Toby: The Secret Mine

Chyba każdego z nas karcono w szkole za ściąganie, z drugiej zaś strony nakazywano nam wzorować się na prymusach. Owa analogia do czasów szkolnych przyszła mi na myśl od razu, gdy zasiadłem do recenzji gry Toby: The Secret Mine. Produkcja do złudzenia przypomina prawie pod każdym względem kultowe Limbo, ale czy to źle naśladować najlepszych?

A gdzie wersja na kalkulatory?

Blisko sześć lat minęło od premiery Toby: The Secret Mine na pecetach. Gra okazała się być na tyle popularna, że już rok później przeniesiono ją na komórki i tablety, a w 2017 zadebiutowała na konsolach Sony, Microsoftu oraz Nintendo, w tym ostatnim wypadku jeszcze na Wii U. Posiadaczom pstryczka na klona duńskiego bestsellera przyszło poczekać do wakacji roku 2018. Kalendarium przytaczam nieprzypadkowo, gdyż podstawowym zarzutem towarzyszącym premierze tytułu na każdej z wymienionych platform były problemy z optymalizacją, głównie objawiające się sporą ilością bugów. Dziś, prawie trzy lata po wylądowaniu w eShopie, produkcja działa zaskakująco sprawnie. W czasie mojej nieco ponad 2-godzinnej przygody z Tobym natrafiłem na niewielkie trudności zaledwie kilka razy, a ich źródłem były przede wszystkim kolizje protagonisty z obiektami rozstawionymi na planszach. Z problemami za każdym razem szybko sobie radziłem poprzez wyjście do menu głównego i wznowienie rozgrywki od ostatniego checkpointu, ponieważ, na szczęście, punkty kontrolne usiane są bardzo gęsto.

Dzieło człowieka-orkiestry

Nie ma się jednak co dziwić, że występują różne problemy, albowiem za powstanie tytułu odpowiedzialna była w większości jedna osoba, Lukáš Navrátil. Jest on utalentowanym programistą rodem zza naszej południowej granicy, który nie tylko zaprojektował grę, ale również opracował kod dla swojego konceptu. Efektem jego pracy jest epicka wyprawa Toby’ego – młodego mieszkańca wioski zaatakowanej i splądrowanej przez potężnych pobratymców. Po tym jak najeźdźcy porwali kilkudziesięciu członków społeczności głównego bohatera, w ślad za przerośniętymi grabieżcami podążyła plemienna starszyzna. Gdy i o niej słuch zaginął, nasz mikrus postanowił zakasać rękawy i, podobnie jak poprzednicy, pognać w prawą stronę ekranu.

Kopiuj, wklej?

Zapewne gdyby Toby wiedział, co czeka go za progiem rodzinnej osady, swój plan poddałby solidnej rewizji. Wszelkiej maści przepaście, zapadające się mosty, ukryte pułapki, krwiożercze kreatury oraz szeroki wachlarz mechanicznych narzędzi pozbawiających życia to chleb powszedni w czasie wędrówki głównego bohatera. Ale to już doskonale znamy z Limbo. By przeżyć, nie wystarczy jedynie unikać niebezpieczeństw. Osią rozgrywki są również zagadki. Niestety, próżno w nich szukać finezji oraz skomplikowania z innych tytułów. Wprawdzie kilka, na pierwszy rzut oka, wydaje się być interesującymi, ale cóż z tego, jeśli większość ogranicza się jednak do przełączenia dźwigni, znalezienia klucza, przepchnięcia platformy czy też odkrycia przejścia ukrytego w mroku. Na domiar złego, w czasie niektórych sekcji logicznych towarzyszy nam presja czasu, czy to w postaci zmierzającej ku nam ściany z kolcami, czy też konieczności precyzyjnego przełączenia wajchy podczas szaleńczej jazdy kopalnianym wagonikiem. Może to w kilku momentach być co najmniej frustrujące, głównie za sprawą nie do końca responsywnego sterowania. Irytujące również bywają niektóre mechaniki pułapek. Bez ich dokładnego poznania może nas czekać kilkukrotne powtarzanie danego fragmentu. Poza tym reszta jest kalką produktu zespołu Playdead. Tytuł jest więc mroczny, a momentami również brutalny, a naszej wędrówce towarzyszą nieustanne zgony. Jak wynikało z licznika zawartego w grze, zaliczyłem ich w trakcie pierwszego przejścia prawie 300.

Kolor robi różnicę

Mimo ewidentnej inspiracji Limbo (od czego zresztą twórca gry się nie odcina), Toby: The Secret Mine posiada kilka elementów dzielących obie pozycje. W trakcie rozgrywki na każdej planszy przyjdzie nam uwalniać porwanych ziomków, którzy zostali umieszczeni w wiszących klatkach. Brak tu więc wyraźnego poczucia obcości towarzyszącego nam w Limbo, które w połączeniu z jego estetyką wprowadzało gracza w grobowy nastrój. Tutaj jest nieco radośniej, za co odpowiada również żywsze udźwiękowienie oraz zastosowanie kolorystyki zaskakującej jak na grę w założeniach ponurą. Tym zabiegiem autorowi świetnie udało się dodać tytułowi nie tylko elementu różnorodności, ale również nadać mu własną tożsamość. Świetny i dobrze przemyślany pomysł.

Krótka przygoda, krótka recenzja

I tym sposobem dobrnęliśmy do podsumowania tej niezbyt opasłej recenzji. Jak już wspomniałem, Toby: The Secret Mine to przede wszystkim króciutka gra – zawarte w niej 21 leveli pęka w ok. dwie godzinki. I raczej tylko próba wydostania na wolność wszystkich towarzyszy może zachęcać do powtórnego zanurzenia się w rozgrywce. Mimo że tytuł pod wieloma aspektami przypomina Limbo, to w żadnym z nich nawet nie zbliża się do dzieła Duńczyków z Playdead. Nie oznacza to jednak, że jego twórcy nie należą się brawa. To nadal całkiem przyzwoita gra do popykania w dwa wieczorki. Nie wyryje się pamięci tak jak tytuł, który naśladuje, ale też zwykle kosztuje ułamek tego, co jego wzorzec. Wszystko dlatego, że regularnie ląduje na promocjach, dzięki czemu bez większych problemów możemy go upolować za równowartość… tabliczki czekolady. Za taką cenę zdecydowanie polecamy, jednocześnie zastrzegając, że za pełną kwotę można znaleźć ciekawsze propozycje.


Polecamy!


Producent: Lukas Navratil
Wydawca: Headup Games
Data wydania: 9 sierpnia 2018 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 293 MB
Cena: 40 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.