R-Type Final 2

Kickstarter i wskrzeszanie klasyków, szczególnie po zawodzie sprawionym przez Shenmue III, raczej nie wywołuje we mnie ciepłych skojarzeń. Dlatego z przysłowiową duszą na ramieniu podszedłem do R-Type Final 2 – powstałej za 2 mln dolarów współczesnej reinkarnacji niekwestionowanego, moim zdaniem, króla side-scrollingowych shooterów.

Nie bez znaczenia jest również fakt, że do pierwowzoru japońskiej strzelanki mam szczególny sentyment. Oryginalny R-Type była pierwszą grą, która zawitała na moim Game Boyu Color w okolicach przełomu wieków. Mimo przyrostka DX w tytule, gra poza nadaniem barw oraz zawarciem dwóch części na jednym kartridżu nie różniła się w ogóle od protoplasty pamiętającego jeszcze lata osiemdziesiąte. Ilość kompletów baterii, które wówczas zużyłem na naukę kolejnych sekwencji pojawiania się wrogów liczona była w wielu dziesiątkach, jeśli nie w setkach. Strach przed uwspółcześnionym R-Type był więc podwójny. Na szczęście okazał się zupełnie niepotrzebny, i to również podwójnie. Po pierwsze dlatego, że produkcja zawiera sporo nowinek względem oryginału, po drugie zaś jest mu wierna w najważniejszych aspektach.

Zacznijmy nietypowo, bo od nowości. Większość z nich sklasyfikować możemy jako próbę dostosowania gry do współczesnych wymagań graczy. Tytuł więc rozpoczyna się efektownym intrem, po którym przystępujemy do wyboru naszego protagonisty oraz wyselekcjonowania używanych przez niego statków kosmicznych. O ile bohater jest kwestią bez znaczenia, o tyle wybór pojazdu już nie. Wszystko dlatego, że poszczególne jednostki różnią się uzbrojeniem. Warto więc udać się na podbicie kosmosu każdym z nich chociaż po jednym razie. Pozwoli to poznać ich słabsze i mocniejsze strony, a następnie wybierać statek najlepiej pasujący do naszego stylu gry bądź też konkretnego levelu. Po kilkunastu godzinach spędzonych z R-Type Final 2 śmiem nawet twierdzić, że będzie to wiedza wręcz niezbędna do tego, by chociaż pomarzyć o ujrzeniu napisów końcowych. Współczesnym graczom dedykowany jest również zaimplementowany w tytule sklep, w którym za zdobyte w grze punkty zakupić możemy kolejne elementy służące do personalizacji statku. To również jest oczywiście tylko kwestia wizualna, ale w fajny sposób urozmaica ona produkcję oraz daje wytchnienie pomiędzy kolejnymi bojami o podbój kosmosu. Z elementów stricte dodatkowych warto wymienić jeszcze na pewno galerię grafik, a także encyklopedię zawartych w grze przeciwników.

Jak już sygnalizowałem, podstawy gry pozostały niezmienne względem ponad 30-letniego oryginału. W dalszym ciągu tytuł podzielony jest na levele, a każdy z nich kończy się walką z bossem. Jeśli idzie o etapy to do ich różnorodności nie można mieć zastrzeżeń. Nieco gorzej jest z bossami – mam tu na myśli zarówno ich design, jak i stopień ich trudności. W obu przypadkach wskazać możemy na sporą nierówność, przez co na końcu jednego poziomu możemy spotkać fantastycznie wykreowanego oraz prostego jak barszcz niemilca. W finale innego czekać na nas będzie zaś niepozornie zaprojektowany szefunio, który zadba o solidną dostawę siwych włosów na naszej głowie. Szczególnie nieciekawie robi się, gdy w wyniku utraty życia stracimy dodatkowe uzbrojenie. Spróbujcie pokonać, nawet na średnim poziomie trudności, końcowego przeciwnika z trzeciej planszy bez upgradu strzelającego do tytułu – powodzenia! Skoro już do tablicy wywołałem zgony to muszę nadmienić, iż uświadcza się ich bardzo często. Jako shmupowy weteran (a przynajmniej tak mi się wydawało…) zacząłem z grubej rury, czyli od… NORMALA. Dość szybko swoje pierwotne założenie zrewidowałem i powtórne podejście zacząłem na poziomie określonym jako KIDS. Niestety, również wówczas szło mi co najwyżej przeciętnie, przez co ostatecznie grę przeszedłem na najniższym poziomie PRACTICE. A i tak jestem z siebie mega dumny!

Wysoki poziom trudności od zawsze był jednak wizytówką R-Type. Podobnie jak obowiązkowa dla tej serii eksterminacja wrogów z dwóch typów broni zamontowanych na naszym statku – szybkostrzelnej, ale o mniejszej sile rażenia oraz wymagającego uprzedniego naładowania potężnego działa. Zgodnie z oryginałem, nasz ostrzał wspomaga kompan w postaci dodatkowej broni zwanej Force. Gdy jest szczepiona z naszym pojazdem to może ona zwiększać moc wypluwanych pocisków oraz rozszerzać możliwości działek o np. strzelanie pod kątem lub do tyłu, gdy zaś zdecydujemy się ją rozłączyć rozpoczyna prowadzenie samodzielnej wymiany ognia z przeciwnikiem. Rodzaj wystrzeliwanych pocisków zależy oczywiście od zdobywanych w trakcie walk power upów, które – jak już zaznaczałem wcześniej, bywają na wagę złota.

Słów kilka należy się warstwie wizualnej. Oparta na Unreal Engine grafika jest bardzo efektowna. Towarzysząca kosmicznym pojedynkom feeria barw połączona ze świetną grą świetlną w trakcie wszelkiej maści eksplozji robi świetne wrażenie, szczególnie na małym ekranie Switcha Lite. O poziom wyżej stoi elektroniczna muzyka, która zdaje się być skomponowana co do taktu z tym co się dzieje na ekranie. W chwilach spokojnego lotu potrafi wprowadzić wręcz błogi nastrój, zaś w trakcie dynamicznych starć z bossami solidnie zagrzewa do boju. Przyczepić się można za to do płynności rozgrywki. Nie jestem w stanie oczywiście zmierzyć ilości klatek wyświetlanych na ekranie, ale czuć niestety, że mogłoby to wszystko śmigać ciut szybciej. Dramatu jednak nie ma nawet w trakcie najbardziej skomplikowanych akrobacji naszym kosmicznym myśliwcem. Na plus zaliczyć można również zadbanie przez developerów o to, byśmy zwyczajnie mieli co w grze robić. Wiadomym jest, że gatunek ten po osiągnięciu wprawy nie przykuje nas ponownie na kilkanaście godzin do ekranu. Ale na kolejnych kilka już jak najbardziej, a wszystko dlatego, że gra zawiera aż 3 zakończenia, zaś każde kolejne podejście do jej zaliczenia będzie inne ze względu na algorytm dostosowujący rozgrywkę do naszych wyników oraz stylu gry. Bardzo fajny element, który mnie na przykład obdarował dodatkowymi kontynuacjami, bez których pewnie bym do creditsów nie dobił…

Podsumowując, R-Type Final 2 to świetny kawałek kodu, ale… chyba tylko dla takich starych koni jak ja. Czyli dla graczy, którym nie przeszkadzają jednostajna rozgrywka, permanentne zgony oraz mozolne parcie do przodu po trudach i znojach. Grającej młodzieży polecam najpierw sprawdzić dostępne w eShopie demo, tym bardziej, że tytuł do tanich nie należy. Nie dajcie się też zwieść dzisiejszej oprawie oraz kilku współczesnym elementom, które w tę strzelankę zaimplementowano. Ta gra to rasowy oldskul i dlatego też pozostaje królem tego gatunku… Bo miano królowej od dawna zarezerwowane jest dla Ikarugi!


Polecamy!


Serdecznie dziękujemy NIS America
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Granzella
Wydawca: NIS America
Data wydania: 30 kwietnia 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa oraz fizyczna
Waga: 8 GB
Cena: 160 PLN


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.