I’m too Young to Die – Wielki przewodnik po grach FPS 1992-2002

Najniewygodniejsza książka, jaką miałem w rękach… Ale za to wciąga! 

Na początek ciekawostka – osiem lat temu stanąłem przed decyzją, czy porzucić czytanie książek na rzecz grania. I tak już czytałem znacznie mniej niż wcześniej, a na dodatek bardzo szybko zasypiałem po ułożeniu się w łóżku z czytadłem. Ostatecznie stwierdziłem, że strona ma większy priorytet i lepiej potencjalnie wolny czas przed snem poświęcić na giereczki. Na dodatek zacząłem się bardziej wkręcać w visual novele, więc czytanie, tak czy inaczej, było zaliczane. Kilka lat później zaczął robić się boom w Polsce na książki związane z grami. Zaczęły być wydawane w większej ilości nie tylko przekłady zagranicznych autorów, ale także pojawiło się więcej tytułów rodzimych pisarzy. Czasem któraś z wydawniczych propozycji trochę mnie interesowała, ale nie na tyle, żeby wrócić do książek. Dopiero gdy wydawnictwo Gamebook zapowiedziało wydanie „I’m too Young to Die – Wielki przewodnik po grach FPS 1992-2002”, poczułem, że w końcu pojawiła się pozycja, która zmusi mnie do ponownego sięgnięcia po książki. Po trzech miesiącach przebijania się przez 450 stron, z czego ponad połowa to obrazki, jestem bardzo zadowolony z tej decyzji.

First person shootery są jednym z moich ulubionych gatunków gier. Chociaż jestem z rocznika 85. nie mam na koncie pokaźnej liczby ogranych tytułów. W podstawówce na informatyce trochę grałem w Dooma i Wolfensteina. Natomiast większość liceum poświęciłem Counter Strike’owi w kafejkach internetowych. Swojego pierwszego kompa miałem dopiero w ostatniej klasie LO i wtedy głównie cisnąłem w Quake III Arena, pamiętam też, że przeszedłem Unreal 2. Moim głównym sprzętem przez długi czas był Szarak u wujka, na którym próbowałem grać w Quake’a i coś tam jeszcze, ale kojarzę, że sterowanie mi nie leżało. Z tego też powodu unikałem grania w strzelanki pierwszoosobowe na Vicie, szczególnie po męczeniu się ze Stranger’s Wrath. Dopiero na Switchu postanowiłem dać ponownie szansę graniu w ten gatunek na padzie z powodu wsparcia sterowania żyroskopem. Platforma Nintendo dała mi okazję do sprawdzenia takich serii jak BioShock czy Borderlands. Natomiast zakup dwóch handheldów PC – Steam Decka i Legiona Go – w pełni obudził mój zapał do FPS-ów, szczególnie ze względu na ogrom dostępnych tytułów. Sięgnąłem więc po „I’m too Young to Die”, żeby dowiedzieć się więcej o historii gatunku i zobaczyć, czym warto zainteresować się ze starszych pozycji.

Autorem przewodnika jest Stuart Maine, który, obok tego, że jest pasjonatem strzelanek pierwszoosobowych, to od blisko trzech dekad pracuje w branży jako projektant. W swoim pokaźnym dziele zawarł masę wiedzy związanej z historią rozwoju omawianego gatunku i wielokrotnie podaje informacje o kwestiach technicznych oraz masę ciekawostek. A nawet jeśli sam o czymś zapomniał wspomnieć, to zapewne padło to w jednym z trzynastu wywiadów przeprowadzonych z kilkoma najważniejszymi twórcami FPS-ów. Do tego oczywiście dochodzi jeszcze tytułowy przegląd gier z pierwszej dekady gatunku.

Pod kątem wiedzy i wywiadów myślę, że nawet jeśli ktoś od dłuższego czasu interesuje się historią FPS-ów, wciąż znajdzie tu różne informacje, które go ominęły lub warto je sobie przypomnieć. Chociażby omawianie rozwoju silników i ich modyfikacji, które wstępnie może nie wydawać się ciekawą rzeczą, daje pogląd na to, jak z czasem zwiększała się funkcjonalność i jak przekładało się to na ewolucję gatunku. Informacje te są zwykle podawane jako wstęp do każdego z roczników, ale też bywają przemycane w opisach gier. Dodatkowo wywiady, które, choć nie są obszerne, znacząco pogłębiają temat na konkretnych przykładach pracy nad danymi pozycjami. W końcu odpowiedzi na pytania autora udzielają tacy twórcy jak John Romero, Ken Levine (SystemShock) czy Karl Deckard (Metroid Prime). Do tego w każdej z tych rozmów padają różne ciekawostki, jak chociażby wpływ jednego z teledysków Queens of the Stone Age na jedną z FPS-owych przygód Samus.

Lwią część treści książki stanowi przedstawienie masy strzelanek zebranych z szerokiego spektrum platform. Poza tytułową dekadą znalazło się też miejsce na pokazanie czytelnikom prekursorów, począwszy od 1985 roku z takich platform jak Commodore 64 czy Atari ST. W głównej części przewodnika Stuart Maine prezentuje gry z chociażby Amigi, konsol SEGI, PlayStation, Nintendo 64, GameBoy’a Advance i oczywiście różnych wersji pecetów. Muszę w tym momencie od razu pochwalić dobór gier, ponieważ są tu opisane nie tylko te powszechnie uznane za udane, ale jest też sporo średniaków i trochę w jakiś sposób interesującego badziewia. Większość opisów jest raczej krótka, ale część gier dostała też obszerniejsze teksty. Zawsze można w nich przeczytać coś o fabule, mechanikach i kwestiach technicznych. Oczywiście nie wszystko wszystkich będzie interesować. Sam jestem tego przykładem, ale myślę, że spokojnie przeczytałem o 80% procentach zaprezentowanych produkcji. Najmniej ciekawiły mnie niektóre twory fantasy, ale już w ostatnich dwóch latach przedstawione gry wyglądały na idące zbyt na jedno kopyto. Oczywiście nie jest to winą autora lecz branży, która zachłysnęła się robieniem strzelanek w realiach wojennych. Z tego też powodu ostatni rok, czyli 2002, spokojnie mógł nawet nie pojawić się w tej knidze, no ale nie byłoby wtedy pełnej dekady, co w sumie wyglądałoby dość dziwnie. Dodatkowy plus należy się pisarzowi za sięgnięcie głębiej niż tylko do USA czy Europa Zachodniej, ale też na blok wschodni – tak, znalazł też polskie produkcje! – czy Azję. Jestem pod dużym wrażeniem researchu wykonanego przez Stuarta i jego pasji do gatunku. Ewidentnie czuć ją podczas czytania tej pozycji, dzięki czemu chce się poznać niemal każdą pozycję, którą autor postanowił przedstawić. Pod kątem treści właściwie nie mam żadnych obiekcji i jestem bardzo ukontentowany.

Wcześniej wspomniałem, że mniej więcej połowa książki to obrazki. Może się wydawać, że to dużo i treści powinno być więcej, ale spokojnie, jest jej dość. Zrzuty z gier z kolei są bardzo istotnym elementem tego przewodnika, bo dają konkretny kontekst wizualny do słownej prezentacji. Mam jednak trochę mieszane uczucia względem doboru wielkości obrazków. Konkretnie, gdy mowa o produkcjach retro, bardzo dobrze wypadają te mniejsze zdjęcia, w końcu prostszą grafikę łatwiej „odczytać” nawet w takiej skali. Natomiast słabiej wyglądają te na całą stroną – trudno nie odnieść wrażenia rozciągniętej pikselozy, na dodatek często obraz jest dostosowany bardziej pod 16:9, co nie idzie w parze z oryginałem. IMO, lepiej wypadłyby cztery sztuki zamiast jednej. Natomiast im dalej w kompendium, a wraz z tym w lepszą grafikę, odczucia względem zdjęć obracają się o 180 stopni. Lepiej wypadają te duże, na mniejszych i ciemniejszych nieraz trochę mało widać. Sam dobór screenów jest na plus.

Mieszane uczucia mam też względem dobranej czcionki. Generalnie jest czytelna i dobrze wygląda, ale podczas czytania, szczególnie na początku, bardzo rzuca się w oczy, jak bardzo dużo światła ma interpunkcja, niektóre litery w wyrazach oraz ewidentnie zostały specjalnie do niej dorobione polskie znaki diakrytyczne – moim zdaniem powinny być większe. Niby po kilkudziesięciu stronach przyzwyczaiłem się do tego, ale co jakiś czas i tak łapałem się na tym, że zauważam te niedociągnięcia zamiast skupić się na tekście. Natomiast za kompletnie nietrafiony pomysł z oryginalnego wydania uważam wstawianie krótkich cytatów pomiędzy tekstem. Wybijają się wielkością, więc przyciągają wzrok, a potem szybko okazuje się, że dopiero co czytało się to zdanie… Nie lubię tego w artykułach, ale w książce jest to już szczególnie zbędne.

Za polski przekład odpowiada Marcin Moń i tak właściwie nie mam uwag do tłumaczenia. Tekst czyta się gładko i generalnie został dobrze oddany charakter oryginału – jest luźno, ale też technicznie. Pojawiają się jednak pewne małe zgrzyty, jak moment, gdy pada tekst o tym, że najniższy czas reakcji mają osoby w wieku 24 lat, a potem rośnie. To akurat może być wina oryginału, ale konsternacja pozostaje. W pewnym momencie pada też zdanie o GameCube’ie, które sugeruje, że było pierwszą konsolą korzystającą z dysków – po pierwsze, dlaczego dysków a nie płyt; po drugie, brakuje określenia, że chodzi konkretnie o sprzęt Nintendo. Akurat tego typu babole powinna wyłapać korekta, ale pani Anna nie zwróciła na to uwagi. Może za mało siedzi w grach? Przeoczyła też kilka innych rzeczy w postaci interpunkcji, trafiły się też problemy z deklinacji. W skali ilości tekstu są to małe ilości, większość czytelników pewnie nawet nie zwróci na nie uwagi, ale zawsze znajdą się ortofaszyści, którzy takie rzeczy wyłapią.

Dodatkowy akapit tej recenzji muszę poświęcić specjalnemu dodatkowi do polskiego wydania, czyli przedstawienia polskich FPS-ów. Odpowiada za nie Robert Chełstowski i właśnie widzę na LinkedIn, że od dziewięciu lat pisze na Gamerweb.pl (pierwszy raz słyszę o tej stronie). Tak mechanicznego i nudnego przedstawienia treści dawno nie widziałem w profesjonalnym wydaniu czegokolwiek. Najgorsze w jego tekstach opisujących polskie strzelanki jest jednak to, że sprawia wrażenie, że nie potrafi stworzyć zdania wielokrotnie złożonego… Serio, pięć, sześć słów i kropka. I potem znowu, i tak w kółko. Jestem w szoku, że ta część w tej formie została dopuszczona do druku, bo czyta się ją fatalnie. Poza tym zastanawia mnie, po co ponownie, tylko trochę szerzej, ale właściwie bez konkretnej dodatkowej treści, zostały ponownie podane trzy już wspomniane przez Stuarta rodzime produkcje.

W leadzie napisałem, że jest to najniewygodniejsza książka, jaką miałem w rękach. Główne powody są dwa. Po pierwsze, jest to wydanie ekskluzywne, więc mamy i twardą oprawę, i porządny kredowy papier. Biorąc jeszcze pod uwagę liczbę stron, w efekcie otrzymujemy ciężkie tomiszcze o wadze aż 2,1 kilograma! Można by sobie jeszcze z tym poradzić, gdyby format wydania był standardowy, ale wydawca pierwowzoru zdecydował się na układ poziomy. W związku z tym po rozłożeniu książki musimy opanować aż 63 centymetry szerokości i nie jest to proste na żadnym etapie czytania. Na początku cały ciężar jest po prawej stronie, pod koniec po lewej. A gdy jesteśmy w środku, długie kartki pod swoim ciężarem opadają z obu stron… Zabrania „I’m too Young to Die” do czytania w wannie nie polecam, dwa razy próbowałem i około 40 stron to był maks, który dałem radę wytrzymać. Czytanie w łóżku też nie obywa się bez wysiłku. Dobrze, że kilka miesięcy wcześniej partnerka uszyła mi poduszki pod łokcie do podwyższenia rąk przy graniu na cięższych PC handheldach w wyrku, więc dodatkowo przydały się przy tej lekturze. Poza gabarytem i układem nie mam uwag do jakości wydania i mając w pamięci recenzje innych wydań Gamebooka, jest to kolejna pieczołowicie przygotowana pozycja w ich dorobku.

„I’m too Young to Die – Wielki przewodnik po grach FPS 1992-2002” jest drogą pozycją – cena okładkowa to 179,90 PLN. Po przeczytaniu go myślę jednak, że jest warty tej ceny. Generalna jakość polskiego wydania jest bardzo dobra, choć ma pewne małe niedoróbki w tekście. Część o polskich produkcjach po prostu przemilczę, bo na szczęście jest tylko niedużym dodatkiem do świetnie przygotowanej, bardzo obszernej części właściwiej, dla której warto zainteresować się tą pozycją. Po jej przeczytaniu już kupiłem Shadow Warrioraświetnie bawiłem się w trylogii przygotowanej przez rodzime Flying Wild Hog, ale sięgnięcie po oryginał mnie nie interesowało, a ta kniga wpłynęła na zmianę zdania. Na listę zakupów trafił też Quake, bo kompletnie mnie ominęło, że kręci się w klimacie lovecraftowskim (a właśnie, ten przymiotnik był niepotrzebnie zapisany z wielkiej litery). Soldiers of Fortune też mi chodzi po głowie teraz. I znajdzie się jeszcze kilka innych pozycji… Tak więc tak, ten przewodnik to nie tylko kompendium wiedzy, ale też dobra forma inspiracji, w co grać, tylko jest strasznie niewygodna…


Serdecznie dziękujemy Wydawnictwu Gamebook
za udostępnienie książki do recenzji


Polecamy

 


 

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *