Bulletstorm: Duke of Switch Edition

Bulletstorm w 2011 roku wylądował na PS3, X360 i PC i wywołał drobne poruszenie w branży. W tamtym czasie strzelanki bardziej skupiały się na multiplayerze, a mimo to warszawskie studio People Can Fly zdecydowało się zaoferować rozgrywkę wybitnie singlową. Co więcej, w jego produkcji nie chodziło jedynie o to, by wrogów zabić, ale by rozdupczyć ich w jak najbardziej spektakularny sposób. Niedawno otrzymaliśmy wypasioną wersję tej gry na Switcha i dodano do niej Króla gier wideo. Pytanie jednak brzmi, czy poza Królem Bulletstorm po ośmiu ladach nadal może zaoferować gameplay z  pierdolnięciem?

Recenzję napisał Krowen

Oryginał przeszedłem w okolicach premiery, więc teraz od razu wskoczyłem w buty Duke’a. I, jak się okazało, była to chyba najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć – rewelacyjny głos Króla przyjemnie czochrał mosznę, a jego sylwetka sprawiała, że zaczynałem wątpić w swoją heteroseksualność. Historia tego bohatera zaczyna się tak, że budzi się na jakiejś nieznanej planecie z nieznaną mu ekipą (tak kończą się maratony alkoholowe!). Grupie rozkazano kogoś uciszyć, więc Duke robi to, co umie najlepiej – bierze karabin i napierdala. Szybko okazuje się, że nasza ekipa została zdradzona, w związku z tym Duke postanawia wpierdolić się w statek kosmiczny byłego pracodawcy, co kończy się zgonem większości ekipy. Król i jego skośnooki mechaniczny przydupas – Ishi – lądują na nieznanej planecie pełnej dzikusów z gnatami i dziwnymi wynaturzeniami. Jednak pośród tego szkaradztwa kręci się Trishka – kobieta równie groźną, co piękną.

Fabuła jednak dupy nie urywa – dwa poważne zwroty akcji są dość łatwe do przewidzenia, a sama końcówka zostawia otwarte pole na kontynuację (której niestety pewnie nigdy nie dostaniemy przez mizerną sprzedaż oryginału). Nie okazano też należnego szacunku Królowi – jego teksty są dość specyficzne (ale dobrze oddają charakter postaci i mnie bawią), model postaci mocno kontrastuje jaskrawymi kolorami z resztą otoczenia, a i reszta bohaterów ma totalnie w dupie, że rozmawia z największym macho po tej stronie galaktyki – wszyscy zwracają się do niego per Grey (czyli to tak właściwie tylko podmiana za głównego bohatera oryginału).

My tu pitu pitu pierdolamento, a najważniejsze w strzelankach jest przecież strzelanie. Ten element nadal ma wspomniane we wstępie pierdolnięcie. Gra daje nam dostęp do siedmiu rodzaju broni – od najbardziej klasycznych, jak karabin, shotgun czy snajperkę, po wynalazki strzelające wybuchowymi kulami czy… ogromnymi śrubami. Ze sobą nosić możemy tylko 3 gnaty jednocześnie, bywają jednak sytuacje, w których potrzebujemy jednego konkretnego typu broni, wtedy w okolicy znajdziemy zasobnik, który pozwoli nam na wymianę posiadanych zabawek. Bulletstorm skupia się na efektownym zabijaniu skurwieli za pomocą tzw. skillshotów. Dają nam punkty, za które kupujemy amunicję, ulepszamy magazynki czy odblokowujemy alternatywny strzał. Skillshotów jest cała masa – od najprostszego headshota po wrzucanie przeciwników w kolce/kable/przepaście, aż po te najbardziej hardkorowe – moim ulubionym jest „Miłosierdzie” – strzał w klejnoty, a później kop w mordę. Każda broń ma też kilka unikatowych sposobów mordowania, a w im bardziej wyrafinowany sposób wykończymy wroga, tym więcej punktów dostaniemy. Feeling strzelania jest wyśmienity, każda broń wymaga innego podejścia do rozgrywki, a przeciwnicy elegancko reagują na pocałunki ołowiem.

Do dyspozycji oddano nam również trzy manewry bojowe, bez których gra nie byłaby taka sama. Są nimi smycz, ślizg i kopniak. Jak można się domyślić, pierwszy przyciąga, drugi podbija, trzeci odbija. Wrogowie potraktowani jednym z manewrów wpadają w slowmotion, dzięki czemu łatwiej ich wykończyć. Ale tak proste zagrywki są zarezerwowane tylko dla patałachów. Prawdziwy kozak wykorzystuje jeszcze elementy otoczenia, jak wybuchające skrzynki czy kule – satysfakcja z posłania beczki kopnięciem w sam środek grupki przeciwników jest porażająca. W trakcie kampanii odblokowujemy też Grom, czuli solidne pierdolnięcie wysyłające przeciwników w powietrze. I to jest prawdziwa zabawa, dziecinko!

Wrogowie są różnorodni, począwszy od zwykłych wypierdków, co to myślą, że są groźni jak zrobią sobie maski w czaszki, przez bardziej ogarnięte jednostki z innego plemienia, na mutantach popromiennych kończąc. Postrzelamy też w helikoptery, mięsożerne rośliny, ogromnych bossów. Postrzelamy z ziemi, z helikoptera, z bliżej niezidentyfikowanego pojazdu na szynach, z działka stacjonarnego. Postrzelamy na statkach kosmicznych, w kopalniach, tropikach, mieście, na ulicach, w budynkach, korytarzach, nad ziemią, na ziemi, pod ziemią. Że takie wyliczanie jest nieprzejrzyste i niezbyt czytelne? Jebać. Jest różnorodnie.

Grafika jest wyśmienita. Unreal Engine 3, na którym oryginalnie powstała gra, świeci tutaj jasno niczym cycuszki w cenzurowanych pornosach – bogate w detale środowiska, szczegółowa broń, spektakularne panoramy, po prostu WOW! W switchowym porcie zastosowana została dynamiczna rozdzielczość, jednak nie jest ona aż tak nachalna, jak w grach Id Software, wszystko jest więc zdecydowanie wyraźniejsze i ostre. Klatkaż też nie ma się czego wstydzić – 30 jest solidne, jak potęga Stanów Zjednoczonych – z dwa razy tylko uświadczyłem widoczny spadek fps-u. Podążając za zastosowaną przed chwilą analogią – uznajmy je za kryzysy finansowe. Gra posiada kinowe spolszczenie, które jest wykurwiste. Język polski słynie z kwiecistości zwrotów, miło więc czytać tak zróżnicowane epitety kierowane w bandę popierdoleńców do których strzelamy. Dźwięk też jest niczego sobie. Wspomniałem już o uginającym kolana głosie Duke’a, reszta też jest w porządku. Wszystkie dialogi posiadają voice acting, język jest dość dosadny (można włączyć tryb bez przekleństw, ale umówmy się – to kolejne udogodnienie dla cieniasów). Podsumowując – grafika zarówno na TV, jak i przenośnie to najlepsze, co zobaczymy w shooterach na Switcha (ssij pałę Bethesdo!), dźwiękowo nie ma się też czego powstydzić.

13/10, instabuy, nie tylko Wiedźmin, Polska najlepsza! Hola hola, chwila moment. Bullestorm oryginalnie wyszedł w 2011 roku i to czuć. Sprintować możemy, tylko trzymając przycisk, a sama responsywność bohatera w trakcie biegu jest godna pożałowania. Smyczą przeciwników przyciągniemy również przez ściany i elementy otoczenia (dlatego smycz jest dla cieniasów). Grze często zdarza się gliczować – a to nie odpali się animacja, a to ręce bohatera zablokują się w jednej pozycji (przez co można zobaczyć własne przedramię, zdjęcie w galerii), a czasem nawet kolejny rozdział nie odpali się poprawnie, przez co musimy wracać do menu konsoli. A właśnie, obecność rozdziałów i aktów sugeruje totalnie liniową rozgrywkę, i z taką właśnie mamy do czynienia. Nie ma backtrackingu, nie ma otwartej mapy, cały czas idziemy do przodu nie mając nawet za bardzo możliwości skręcenia w bok. Po ukończeniu gry dostajemy tryb rozpierduchy – każdy rozdział możemy przejść z każdą bronią, a po wykonaniu wszystkich skillshotów danej broni otrzymujemy nieograniczoną amunicję. Przyda się to przy bardziej wyrafinowanych broniach, ja jednak biegałem z podstawowym trio (karabin, shotgun, snajperka) i dzięki gęsto rozstawionym zasobnikom amunicji, nigdy mi jej nie zabrakło. Brakuje jednak trybu multi, który mógłby zatrzymać mnie przy tytule po jego ukończeniu. Nie uświadczymy tu też sterowania ruchem (które w wielu przypadkach pomaga przy drobnym przycelowaniu w innych grach), a agresywne i wkurwiające wibracje trzeba wyłączyć w menu konsoli, bo gra takowej opcji nie posiada.

Jeśli więc nie boicie się:

a) strzelania na konsoli (w naszym kraju jest masa popaprańców, którzy boją się dotknąć prawego analoga, jakby powodował złośliwą odmianę rzeżączki);
b) bardzo intensywnego singla na 6-7 godzin;
c) braku trybu multi;

to proszę zapierdalać do eShopu po najpiękniejszego FPS-a na tej konsoli Nintendo. Pożałowania godna reszta świata niech idzie sobie pograć w „Fortnajta”.


Plusy:

  • genialny feeling strzelania
  • piękna grafika
  • system skillshotów
  • różnorodność
  • Duke, kurwa, Nukem

Minusy:

  • brak multi
  • archaizmy
  • glitche

Ocena: 8,2/10


Serdecznie dziękujemy Gearbox Software
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: People Can Fly
Wydawca: Gearbox Software
Data wydania: 30 sierpnia 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 10 GB
Cena: 124 PLN

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *