Mortal Kombat: Flawless Victory

Kniga, którą można zrobić fatality. 

Nie jestem maniakiem Mortal Kombat, ale lubię tę krwawą kopaninę. Zdecydowanie ciągnie mnie do niej  przez prezentowaną tam brutalność i mroczny klimat. Drugi już reboot serii w postaci Mortal Kombat 1 w pewnym sensie zmienił ten koncept. Nowa wizja świata, jaką ma Liu Kang w formie boga ognia, okazała się dla mnie zbyt sielankowa. Chociaż gdy tak teraz o tym myślę, jakoś dwa lata po ograniu tej pozycji, motyw ten sam w sobie nie jest głównym problemem. Problemem było to, jak badziewny humor został w to wszystko wkomponowany. Również część postaci w nowej wersji wypadła mało przekonująco, co ciekawe także przez niedopasowany dubbing. Może scenarzyści przed pisaniem naoglądali się za dużo starych filmów kung-fu z zabawnymi scenkami? Tak czy inaczej moje dobre zdanie o serii spadło i niezbyt byłem zainteresowany potencjalną kolejną produkcją. Natomiast nowa książkowa propozycja od wydawnictwa Gamebook częściowo przywróciła moje zaciekawienie.

Legion Go do skali wysokości książki. Dobrze, że ten sprzęt nie jest tak ciężki jak ona xD

Oryginalne wydanie zostało przygotowane przez Iana Flynna dla Insight Edtions i pojawiło się na amerykańskim rynku w październiku 2025 roku. Gamebook szybko wziął się za wydanie i po raptem pół roku, akurat na niecały miesiąc przed premierą drugiego filmu MK, tytuł ukazał się w Polsce. Pozycja jest duża – choć ma raptem 310 stron, jest niestandardowo wysoka (33,5 cm) i waży aż 1,9 kilograma. Tak spory format, twarda oprawa i wysokiej jakości papier kredowy oraz druk idą tu świetnie w parze, ponieważ tak naprawdę jest to bardziej artbook. Zdecydowaną większość miejsca zajmują tu różnej maści obrazki i zdjęcia, a tekst dostarcza bardziej podstawowe informacje. Wciąż jednak znajdzie się tu kilka ciekawostek z powstawania omawianych gier, szczególnie dla osób, które nie zagłębiały się bardziej w historię serii.

Jeśli macie ochotę na zgłębienie jak największej liczby detali na temat 30-letniej historii Mortal Kombat, to Flawless Victory raczej nie jest dla Was. Jak wspomniałem, stron jest tu raptem 300. Gdyby przy tej wielkości wydania były przeznaczone głównie na tekst, informacji mogłoby być masa. Idea jest jednak inna – wizualna – więc mięsem knigi są obrazy, a słowa głównie dodają im kontekstu. Sam podszedłem do czytania książki z nastawieniem, że posłuży mi bardziej do przypomnienia sobie, jakie gry w serii do tej pory zostały wydane oraz jakie postaci przewinęły się przez nią. A jest co przypominać, bo growych tytułów z MK w nazwie pojawiło się do tej pory aż 17, licząc od pierwszego Mortal Kombat z 1992 r. do Mortal Kombat 1 z 2023 r, a w międzyczasie był jeszcze jeden Mortal Kombat, tyle że w 2011… Opisy wszystkich części zawierają bazowe informacje o fabule, trochę więcej o rozgrywce (im dalej, tym głównie o zmianach w niej) oraz zawsze kilka ciekawostek na temat projektowania aren. Wszystko to jest zobrazowane grafikami koncepcyjnymi, archiwalnymi zdjęciami oraz zrzutami ekranu. Może i można by chcieć więcej dogłębniejszych informacji o danych częściach, ale obecny układ daje swego rodzaju encyklopedyczną wiedzę na nich temat i wcale nie jest to złe rozwiązanie, głównie dzięki dużej ilości wizualizacji. Szkoda tylko, że autor nie zdecydował się na podawanie, na jakich platformach pojawiły się dane gry.

Prezentacje kolejnych odsłon gier przerywają informacje o wojownikach przewijających się przez serię. Do tej części mam już konkretne uwagi. Przede wszystkim nie rozumiem, dlaczego spis treści nie zawiera wojowników. W zależności od osoby zajmują od czterech do ośmiu stron i gdyby ktoś chciał spojrzeć na kogoś konkretnego, to trzeba wtedy wertować całą książkę w poszukiwaniu. Dodatkowo przez przeplatające się historie zarówno osób, jak i  fabuł danych gier, w tekście pojawia się sporo powtórzeń informacji. Mam świadomość, że trudno było tego uniknąć w takiej sytuacji, ale przy czytaniu dzień po dniu po prostu zwraca to uwagę. Przy przedstawieniu postaci mamy trochę podstawowych informacji o ich działaniach w odsłonach, w których się pojawiły. Pojawiają się także spisy fatality, ale informacja ta jest zdecydowanie niedogotowana. Obok nazwy (w naszym wydaniu wszystkie są spolszczone) oraz gry, w której są do wykonania, brakuje czegoś ważnego – sekwencji przycisków potrzebnych do wykonania finiszera. Gdyby sekwencje były zawarte, a spis treści miał listę wojowników, Flawless Victory mogłoby nawet służyć za podręczną przypominajkę ich wykonania, szczególnie dla posiadaczy kolekcji tych gier. A nawet jeśli nie, byłby to po prostu fajny dodatek. Mam też wrażenie, że trochę za dużo miejsca jest poświęcone pokazaniu wojowników za pomocą nowszych odsłon, nawet gdy dana osoba pojawiała się we wcześniejszych z ery klasycznej i 3D. Pewnie po części jest to efekt dostępności materiałów i  po prostu lepszej jakości projektów, ale wciąż, przewaga jest zauważalna. Za to fajne są dodatki typu rozbrajające paski z patyczkowymi ludzikami pokazującymi bazę ruchów do finiszerów czy szkice koncepcyjne rysowane na kartkach. Wciąż jednak pod kątem bazy przybliżającej wojowników ilustracje mogę uznać za bardziej różnorodne niż tekst. W opisach stosunkowo za dużo miejsca poświęca się historii z najświeższego MK1, w efekcie czego sprawia to wrażenie reklamy przyszłości serii.

Dopełnieniem informacji o grach i postaciach jest raptem 15 stron przeznaczone na media związane z serią. Jest trochę o filmach, komiksach itp. W sumie mam wrażenie, że jak na 30 lat istnienia marki, to mało tego.

Jeśli chodzi o wykorzystanie przestrzeni na stronach, to w większości przypadków zostały dobrze zagospodarowane. Są jednak miejsca, w których niektóre obrazy spokojnie mogłyby być większe, szczególnie te z angielskim tekstem (na końcu książki są polskie tłumaczenia). Częściowym problemem jest rozmieszczenie podpisów. Najczęściej są zbite w jeden blok z rozpiską typu: na górze, powyżej i po prawej, strona obok. Wprowadza to niepotrzebne zamieszanie, a w wielu przypadkach każda wizualna wstawka mogłaby mieć kontekst po prostu pod nią, co ułatwiłoby odbiór. Bywa też, że obrazki, trochę od czapy, nakładają się na siebie (przykład na zdjęciu z Nightwolfem).

W przypadku polskiego wydania znów widać staranność Gamebooka. Okładka prezentuje się świetnie z miksem lakierowanych elementów i wytłoczonych liter. Nie wiem jednak, czemu matowa część ma jasne przecierki, małe na dole z przodu i trochę więcej z tyłu. Wygląda to bardziej jak błąd w drukarni niż celowy zabieg lub efekt fizycznego przetarcia. Taka tam pierdoła, ale zastanawia, skąd się wzięła. Jakość papieru i druku w środku jest świetna. W przypadku tekstu główną uwagę mam do „t” w wybranej czcionce – dlaczego jako jedyna z wyższych liter jest tak niska? Dziwnie to wygląda szczególnie, gdy „r” jest obok. Jeśli chodzi o polski przekład, którym zajął się Marcin Moń, w przeciwieństwie do  I’m too Young to Die, nie mam konkretnych uwag. Rzuciły mi się w oczy właściwie tylko dwie rzeczy – mowa o „sekwencji ciosów” do wykonania fatality; natomiast w dalszej części książki jest już poprawniejsze określenie „kombinacja przycisków”. Druga rzecz to kiepski wybór słowa „grota”, gdy w oryginalnej nazwie areny jest „lair”. Kompletnie to nie pasuje chociażby z powodu umiejscowienia rzeczonego „leża” – jak loch, gdzie mieszka Goro. Nie podobało mi się też wtrącanie w tekście „Jak mówi/wyjaśnia”, ale to już bardziej problem oryginalnej konwencji tekstu. Muszę jeszcze pochwalić korektę – nie przypominam sobie żadnego błędu, czy to nawet literówki, czy interpunkcyjnego.

Mortal Kombat: Flawless Victory nie jest tanią pozycją – cena okładkowa to 159,90 PLN. Jeżeli ktoś szuka pozycji dogłębnie kronikującej historię tej brutalnej kopaniny, to będzie zawiedziony. Jeżeli ktoś też już mocno siedzi w informacjach o jej rozwoju, również raczej nie znajdzie tu nic dla siebie. Myślę, że pozycja jest bardziej kierowana do osób, które po prostu lubią mieć swego rodzaju kompendium informacji o danej rzeczy z dużą ilością materiałów wizualnych. Pod tym kątem fani Mortal Kombat mogą być zadowoleni. Natomiast gdy ktoś serię po prostu lubi, ale też nie ma większej wiedzy o jej historii, nie grał w większość gier i sięga po nią od święta, ale wciąż jakoś go ciekawi, wtedy poziom zadowolenia wzrośnie. I właśnie ja jestem takim przypadkiem. Przyjemnie spędziłem kilka wieczorów z tym „ilustrowanym przewodnikiem po kultowej serii”. Ten podtytuł dobrze też oddaje intencję powstania książki, bo rzeczywiście jako przewodnik spełnia swoją funkcję i czuję się ukontentowany jego zawartością, nawet mimo kilku uwag, które wymieniłem wyżej. Myślę więc, że osoby, które nie podejdą to Mortal Kombat: Flawless Victory z wygórowanymi wymaganiami pod kątem treści pisemnej, będą zadowolone i z przyjemnością będą przyglądać się papierowi zamiast ekranowi, tak jak ja. Właściwie za plus mogę uznać też to, że po lekturze trochę zmieniłem zdanie na temat Nowej Ery, a konkretnie porzucenia odkrywania jej. I bynajmniej nie jest to efekt reklamowości, o której napomknąłem, ale serii Mortal Kombat jako takiej. Akurat w dniu pisania recenzji książki trafiłem na wywiad z Edem Boonem z okazji premiery najnowszego filmu, gdzie wspomniał, że coś tam już kręcą z nową grową odsłoną. Historia serii miała swoje wzloty i upadki, ale trwa nadal, więc jeśli nadarzy się okazja, to jednak dam jej jeszcze szansę! (To zabawne, jak bardzo część fabularna stała się aż tak istotna w krwawym mordobiciu.)

PS. Jeśli chcecie poznać/przypomnieć sobie fabułę całej serii aż do „jedenastki”, to gorąco polecam film na YT, którego autorem jest ClemetJ64. To świetny przykład zgłębienia materiału skróconego do jedynych trzech godzin!


Polecamy


Serdecznie dziękujemy Wydawnictwu Gamebook
za udostępnienie książki do recenzji


 

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *