Date Everything!
To perfekcyjny przykład tego, że komediowa gra nie musi kończyć się na paru godzinach suchego śmiechu.

Date Everything! opiera się na prostym założeniu: haha, ale by było, gdyby było można randkować z personifikacjami wszelkich przedmiotów w swoim domu. Produkcja w oczywisty sposób nawiązuje do formatu gier otome, ale zamiast przedstawiać szerszą fabułę rozwidlającą się na ścieżki, pozwala w dowolny sposób poznawać linie fabularne poszczególnych postaci. Rozbudowaną intrygę zastępuje skądinąd zabawną metanarracją wyśmiewającą korporacyjne dystopie i pracę zdalną, a dłuższe romanse – sprytnymi, krótkimi wątkami nawiązującymi do „istoty” danego przedmiotu. I co ciekawe: działa to naprawdę dobrze.
Fabuła nie grzeszy prawdopodobieństwem, choć momentami wywołuje ciarki: główny bohater (czyli my) zostaje wywalony z pracy ze względu na zastępowanie pracowników AI, choć został do niej dopiero co przyjęty. Usunięcie pracownika bez powodu jest zabronione prawnie, więc zostaje na płatnym bezrobociu, a rozrywkę zapewnia mu tajemniczy haker, który dostarcza prototyp okularów pozwalających właśnie randkować ze wszystkim. Każdy dzień upływa mu odtąd na włóczeniu się po domu i szukaniu obiektów, które można „przebudzić”, a następnie budowaniu z nimi relacji. W trakcie dnia można porozmawiać z maksymalnie pięcioma postaciami, które też mają swoje wymagania, np. co do godziny czy dnia odwiedzin.

Część radości polega na odnajdywaniu kolejnych postaci do romansowania, których jest aż 100 – i nie wszystkie są widoczne na pierwszy rzut oka. Największą radochę sprawiają jednak same postaci, które zabawnie interpretują obiekt swoich inspiracji: trójkąt (instrument) z obsesją na punkcie miłosnych reality show? Pralka i suszarka czy podłoga i sufit przeżywające ze sobą trudne historie miłosne? Alarm przeciwpożarowy, który po uspokojeniu swojej nadwrażliwości zaczyna pałać żądzą płomieni? Twórcy przez lata pracy nad grą wpadli na mnóstwo ciekawych pomysłów, które przełożyły się na przerysowane, śmieszne i rozkosznie romansowalne postaci (nawet jeśli niektóre są nie do zniesienia). Ponadto, dość sprawnie balansują między lekkim humorem, a poruszaniem (choćby tylko marginalnym) trudniejszych tematów – okazuje się, że domowy asortyment nie jest najzdrowszą psychicznie zgrają.

Kolejnym miłym elementem jest fakt, że pomimo braku głównej linii fabularnej, postaci znają się i są wzajemnie angażowane w „questy”: będziemy rozwiązywać zagadki kryminalne, szukać przygód, swatać innych lub rozbijać związki, wygrywać (lub przegrywać) rapowe walki i robić wiele innych ciekawych rzeczy. Na dobrą sprawę każda kolejna lokacja/grupa przedmiotów to zupełnie nowe tematy, dzięki czemu gra się nie nudzi, a do tego straszliwie wciąga. Z postaciami możemy osiągnąć jeden z trzech statusów: miłość, przyjaźń lub nienawiść, za co następnie dostaje się bonusy do statsów pozwalających na większą fantazję w opcjach dialogowych. Statusy osiąga się stosunkowo szybko, więc klimat „randkuj z nimi wszystkimi!” a’la pokemony i syndrom jeszcze jednej konwersacji są bardzo wyraźne. Do wymaksowania gry potrzeba ok. 25-30 godzin, a jednocześnie na spokojnie można w nią grać z doskoku, więc to prawdziwy pochłaniacz czasu na każdą okazję.

Największą zaletą jest jednak humor: zarówno sytuacyjny, widoczny rzecz jasna w postaciach, ale i w dialogach, przepełnionych absurdem i sucharami. Konwencja nie ogranicza słów gracza: nic nie przeszkadza w tym, żeby mówić komuś w twarz, że chce się tylko mieć z nim zakończenie, a poza tym ma się go dość. Czasem drogi do miłości bywają zaskakujące: dla przykładu, z personifikacją powietrza wystarczy wspólnie… pomilczeć, nigdy też nie wiadomo, czy dla kogoś więcej miłości będzie w podtrzymywaniu złudzeń, czy konfrontacji z rzeczywistością. Dodaje to przyjemnego elementu zaskoczenia (no chyba, że zależało nam na miłosnym statusie z jakąś postacią, a zaskoczy nas niespodziewany friendzone…). Gra nie unika też erotyki (jakkolwiek to brzmi w kontekście randkowania z meblami…), na ogół jest jednak dość delikatna i dodaje smaczku.

Date Everything! może ponadto pochwalić się śliczną oprawą wizualną lecz dźwiękowa jest raczej przeciętną. Sam domek, po którym się poruszamy, wygląda trochę jak z przeciętnej gry na Unreal Engine, ale przykrywa to trochę filtrem różowych okularów. Wadę tę zdecydowanie nadrabiają sprite’y kreatywnie interpretujące przedmioty, ekspresywne i po prostu śliczne. Aż szok, że przy wymyślaniu tylu postaci każda z nich wygląda ciekawie i unikatowo. Wersja na Switcha cierpi niestety na pewne problemy techniczne z okazjonalnymi crashami na czele i z nieco bardziej problematycznym blokowaniem się niektórych ścieżek dialogowych – na szczęście za każdym razem tylko tymczasowo. Praca aktorów dźwiekowych jest moim zdaniem dość nierówna, ale wystarczająco dobra.
Pozachwycałam się, bo to świetna i zaskakująco inteligentna zabawa z konwencją gier otome, przepełniona ciekawymi i ekscentrycznymi postaciami. Myślę jednak, że pomysł musi podpaść od samego początku, by podobała się całość i przyda się pewna tolerancja na przesadę i afektację. No i nie oszukujmy się, za głębokie to nie jest – ale jakie śliczne i wciągające!

Serdecznie dziękujemy Team17
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry
Producent: Sassy Chap Games
Wydawca: Team17
Data wydania: 17. czerwca 2025 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 4.9 GB
Cena: 129 PLN

















Najnowsze komentarze