Mina The Hollower

Najlepsza dwuwymiarowa Zelda od lat – i tym razem nie odpowiada za nią Nintendo.

Tworząc Shovel Knighta, deweloperzy w Yacht Club Games prawdopodobnie nie przewidywali, że ich zbytnia szczodrość i ambicja może się obrócić przeciwko nim. Kosztująca zaledwie kilkadziesiąt złotych platformówka zaskoczyła nie tylko jakością, ale też ciągle zwiększającą się zawartością – na przestrzeni lat twórcy wzbogacali grę o kolejne darmowe DLC, które rozmiarami przypominały bardziej pełnoprawne sequele. Wszystkie kolejne wersje Shovel Knighta spotykały się ze świetnym przyjęciem, ale okazało się, że aby Yacht Club Games mogło dalej dostarczać nam świetne tytuły, to… cóż, najwyższa pora, aby zaczęło też zarabiać na ich sprzedaży. Doszliśmy więc do momentu, gdy na sukcesie nowej przygody studia o tytule Mina The Hollower zawisła cała przyszłość niewielkiego studia.

Jeśli Shovel Knight był hołdem wobec klasycznych 8-bitowych platformówek, tak Mina the Hollower jest tym samym dla klasycznych odsłon The Legend of Zelda wydawanych na GameBoya. W grze tytułowa bohaterka, genialna wynalazczyni Mina, przypływa na wyspę Tenebrous sprawdzić, czemu stworzone przez nią wieże zasilające całą wyspę nowatorskim typem energii zostały wyłączone. Jej okręt zostaje jednak zaatakowany w drodze na wyspę, a niedługo potem okazuje się, że największe miasto na niej jest polem bitwy między współpracującym niegdyś z Miną Lionelem oraz buntowniczą armią Thorne’a – byłą głową ochrony miasta, odpowiedzialnego za zniszczenie wież. Po wsparciu armii Lionela i zażegnaniu zagrożenia Mina wyrusza w podróż po różnych rejonach wyspy w celu naprawienia zepsutych wież.

Zarówno pod względem rozgrywki, szaty graficznej jak i systemu progresji Mina the Hollower jest bardzo zbliżona do klasycznych Zeld 2D. Przygoda obraca się wokół odwiedzenia każdej lokacji, rozprawiania się z potworami nawiedzającymi Tenebrous za pomocą jednego z pięciu dostępnych oręży (pierwszy z nich wybieramy w prologu, kolejne musimy sami znaleźć), oraz rozmów z barwnymi postaciami. Każda lokacja jest dosyć rozległa, a w jej centrum znajduje się dungeon z własnym gimmickiem i bossem do pokonania. Brzmi znajomo?

To, co wyróżnia Minę na tle gier, którymi się inspiruje, jest wolność. W The Legend of Zelda kolejne dungeony musimy zazwyczaj odwiedzać w odgórnie narzuconej kolejności. W Minie po zakończeniu prologu gra praktycznie zrzuca widoczne ograniczenia i pozwala nam osobiście zdecydować, którą z wież odwiedzimy jako pierwszą. Oznacza to więc też, że w Minie nie musimy szukać specjalnych przedmiotów, których odkrycie odblokowuje nam drogę lub jest wymagane do rozwiązywania zagadek. Zamiast tego gra korzysta ze zbliżonego systemu „Trinkets”, czyli otrzymywanych najczęściej za wykonywanie zadań pobocznych lub schowanych w złotych skrzyniach przedmiotów wzbogacających bohaterkę o nowe umiejętności, które mogą jej znacznie ułatwić wędrówkę, ale, de facto, nie są wymagane do ukończenia gra.

Jeden z takich przedmiotów pozwala chociażby na wzmocnienie unikalnego ruchu Miny, czyli możliwości zniknięcia na parę sekund pod powierzchnią w celu unikania ataków lub wykonywania wyzwań platformowych, w taki sposób, aby lokacja bagienna, która normalnie wymaga starannego skakania pomiędzy unoszącymi się na tafli bajorka platformami, stała się śmiesznie prosta, ponieważ teraz będzie ona mogła na zmianę wskakiwać i wyskakiwać z wody. ignorując przy tym prawa fizyki. Inne przedmioty mogą wspomóc Minę ofensywnie, zwiększając siłę jej ataków lub pomagać w unikaniu zagrożenia. System ten najłatwiej porównać do zdobywanych w Hollow Knight charmów (gry studia Team Cherry, ale zaczynam podejrzewać, że zbieżność nazw nie jest przypadkowa). Tak samo jak w tamtej grze przedmioty możemy dowolnie ekwipować w zależności od sytuacji, więc warto eksperymentować, aby ułatwić sobie życie.

Chociaż może nie tyle „warto” co „trzeba”, bowiem kolejną cechą wyróżniającą Minę jest naprawdę wysoki poziom trudności. Tak jak Hollow Shovel Knight, bardzo wyraźnie można wyczuć inspirację soulslike’ami. Główną walutą w grze są kości, które znaleźć możemy zakopane w ziemi, w poukrywanych skrzyniach czy… no cóż, wewnątrz ciał naszych wrogów. Możemy ich oczywiście używać do zaopatrzenia się w kolejne wzmocnienia u przemierzających wyspę kupców, ale kości pełnią też punkcję punktów doświadczenia. Zebranie odpowiedniej ilości kości pozwala na wzmocnienie jednego z trzech atrybutów Miny: siły ataku, odporności na obrażenia oraz siły oręża przybocznego. Musimy więc często decydować, czy bardziej opłacalny w danej chwili jest zakup kolejnego przedmiotu, upgrade’u zwiększającego pasek zdrowia lub ilość noszonych w naszej sakiewce fiolek z eliksirem odnawiającym część zdrowia, czy może lepiej zaryzykować i zaoszczędzić je przybliżając w ten sposób zwiększenie poziomu doświadczenia.

Mina the Hollower oczywiście nie jest grą, z której odpaleniem Switch 2 miałby mieć jakiekolwiek kłopoty, ale należy pochwalić deweloperów za dodanie wsparcia zabawy w 120 FPS zarówno w trybie przenośnym, jak i na dużym ekranie.

Ryzyko polega na tym, że tak jak w każdym souslike’u, po każdej śmierci bohaterka zostawia po sobie elektryczną kulę. Jeśli nie uda się nam jej odzyskać przed kolejnymi zgonem, tracimy wszystkie zebrane do tej pory kości. Mina the Hollower nieco jednak rozluźnia ograniczenia tego systemu. Po pierwsze, nawet po utracie kuli wszystkie zebrane kości wciąż znajdują się w naszych ekwipunku, więc jeśli spodziewamy się, że nie uda nam się odzyskać życia przed ponownym zgonem, możemy się wycofać, aby wydać zebrany majątek. Po drugie, z czasem do naszej dyspozycji otrzymujemy kolejne kule, więc szczególnie w późniejszej części gry możemy pozwolić sobie na nieco lekkomyślności.

Wszystko to sprawia, że Mina the Hollower jest jedną z nielicznych gier, której poziom trudności drastycznie spada zamiast rosnąć. Początek około 20 godzinnej gry jest bezlitosny. Sterowanie wymaga przyzwyczajenia się, nawet najzwyklejsi przeciwnicy są w stanie znacząco skrócić nasz pasek zdrowia i wielokrotnie trzeba powstrzymywać łzy, patrząc jak wszystkie zebrane przez nas kości bezpowrotnie znikają. Po takim chrzcie bojowym zaczynamy jednak zauważać, że kolejne rzucane przez grę wyzwania sprawiają nam coraz mniej problemu. Jest to skutek otwartej struktury, którą narzucili sobie twórcy. Jako gracz możemy udać się tak naprawdę do dowolnego zakamarka mapy, więc deweloperzy musieli się upewnić, że wszystkie lokalizacje w grze będą prezentować podobny poziom trudności. Drastycznie zmienia się do dopiero pod sam koniec przygody, gdy gra musi nagle nadgonić, aby ostatnie lokacje stanowiły odpowiednie wyzwanie. Poziom trudności staje się wtedy wręcz frustrujący i nie jestem pewny czy właśnie takie miało być założenie twórców.

Chaotyczne skoki trudności to jednak jedyny poważny problem tej w każdym innym aspekcie świetnej gry. Tak jak w Shovel Knight, Yacht Club Games udało się wydestylować to, co w retro grach przygodowych działało najlepiej, a następnie wzbogacić miksturę za pomocą bardziej współczesnych mechanik. Walka jest satysfakcjonująca, zagadki i odkrywane na każdym kroku sekrety nie pozwalają się nudzić, a miejsce akcji jest tak samo szalone i pełne nieprzefiltrowanych światotwórczych pomysłów, co w najlepszych dwuwymiarowych częściach The Legend of Zelda. Zresztą twórcy mogli pozwolić sobie na o wiele więcej, bo chociaż klasyfikacja wiekowa i antropomorficzne zwierzęta tego nie zwiastują, Mina to przygoda kierowana znacznie mocniej do dorosłego gracza. W trakcie przygody napotkacie dwie armie kruków-farmerów od pokoleń walczących między sobą o skrawek ziemi, klauna straszącego nas jumpscarami przed opowiedzeniem bardzo czarnego żartu, opcjonalnego bossa oblepionego własnymi ekskrementami czy odpoczywającego beztrosko rybaka niezdającego sobie sprawy z tego, że jego pupil z każdym dniem staje się coraz bardziej głodny.

Odkrywanie świata Mina the Hollower skrawek po skrawku to czysta przyjemność, a od gry naprawdę ciężko się oderwać (nawet jeśli czasami po 20 próbach pokonania jednego bossa przychodzi ochota na krótki spacer po lasie). Świat gry zaskakiwał mnie do samego zakończenia, które jest tak nieortodoksyjne, że przez moment zastanawiałem się, czy przez przypadek nie spełniłem jakiś wymogów odblokowujących alternatywną wersję wydarzeń.


Zakup obowiązkowy!


Producent: Yacht Club Games
Wydawca: Yacht Club Games
Data wydania: 29 maja 2026 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 894 MB
Cena: 70, 99 PLN
Platformy: Nintendo Switch 2, Nintendo Switch, PlayStation 5, Xbox Series S/X, PC, MacOS, Linux


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *