American Fugitive

Grand Theft Auto z Temu?

Premiera najnowszej konsoli Nintendo zastała mnie z kilkunastoma nierozpoczętymi jeszcze grami na pierwszego Switcha. Moja cebulasta dusza nie pozwalała mi przejść nad tym do porządku dziennego, ale wciąż brakowało iskry mobilizującej do sięgnięcia po pozycje nabyte na wyprzedaży w eShopie. Nie pomagają również liczne premiery na Switcha 2… Zainicjowany przez Naczelnego projekt „Czyszczenie Switcha” ostatecznie zmotywował mnie jednak do głębszego przyjrzenia się gromadzonej latami kupce wstydu. W telegraficznym skrócie przypominam: Quithe postanowił dobić na myhandhelds.pl do tysiąca recenzji gier wydanych na pierwszego Switcha, a ja zapragnąłem dorzucić do tego planu choć maleńką cegiełkę, przy okazji uspokajając moje wyrzuty sumienia. Pierwszym tego efektem jest American Fugitive, czyli GTA na oldskulową modłę…

Mimo że bardzo cenię zarówno GTA IV, jak i jego osławionego następcę z numerkiem V, największym sentymentem darzę wcześniejsze odsłony gangsterskiej serii Rockstara. Zdążyłem zresztą dać kiedyś temu wyraz, rozbijając na trzy akty recenzję Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Edition. American Fugitive hołduje jednak bardziej dwóm pierwszym częściom z PSX-a (a z racji izometrycznego rzutu również kultowemu już GTA: Chinatown Wars z DS-a), ale nie zgadzam się nazywać dzieło Fallen Tree Games pospolitym klonem jednej z najbardziej znanych serii gier w historii komputerowej rozgrywki. Owszem, solą gry są wciąż kradzieże samochodów, strzelaniny z gangsterami oraz nieustanne utarczki ze stróżami prawa, a te podobieństwa automatycznie kierują nas w wiadomym kierunku. Małomiasteczkowy klimat, interesująca fabuła oraz szereg nowinek w mechanice sprawiają jednak, że koncept omawianej produkcji jest czymś więcej niż zwykłą kopią.

Jestem niewinny! Wszyscy tak mówią… A skoro wszyscy tak mówią, to musi to być prawda!

Głównym bohaterem jest Will Riley – dobroduszny chłopak oddany w nasze ręce w najbardziej felernym momencie jego życia. Z intra dowiadujemy się, że ktoś właśnie zamordował jego ojca, a leniwa policja, zamiast szukać prawdziwego sprawcy, zrzuca winę za zabójstwo na naszego świeżo poznanego protagonistę. Jak przystało na grę o tytule American Fugitive, za kratkami nie grzeje on miejsca zbyt długo i zaraz po ucieczce z paki rozpoczyna na własną rękę poszukiwania mordercy.

Pochwalona przeze mnie już na wstępie fabuła daje przede wszystkim pretekst do wykonywania kolejnych szemranych zadań dla równie szemranych postaci. Co jednak najważniejsze, historia nie tylko spełnia swoje zadanie, ale też kilkukrotnie potrafi zaskoczyć i zainteresować na tyle, aby ostatecznie zapisać ją po stronie plusów.

Gra szybko spuszcza nas ze smyczy i w mgnieniu oka pozwala przeobrazić w przestępczy multi-talent. Możemy kraść samochody, napadać na sklepy, wykonywać wspomniane zlecenia dla miejscowych typów spod ciemnej gwiazdy czy wreszcie włamywać się do praktycznie każdego mijanego domu. Ta ostatnia mechanika okazała się dla mnie jednym z największych zaskoczeń. Włamanie nie sprowadza się tylko do prostackiego podejścia do drzwi i naciśnięcia jednego przycisku. Najpierw warto wykonać zwiad po okolicy, by sprawdzić, czy ktoś znajduje się w środku, wybrać sposób wejścia, a następnie pod nielichą presją czasu przeszukać pomieszczenia. Łup możemy później spieniężyć, o ile nie zainteresują się nami stróże prawa.

To niby nic wielkiego, ale właśnie takie drobiazgi sprawiają, że tutejsza zabawa w złodziejaszka nabiera własnego charakteru. Zwłaszcza gdy człowieka poniesie fantazja – wtedy emocje są gwarantowane. Miałem tak chociażby przy powiązanym z wątkiem głównym plądrowaniu posterunku policji. Teoretycznie proste zadanie przerodziło się wówczas w improwizowaną akcję zakończoną efektowną ucieczką przed połową miejscowych mundurowych. Za takie momenty bardzo polubiłem tę grę!

Panie władzo, to nie ja!

Policja na początkowym etapie przygody potrafi nieźle dać w kość. Funkcjonariusze pojawiają się szybko, są strasznie upierdliwi, a pierwsze ucieczki udaremniają zazwyczaj dużo szybciej, aniżeli byśmy sobie tego życzyli. Z czasem jednak zaczynamy dostrzegać niedoskonałości kierującej nimi sztucznej inteligencji i wykorzystujemy ten fakt na swoją korzyść. Można więc powiedzieć, że daje to w tym elemencie całkiem niezły balans – po początkowym respekcie wobec mundurowych na dalszym etapie rozgrywki szanse się wyrównują, dzięki czemu to zazwyczaj gracz ostatecznie robi ich w konia.

Ciekawym rozwiązaniem jest sama kradzież samochodów. Gracze przyzwyczajeni przez lata do modelu, w którym wystarczy jedynie podejść do dowolnego pojazdu, aby już po kilku sekundach za jego kierownicą znaleźć się trzy przecznice dalej, zostaną mocno zaskoczeni. Tutaj zamknięte auto trzeba najpierw otworzyć przy pomocy narzędzia, o które wcześniej musimy zadbać. Bywa to upierdliwe jak diabli, szczególnie kiedy za plecami mamy nagonkę, ale jednocześnie znakomicie buduje klimat. Zabór samochodu wreszcie faktycznie przypomina kradzież auta, a nie podprowadzenie roweru spod osiedlowego sklepu.

Same auta również zasługują na kilka ciepłych słów. Licencji oczywiście próżno tutaj szukać, ale każdy średnio rozgarnięty fan czterech kółek bez większego problemu rozpozna inspiracje prawdziwymi modelami. Samochodów nie ma przesadnie dużo, za to wyraźnie różnią się one pomiędzy sobą sposobem prowadzenia. Początkowo sterowanie może wydawać się nerwowe i zdecydowanie wymaga przyzwyczajenia, ale kiedy już opanujemy ten aspekt, to pościgi dostarczają naprawdę sporo frajdy.

Ameryka, jakiej już prawie nie ma

American Fugitive bardzo dobrze radzi sobie również z budową klimatu amerykańskiej prowincji. Niewielkie miejscowości, rozległe pola, sporo nieubitych bocznych dróg, charakterystyczna dla amerykańskiej wsi zabudowa oraz obskurne stacje benzynowe i sklepy tworzą przekonującą całość. Oprawa graficzna może nie powoduje opadu szczęki, ale nawet kilka lat po premierze pozostaje przyjemna dla oka.

Jeszcze lepiej z technikaliów wypada muzyka. Soundtrack idealnie pasuje do prowincjonalnej Ameryki i jest jednym z najważniejszych elementów wpływających na odbiór całej gry. Połączenie kreskówkowego obrazu, rustykalnej muzyki i samochodów ze złotej ery jankeskiej motoryzacji sprawia, że świat American Fugitive to coś więcej niż niskobudżetowy odpowiednik dużej produkcji.

Niestety, mimo upływu lat twórcy wciąż nie uporali się ze wszystkimi bolączkami technicznymi. Podczas mojej przygody gra zaliczyła kilka kompletnych zawieszeń, a poszczególni mieszkańcy Redrock County wyraźnie zdążyli w tym czasie spożyć coś mocniejszego: bez wyraźnego powodu zachowywali się czasami absurdalnie, np. kręcąc się samochodami w kółko. Niemniej, pozostawili po sobie w zdecydowanej większości dobre wrażenie, nie będąc przypadkowymi amebami i prowadzeniem czegoś na kształt własnego życia w grze.

Kilka gorzkich słów muszę wysłać również w stronę interfejsu, z którym do końca gry się po prostu nie zaprzyjaźniłem. Poruszanie się po liście wyposażenia bohatera do końca pozostało dla mnie mało intuicyjne, podobnie zresztą jak korzystanie z mapy i pozostałych elementów menu. Nawet po dłuższym czasie zdarzało mi się zastanawiać, który przycisk prowadzi tam, gdzie akurat chciałem się dostać. W grze, w której regularnie korzystamy z różnych narzędzi i przedmiotów, zdecydowanie przydałoby się poświęcić więcej troski pod kątem ich zarządzania.

Jeszcze jedno zlecenie i fajrant

Największym komplementem, jaki mogę wystawić American Fugitive, jest jednak to, że skończyłem ten tytuł dokładnie wtedy, kiedy powinienem. Gra nie próbuje zajmować nam kilkudziesięciu godzin tylko po to, żeby móc się chwalić w opisie obfitą długością rozgrywki. Przez blisko 10 godzin zdążyłem dość dobrze poznać świat, nauczyć się jego zasad, wykonać sporo zadań, narobić dużego bałaganu, wymienić wielokrotnie ogniem, dokonać kilkudziesięciu pościgów z policją i pobawić się wszystkimi najważniejszymi mechanikami. Jednocześnie napisy końcowe pojawiły się zanim którakolwiek z tych rzeczy zdążyła mnie naprawdę zmęczyć. A jeśli komuś będzie mało, to jest też sporo aktywności pobocznych związanych zarówno z dodatkowymi zleceniami, jak i odkrywaniem sekretów czy też poszukiwaniem znajdziek.

Kupa zabawy za tabliczkę czekolady

Podsumowując, American Fugitive nie okazało się ukrytym arcydziełem, nie jest też równoprawnym, ale zapomnianym konkurentem dla serii Grand Theft Auto. Czuć tutaj ograniczony budżet (głównie w okazjonalnym kabarecie NPC-ów), interfejs momentami potrafi działać na nerwy, a na te kilka zwiech po tylu latach od premiery po prostu spuszczam zasłonę milczenia. Jednocześnie za kilka/kilkanaście złotych (tyle gra kosztuje w momencie, gdy trafia na przecenę w eShopie; ja zapłaciłem dokładnie 8 zł) otrzymujemy interesującą mafijną piaskownicę, która, mieszając pomysły z pierwszych odsłon GTA i z kilkoma własnymi mechanikami, ostatecznie tworzy bardzo strawne danie. Mógłbym w tym miejscu napisać, że American Fugitive kosztowało mnie tyle, co tabliczka czekolady, ale byłoby to trochę krzywdzące porównanie. Czekoladę opędzlowałbym w góra dziesięć minut, a recenzowana pozycja wystarczyła mi na zdecydowanie dłużej.


Polecamy!


Producent: Fallen Tree Games
Wydawca: Curve Digital
Data wydania: 21 maj 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa i pudełkowa
Waga: 1,59 GB
Cena: 80,00 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *