Flood of Light

Irisloft pokazuje, jak z archetypowej opowieści o wybrańcu zbawiającym dotknięty zagładą świat, zrobić grę logiczną.

Istniało ryzyko, że taki manewr może skazać grę na poruszanie się w obrębie startych klisz i schematów. Dodatkowo twórcy zdecydowali się na brak elementów akcji, a one mogłaby odciągnąć uwagę od ewentualnych niedomagań i w ogóle w dużej mierze wykreować doświadczenie gracza. Na szczęście w przypadku Flood of Light twórcy potrafi ukształtować przeżycie w sposób naprawdę udany, co wynika z jednego prostego twistu – świat w grze jest już po zagładzie. Dlatego pozostaje nam tylko mozolna odbudowa oraz zamiast dążyć do ocalenia ludzi, próbujemy przywrócić miejsce do życia dla robotów. I chociaż sterujemy humanoidalną postacią, ten opustoszały po-ludzki świat pełny zimnych, futurystycznych przestrzeni bardzo dobrze buduje nastrój, który staje się podstawą rozgrywki.

Wspomniana odbudowa świata po wielkiej powodzi potrafi być naprawdę mozolna, wszak bycie jednoosobową pompą wodną nie należy do zadań łatwych, nawet posiadając nadprzyrodzoną zdolność panowania nad światłem. I to ona posłuży nam do rozwiązania każdej zagadki. Przenosimy w nich jednostki światła pomiędzy lampami, aby doprowadzić do zapalenia się wszystkich monolitów, co następnie prowadzi do obniżenia poziomu wody i pozwala przejść dalej. Jednak ta zdawałoby się prosta mechanika okazuje się być całkiem zniuansowana. Na przykład nie można arbitralnie rozdzielać jednostek, istnieją dwa rodzaje światła o osobnych właściwościach oraz jest też kilka innych utrudniaczy, które bardzo skutecznie wzbogacają typowy dla gier logicznych repertuar widoczny na poziomie level designu, obfity w najróżniejsze dźwignie, przełączniki i obwody para-elektryczne. Wykorzystując, nomen omen, dość proste założenia, autorzy stworzyli grę, która naprawdę potrafi przepalać komórki mózgowe. Właściwie jest wręcz logicznym odpowiednikiem zręcznościowych skoków co do piksela – bo tu każdy krok musi się zgadzać. To potrafi czasem być męczące i mozolne, gdy przypadkowa pomyłka, wynikająca choćby z niedokładnego sterowania, wymaga restartowania zagadki (odczuwa się tu brak opcji w rodzaju cofnięcia ruchu), ale jednocześnie sprawia niesamowitą satysfakcję, gdy uda się ją rozwiązać.

A gdyby komuś było mało wyzwania, twórcy przygotowali diabelnie wjeżdżający na ambicję system oceny poziomów. Jest do niej wliczany tutejsze odpowiednik znajdziek – czyli lamp, które należy pozostawić zapalone – nie są konieczne do przejścia dalej, ale ich aktywacja nieraz jest wyzwaniem samym w sobie. Ważne do oceny jest też ograniczenie liczby jednostek światła, jakie można wykorzystać. Istotna jest też liczba kroków, za pomocą których pokonało się daną planszę. Im  więc elegantsze rozwiązanie, tym lepszą dostaje się notę. Z kolei samego kontentu jest wcale niemało – to 9 złożonych z kilku pomniejszych zagadek „pięter”, przy czym raczej trudno pokonać jeden poziom w mniej niż pół godziny, a do tego dochodzi jeszcze bonusowy poziom w klimacie okołoświątecznym. Jak na stosunkowo małą grę, naprawdę jest w czym się zanurzyć.

Cały klimat jest dodatkowo wzmacniany oprawą graficzną, która chociaż wygląda na dość jednorodną, to prezentuje się okazale. Ścieżka dźwiękowa, złożona niestety wyłącznie z ambientowych loopów na pianinie (po jakimś czasie ją wyłączyłam, bo zaczynała nużyć), spokojem równoważy frustrację wywołaną nieumiejętnością myślenia logicznie,. Całość osnuta jest wyciszeniem i melancholią, co bardzo dobrze pasuje do konwencji świata po zagładzie. Ten spokój bywa niemal przerażający, lecz w połączeniu z mistycznymi tropami w wizualiach (chociażby fakt, że zapalane monolity przypominają jakieś antyczne obeliski, a cała historia jest osnuta wokół mitu zbawcy) potrafi do siebie przekonać.

Szkoda tylko, że twórcy, zamiast pozwolić mówić światu, zdecydowali się na prowadzenie fabuły poprzez znajdowane w opuszczonych terminalach notatki badawcze z czasów, gdy zagłada dopiero się zbliżała. Dzięki temu można dowiedzieć się prawdy o tym, co go spotkało i kim jest postać, którą sterujemy. Niestety, oprócz tego, że same rozwiązanie narracyjne jest kliszą, przedstawiona w nim historia bardzo spłaszcza uczucia, jakich doznać można, po prostu przeżywając grę. Czasem immersję też niszczą drobne niedogodności techniczne, jak wspomniane wcześniej sterowanie, które nie zawsze zapewnia wystarczającą precyzję do grania w wersji handheldowej, jednak ogólnie jest zrealizowane w sposób intuicyjny, co się ceni.

Krótko mówiąc, Flood of Light to jedno z większych growych zaskoczeń, jakich doznałam. Nie jest to pozycja pozbawiona wad, jednak tworzy doświadczenie, które potrafi naprawdę przemówić do człowieka, jednocześnie rzeczywiście zmuszając do wysiłku umysłowego.


Ocena: 8/10


Producent: Irisloft
Wydawca: indienova
Data wydania: 23 sierpnia 2018
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 737 MB
Cena: 20 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.