naszym brodatym protagonistą. Każdy z czterech przycisków akcji odpowiada za dany typ uzbrojenia – broń białą, pistolet, karabiny i wyrzutnie oraz materiały wybuchowe – dzięki czemu już po kilkunastu minutach dość intuicyjnie i swobodnie prowadzimy wymianę ognia. Sam oręż ulepszamy nie tylko w miarę postępu gry, ale również kupując pukawki i osprzęt u sprzedawców za walutę i kosztowności zdobywane po pokonaniu wrogów. Zdecydowanie zachęca to każdorazowo do postawienia na strzelaniny zamiast szybkiego przebiegania i omijania złoczyńców. Zbieranie pieniędzy i świecidełek jest też niezbędne żeby wykupić cały asortymentów u handlowców, a bez tego z kolei nie będziemy mogli zaliczyć gry na 100%.
Niestety, czar nieco pryska po uruchomieniu menu ekwipunku bądź przełączeniu się na mapę. Poruszanie się w obu elementach to istna mordęga – zarówno zmiana broni, jak również uzupełnienie energii wymaga każdorazowo żmudnego krążenia po menusach, co jest szczególnie irytujące podczas pojedynków z bossami. Równie upierdliwe jest korzystanie z mapy, która nie tylko jest mało czytelna, ale też cierpi z powodu kiepsko opracowanej legendy. Na pocieszenie warto dodać, że same potyczki z bossami są świetnie zbalansowane i satysfakcjonujące, a poruszanie się po terenie gry ułatwia dwuskładnikowy system szybkiej podróży. Na początku możemy błyskawicznie przemieszczać się w różne rejony mapy tylko przy pomocy wojskowych ciężarówek zaparkowanych w dość skromnie rozsianych punktach, później dojdzie możliwość przemieszczania się po dużo gęściej rozlokowanych komputerach pełniących funkcję save pointów. Bo warto dodać, że stan gry w tej pozycji zapisujemy oldskulowo: ręcznie i tylko w określonych punktach. Lepiej o tym pamiętać, szczególnie po walce z bossami, ale również z uwagi na fakt, że akcji w grze jest sporo i ginąć przyjdzie nam dość często.

Jeśli jeszcze dodamy do tego wszystkiego cieszącą oko oprawę graficzną i świetnie wpisującą się w klimat muzykę to ostatecznie otrzymamy programistyczną perełkę. W dodatku jest to dzieło, które nie tylko może wciągnąć bez reszty na jakieś 15-20 godzin, ale też oferuje wysoką regrywalność. Dobrze zakamuflowanych miejscówek jest bez liku, skrzętnie pochowanych przedmiotów jeszcze więcej, a do tego gra oferuje aż pięć zakończeń. O wielkości tej pozycji świadczyć może też fakt, że Guns of Fury jest jednym z niewielu tytułów, które ukończyłem ponownie. Po części żeby wycisnąć z niego ostatnie soki, a po części też, żeby sprawdzić zaimplementowany tryb New Game+, który wprawdzie podnosi poziom trudności, ale też od startu pozwala korzystać z prawie całego arsenału zebranego w pierwotnym podejściu. Musicie jedynie pamiętać, że do wymaksowania niezbędne będzie przynajmniej kilkukrotne zajrzenie do poradników na YouTube. Zdecydowanie polecam dzieło Gelato Games, tym bardziej, że poza PC grę wydano również na naszego ukochanego Switcha!

Serdecznie dziękujemy Gelato Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry
Producent: Gelato Games
Wydawca: Gelato Games
Data wydania: 13 lutego 2025 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 218 MB
Cena: 67,99 PLN
Platformy: PC, Nintendo Switch
















Najnowsze komentarze