Fighting Force Collection

Gry retro albo się uwielbia, albo nienawidzi. Fighting Force Collection zapewnia oba uczucia jednocześnie.

Był rok 1997, kiedy to użytkownicy PlayStation doczekali się na swoim sprzęcie odpowiednika kultowych serii Final Fight czy też Streets of Rage – doskonałych chodzonych bijatyk, ogrywanych głównie na konsolach ówczesnej konkurencji. Oczekiwanie się opłaciło – właściciele sprzętu Sony (a także PC-tów, a później również Nintendo 64) nie tylko otrzymali mordobicie osadzone w trójwymiarze, ale też umożliwiające niespotykane jak na owe czasy możliwości dekompozycji otoczenia. Ten ostatni element robi zresztą wrażenie nawet dziś i być może to ośmieliło szefostwo Limited Run Games do zaoferowania nam dwóch blisko 30-letnich gier nietkniętych jakimikolwiek remasteringiem. Taki ruch ma swoje plusy, ale też i minusy, sprawdźmy więc czego w tej kolekcji znajdziemy więcej!

Zacznijmy chronologicznie, od dającej sporo wolności w gejmpleju części pierwszej. Jak już sygnalizowałem, prawie każdy pojawiający się na ekranie w tej pozycji element możemy zniszczyć bądź uderzyć nim wroga, a ww niektórych znajdziemy też środki do podreperowania zdrowia. Pozwala to na niesztampowe podchodzenie do rozgrywki przy kolejnych posiedzeniach, co jest szczególnie ważne jeśli weźmiemy pod lupę długość gry. Jak nietrudno się domyślić, zaliczenie pozycji tego gatunku nie powinno sprawić trudności nawet najbardziej zapracowanym czy zajętym graczom – za pierwszym podejściem powinniśmy ujrzeć końcowe napisy po nieco ponad trzech godzinach gry.

Na szczęście rozgrywka pozwala w kilku miejscach obrać inną ścieżkę do końcowego bossa, do tego dochodzi wspomniana wcześniej kreatywność w doborze oręża. Do dyspozycji grających oddano aż czworo bohaterów: Hawka, Mace, Alanę i Smashera. Każda z postaci, stosownie do sylwetki, charakteryzuje się odmiennym stylem walki – przedstawicielki płci pięknej są więc najbardziej dynamiczne (przy czym – co logiczne – najszybsza Alana dysponuje najsłabszymi ciosami), a najbardziej przypakowany przedstawiciel tego grona jest jako jedyny w stanie wyciągnąć z rozbitego samochodu silnik, by dać mu drugie życie w postaci eliminatora wrogów. Takich ciekawych ruchów jest tu całkiem spory garnitur, więc na nudę narzekać nie powinniśmy, szczególnie jeśli do zabawy uda nam się zdobyć kompana i wspólnie z kanapy ruszymy obalać hordy fanatycznego Dr. Dexa Zenga – tak, ta gra posiada nawet fabułę, w dodatku luźno inspirowaną jednym z ruchów religijnych.

Do mocnych atutów tytułu ciężko jednak zaliczyć towarzyszącą mu oprawę wizualną. Ponad ćwierć wieku temu taka grafika mogła robić wrażenie, ale ciężko oczekiwać, żeby tytuł wyjęty żywcem z ery wczesnego trójwymiaru dobrze się zestarzał. Toporne modele oraz migoczące łączenia polygonów można trochę zamaskować zaimplementowanym filtrem CRT, ale już od dołożonego przez nowego wydawcę upscallingu radzę trzymać się z daleka, szczególnie jeśli preferujecie granie w trybie stacjonarnym. Niestety, Limited Run Games do recenzowanej kompilacji wrzuciło wersję z poczciwego Szaraka, zamiast portu z flagowego wówczas sprzętu Nintendo, oferującego m.in. dużo ładniejsze tekstury. Idealnym pod tym względem rozwiązaniem wydaje się więc być zaliczenie premierowego Fighting Force na Switchu Lite, o ile jeszcze pozostają one w Waszych szufladach. Czepiać nie zamierzam się za to dźwięku – kawałki towarzyszące rozwałce mogą się podobać, a już na pewno nie kłują one w uszy.

Za to kłuje w uszy i przede wszystkim oczy Fighting Force 2, które jest propozycją tylko dla wyjątkowo wytrwałych. O ile część pierwsza okazała się prostą, ale na swój sposób urokliwą chodzoną bijatyką, o tyle dwójka to prostacka gra akcji zrywająca całkowicie z duchem pierwowzoru. Jedynym łącznikiem pomiędzy odsłonami jest główny bohater sequela, wspomniany już Hawk Manson. Troje z jego byłych kompanów najwyraźniej wyczuło pismo nosem i na próżno ich szukać w kontynuacji… W tym tytule wszystko zaliczyło regres: od fabuły, przez rozgrywkę, a na kwestiach audiowizualnych skończywszy. Projekty leveli są nudne jak flaki z olejem, strzelanie to jakiś żart, sekcje platformowe wypadają koszmarnie, a obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia koślawe sterowanie. Co gorsza, tutaj również nie zdecydowano się na wykorzystanie dużo płynniejszej i ładniejszej wersji z Dreamcasta, oferując nam techniczne popłuczyny z PSX-a, niedomagające również dźwiękowo. Wszystko to sprawia, że gra się niemiłosiernie dłuży – do dziś mam nieodparte wrażenie, że w moim przypadku ending nastąpił dużo później niż po zmierzonych 6,5 godzinach. Swoją drogą, gdyby nie możliwość szybkiego sejwowania oraz przewijania rozgrywki, to nie miałbym najmniejszych szans ukończyć Fighting Force 2, gdyż bugów znalazło się w tej grze co niemiara…

Podsumowując, Limited Run Games zaoferował nam kompilację, która prawdopodobnie zostałaby lepiej odebrana, gdyby pozbyto się z niej połowy zawartego kodu. Stare konsolowe konie mogą rozważyć nabycie recenzowanej kolekcji tylko gdy pojawi się na solidnej przecenie, a po jej zakupie nawet nie tkną badziewnego sequela. Do zaopatrzenia się w Fighting Force Collection nie zachęca też żenująco mała ilość dodatków typowych dla tytułów trafiających ponownie na rynek – te kilka grafik możliwych do przejrzenia z poziomu głównego menu naprawdę ciężko potraktować jako coś ekstra. Ale o los tej pozycji jestem też spokojny – nostalgia zrobi swoje…


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy Limited Run Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Implicit Conversions
Wydawca: Limited Run Games
Data wydania: 23 stycznia 2026 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 961 Mb
Cena: 89 PLN
Platformy: Nintendo Switch, PC, PlayStation 5, PlayStation 4

 

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *