Nintendo nie musi wydawać miliardów na przejęcia – co nie znaczy, że tego nie zrobi.

Pieniądze są po to, aby je wydawać.

Mamy marzec, a w 2022 branża ma za sobą już trzy ogromne przejęcia. Microsoft kupuje Activision Blizzard za $69 mld, Take-Two kupuje Zyngę za $12,7 mld, a Sony zdobyło Bungie za $3,6 mld. Ten rok już przeszedł do historii, a gracze tradycyjnie kłócą się o to kto powinien teraz kupić kogo, aby usprawiedliwić sobie zakup konsoli od jednej bezdusznej korporacji zamiast od innej.

No i gdzieś tam w tych dyskusjach między twitterowymi specjalistami od inwestowania pojawia się od czasu do czasu też kwestia Nintendo. Firma czasami jest opisywana jako przyczajony w trawie tygrys szykujący się do ataku, a czasami jako dzieciak oglądający całe zamieszanie z drugiego końca podwórka i zajadający się tubką kleju.

Historycznie Nintendo nie jest raczej firmą często wykupującą deweloperów. Na początku XXI wieku oddali Rare Microsoftowi (choć studio w pierwszej kolejności złożyło propozycję Nintendo) i kupili Retro Studios, które powstała z inicjatywy samego Nintendo. Potem w 2007 przejęli Monolith Soft z rąk Bandai Namco, a ostatnim głośnym zakupem było Next Level Games w 2021 roku. Od czasu do czasu mieliśmy też wykupywanie znacznych udziałów w takich firmach jak 1-UP, ND Cube czy iQue, ale we wszystkich tych przypadkach Nintendo już wcześniej posiadało większościowe udziały we wspieranych firmach.

Nintendo w przeszłości nie patrzyło więc przychylnie na przejmowanie producentów 3rd party – właściwie nic się pod tym względem nie zmieniło. Zamiast tego korporacja starała się raczej kultywować dobre relacje partnerskie i zlecać wybrane projekty zewnętrznym producentom. Bandai Namco jest w dużej części odpowiedzialne za Smasha 4 i Ultimate oraz nowe Pokemon Snap (plotkowało się również, że to oni pracowali nad Metroid Prime 4 przed resetem). Koei Tecmo przygotowało dwie części Hyrule Warriors, Fire Emblem: Three Houses, Fire Emblem Warriors, Buddy Mission BOND i Marvel Ultimate Alliance 3. Ubisoft robi swoje cross-overy Mario z Kórlikami. Square Enix co jakiś czas dostarcza tymczasowo ekskluzywne jRPG-i, a PlatinumGames wyprodukowało przy wsparciu Nintendo Wonderful 101, dwie części Bayonetty i Astral Chain, pomogło też przy Star Fox Zero. MercurySteam zrobiło dwa ostatnie Metroidy. Dodatkowo mamy też przypadki takich deweloperów jak Camelot, Game Freak, Good-Feel, Intelligent Systems, HAL Laboratory czy Sora. Studia te technicznie nie należą do Nintendo, a mimo to pracują niemal wyłącznie nad grami ekskluzywnymi dla platform firmy.

Jeszcze przed wykupieniem, Monolith Soft wydało na świat dwie części Baten Kaitos na GameCube’a oraz Xenosaga I & II na Nintendo DS. Studio od początku mogło się pochwalić dobrymi relacjami z Nintendo.

Nintendo ma więc bardzo rozległą sieć relacji, w której znajdują się zarówno studia 1st party jak i 3rd party. Strategia wydawnicza Nintendo znacząco różni się bowiem od tej w Sony czy Microsoft. Sony produkuje gry ekskluzywne, aby zachęcić graczy do zakupu PlayStation i włączyć ich do swojego ekosystemu. Olbrzymi blockbustery pokroju The Last of Us Part II czy God of War mają raczej niewielkie szanse na zwrot kosztów produkcyjnych z samej sprzedaży, ale zachęceni wysokimi ocenami i imponującą grafiką gracze przechodzą do obozu Sony, dzięki czemu Sony zarabia na wysokich prowizjach ze sprzedaży gier 3rd party i subskrypcjach takich jak PlayStation Plus. Microsoft do niedawna funkcjonował na podobnej zasadzie, ale oczywiście zmieniło się to z nadejściem Game Passa.

Nintendo działa w zupełnie inny sposób i zarabia zarówno na sprzedaży samych konsol jak i wydawanych przez siebie gier. Tytuły 1st party nie schodzą ze standardowej ceny $60, a mimo to nawet kilka lat po premierze wykręcają wyniki, których nie powstydziłyby się zupełnie nowe tytuły. Dlatego gdy takie Sony wydaje zwykle 5-6 gier rocznie, Nintendo przynajmniej raz w miesiącu może się pochwalić premierą jakiegoś kalibru – zupełnie nową częścią ukochanej marki, dzieckiem współpracy z innym wydawcą czy (w końcu) portem/remasterem wcześniej wydanej gry.

Problem w tym, że nawet pomimo ogromnego sukcesu Switcha i dobrych struktur deweloperskich, przez ostatnie pięć lat wciąż zdarzały się sezony posuchy w kalendarzu wydawniczym – mowa szczególnie o 2018 i 2020 roku. Firma miała jednak w rękawie asa – WiiU.

Porty tytułów z poprzedniej platformy Nintendo były wymarzonym sposobem na zapełnienie pustek. Po pierwsze, przez bardzo małą popularność WiiU praktycznie nikt poza największymi fanami marki nie miał okazji się zapoznać z tą biblioteką. Po drugie, dzięki relatywnie niewielkiej różnicy mocy między Switchem a WiiU większość portów nie odbiegała jakością graficzną od gier tworzonych ekskluzywnie dla Switcha. Mniej obeznanemu konsumentowi na spokojnie można wmówić, że taki Mario Kart 8 lub Donkey Kong Country: Tropical Freeze to gry projektowane z myślą o Switchu.

Niestety (dla Nintendo) to źródło już niemal zupełnie wyschło. Z oczywistych tytułów czekających na konwersję zostały tak naprawdę tylko Xenoblade Chronicles X oraz remastery Zeldy. Jeśli Nintendo postanowi rozkopać grób WiiU do końca, może zobaczymy też porty Star Fox Zero, Yoshi’s Woolly World, Kirby and the Rainbow Paintbrush i Paper Mario Color Splash.

Oczywiście pozostaje jeszcze ogromna biblioteka gier z poprzednich konsol. Nawet jeśli Nintendo zdecydowałoby się obrać ten kierunek, musiałoby przeznaczyć więcej zasobów na przystosowanie gier z Wii i GC pod dzisiejsze standardy. Modernizacja sterowania, poprawa wydajności, odświeżenie tekstur – to nie to samo co podbicie rozdzielczości w New Super Mario Bros. U do 1080p. Niezależnie od obranego kierunku, jeśli Nintendo przez następne lata nadal chce wypuszczać na rynek nowe gry w niewielkich odstępach czasowych tak jak do tej pory, potrzebują dodatkowej siły przerobowej. Prościej mówiąc – większej ilości pracowników.

I firmę na to zdecydowanie stać, co zresztą przyznał sam Shuntaro Furukawa. Oczywiście w pierwszej kolejności prezes chciałby rozszerzyć rozmiar wewnętrznych zespołów Nintendo, co jest naturalnym i zrozumiałym krokiem. Jednocześnie Furukawa nie wyklucza przejęć, chociaż zaznacza jednocześnie, że nie jest zainteresowany bezpośrednią rywalizacją z Sony i Microsoft w walce o “dużych” partnerów.

Furukawie bardziej niż na dużych przejęciach zależy na zabezpieczeniu “DNA Nintendo”.

Konsolidacja branży będzie postępować niezależnie od tego czy mi się to podoba czy nie. Inflacja wzrasta, a korporacje siedzą na olbrzymich kupach pieniędzy, które z każdym rokiem będą tracić na swoje wartości. Jeśli Nintendo prześpi ten sezon zakupowy, za kilka lat mogą się obudzić w nieciekawej sytuacji, gdzie do tej pory lojalni partnerzy znaleźli się w rękach konkurencji.

Czy Nintendo przemierza się do zakupu Bandai Namco lub Ubisoftu? Raczej nie – mówimy o zakupach relatywnie mniejszego kalibru. Ewentualne inwestycje Nintendo w tym aspekcie sprowadzałyby się prawdopodobnie jedynie do przejęcia pojedynczych studiów już mających doświadczenie we współpracy z Kioto lub dobrze prosperujących młodych zespołów. Pierwsze przejęcie mamy właściwie już za nami – Nintendo zakupiło SRD. Lojalnego od ponad 40 lat dewelopera, który pomógł przekroczyć linię mety ponad 100 projektom na konsole Japończyków. Moim zdaniem na tym się nie skończy.

W listopadzie Furukawa ujawnił przed inwestorami, że Nintendo planuje wydać nawet 100 miliardów jenów na wzmocnienie swojego sektora odpowiedzialnego za tworzenie oprogramowania. Ciężko uwierzyć, aby ten ogromny budżet był zarezerwowany wyłącznie na rozbudowę samego EPD. Nie jestem na tyle odważny, aby wskazywać palcem na konkretne studia, ale myślę, że w trwającym roku fiskalnym Nintendo może zaskoczyć całą branżę.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.