Fallen Legion Revenants

Jak wady zamienić w zalety. I na odwrót.

Pięć lat temu Arst opisywał Wam, jak małe studio zajmujące się grami logicznymi postanowiło zrobić RPGa. Pół dekady w gamingu to szmat czasu, sprawdźmy więc, czy formuła serii nadal się sprawdza.

Główne założenia systemu walki właściwie zmieniły się kosmetycznie. Nadal mamy lewitującego maga który nie bierze udziału w bezpośredniej walce, i trzech towarzyszy, którzy zbierają na siebie cięgi, ale też regularnie biją przeciwników zwykłymi atakami. Wykonując bloki i ataki ładujemy pasek specjalny, który pozwala na rzucanie czarów i umiejętności które pozycjonują przeciwników na planszy, niektóre spelle bowiem mają określony zasięg.

Zmieniła się oczywiście fabuła, która w tym momencie biegnie dwutorowo. Jako Rowena, będąc już niestety duchem, staramy się uratować swoje dziecko uwięzione przez złego Ivora – trzymającego władzę w latającym zamku. Ta część to głównie część bitewna – a więc postacie same przemierzają krainę, a my kontrolę przejmujemy w momentach walki. Zupełnie inaczej sprawa wygląda, gdy gramy jako Lucien – polityk zasiadający w radzie wspomnianego zamku – tutaj walki nie zaznamy, wplączemy się jednak w intrygi. Wbrew pozorom to dużo trudniejsza część gry – musimy pamiętać, o czym rozmawialiśmy z konkretnymi osobami, jakie obietnice złożyliśmy, kto nas lubi, a kto niekoniecznie. To też bardzo fajne miejsce, jeśli chodzi o przedstawienie świata – widzimy z jakimi problemami zmagają się ludzie w obliczu apokalipsy – rzeczy dla nas tak oczywiste, jak dostawa wody tutaj są przedmiotem sporów i dyskusji. Jedyny minus części Luciena to dość niejasny motyw działań i jego cele – czyli zupełnie odwrotnie niż u Roweny, która o swoim dziecku wspomina cztery razy na kwadrans.

Walka natomiast bardzo szybko staje się nużąca i nieczytelna. Paski zdrowia przeniesiono na sam dół ekranu, przez co kontrolować sytuację jest dużo trudniej. Fakt, że mamy trzech podopiecznych, których używamy do walki, nie pomaga – bardzo często albo czekamy aż nasze ataki się odnowią, albo wręcz naładowały się w całości i nie są wykorzystywane. Bardzo szybko więc przestałem się przejmować nimi i zacząłem mashować przyciski. W większości przypadków działało, czasem tylko powstrzymywałem się, czekając na blok. Rozwój postaci odbywa się poprzez zmianę uzbrojenia i uzyskiwanie “mistrzostwa” w danej dziedzinie – każda postać ma postawione cele, które. jeśli zostaną wykonane. dają pasywny boost. Gdy się na tym skupimy, to faktycznie ułatwia to rozgrywkę, ale przez całą grę nie miałem wcale poczucia progresu, jeśli chodzi o siłę bohaterów.

To, co robiło wrażenie na Vicie, na Switchu już trochę trąci myszką, szczególnie jeśli podepniemy konsolę do docka. Grafika sama w sobie nie jest zła, nie ma też mowy o spadkach klatkażu, same animacje natomiast są dość drętwe. Do Dragon’s Crown jest bardzo daleko, a ukazała się już 9 lat temu…

Niestety, moim zdaniem warstwa RPG jest zbyt nużąca i bezmyślna, by zaangażować gracza. Z historią jest już lepiej, chociaż wymaga znakomitej znajomości angielskiego i dobrej pamięci – do tej gry nie wrócicie po dwóch tygodniach przerwy w graniu. Jeśli podobała Wam się poprzednia część z Vity lub wydane także na Switchu Fallen Legion: Rise to Glory – bierzcie śmiało. Reszcie w przypadku zainteresowania polecam pobrać demo z eShopu – do mnie ten system walki nie przemawia, ale Wy może złapiecie bakcyla.


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy NIS America
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: YummyYummyTummy
Wydawca:  NIS America
Data wydania: 26 lutego 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa i pudełkowa
Waga: 1,7 GB
Cena: 160 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.