The Bridge Curse 2: The Extrication

Niby klątwa mostu, ale to nawiedzona winda będzie spędzać graczom sen z powiek.

The Bridge Curse 2: The Extrication to tajwański horror, który należy do ginącego w dzisiejszych czasach gatunku growych adaptacji filmu. Naturalnie poprzednik, The Bridge Curse: Road to Salvation, również nawiązywał do filmu i nie był w pełni wiernym przełożeniem fabuły, ale zachowane zostały pewne kluczowe motywy, jak demoniczne, architektoniczne feng shui nawiedzające uniwersytet. W drugiej części w porachunki z duchami wplątują się nie dzieciaki tworzące własną zabawę, ale członkowie klubu filmowego, co jest w sumie całkiem ironiczne. Dzieło to nie należy do pierwszoligowych czy chociażby wysmakowanych horrorów, w jednym rzędzie stojąc z proponowanymi przez IMDB podobnymi pozycjami: The Rope Curse 1-3 oraz Przeklętym wieżowcem. Pamiętam jednak, że do moich ulubionych zeszłorocznych filmów grozy należał brzmiący także niezbyt ambitnie indonezyjski film Słudzy Diabła 2: Wspólnota, więc z chęcią zapoznałam się z Klątwą Mostu.

Sprawą, od której wszystko się zaczyna, jest tajemnicze zaginięcie Huang Ting-Ting. Wiele lat wcześniej rozpłynęła się w nicości po późnonocnej przejażdżce windą, która podobno zabrała ją na nieistniejące, przeklęte piętro B3. Historia zaczęła żyć własnym życiem jako studencka opowiastka grozy, lecz okazuje się, że miejska legenda ma w sobie wiele prawdy, którą chce odkryć zamieszana już wcześniej w paranormalne tematy dziennikarka oraz trójka przyjaciół nagrywająca o niej krótkometrażówkę. Nie dość, że słono tego pożałują, to jeszcze nieszczęsna Huang Ting-Ting nie jest jedynym duchem, który nie potrafi znaleźć spoczynku w szkolnych murach… Historia podzielona jest na pięć rozdziałów, w których wcielimy się w cztery różne postaci. Zaczynamy od dziennikarki, potem sterujemy absolutnie przerażonym zaistniałą sytuacją reżyserem oraz dwoma pozostałymi jego uczestnikami: A-Hai wcielającą się w zmarłą dziewczynę i Doca, którego nadnaturalna zabawa bawi aż za bardzo.

Ze względu na przyjętą konwencję, The Bridge Curse 2: The Extrication dużo czasu poświęca na interakcje między postaciami oraz rozmaite cutscenki, także o charakterze komediowym. To było całkiem odświeżające, ponieważ kontrast między lekkimi nastrojowo i strasznymi momentami pozwala utrzymać napięcie, a do tego urzeczywistnia i pogłębia charaktery poszczególnych bohaterów. Przerywników filmowych jest niestety dość dużo i często rozbijają horrorowy gameplay. Schemat jest zawsze dość podobny: cutscenka na wprowadzenie -> pół godzinki przygodówkowego łażenia czyli szukania i rozwiązywania zagadek -> cutscenka o tym, że zaczyna robić się strasznie -> sekwencja chowania się lub uciekania przed duchem -> cutscenka z rozwiązaniem fabularnym/wyciszeniem. Nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo, bo sceny są zrealizowane w klimatyczny i angażujący sposób, ale w przynajmniej kilku momentach wydarzenia wypadłyby straszniej, gdyby kontrolę oddać graczowi.

Każdy z rozdziałów jest trochę inny pod względem rozgrywki, ale jednocześnie niewystarczająco, by faktycznie się wyróżniać. Całkiem dobrze wypada to w pierwszych trzech aktach, gdzie pierwszy, wprowadzający, zaczyna się od włamywania się do budynku uniwersytetu i unikania ochroniarza (miałam tu flashbacki z White Day: The Labyrinth Called School). Dopiero pod jego koniec poznajemy mroczne oblicze szkoły i mechanikę Latarni Duszy pozwalającej rozproszyć mroczną energię i raz uratować się przed zabójczym atakiem ducha (do czasu ponownego naładowania się mocy). Drugi akt, gdzie sterujemy Richiem, jest zdecydowanie najsilniejszym punktem programu, zwłaszcza że paniczne reakcje bohatera udzielały się także i mi. W trakcie całej części przygodówkowo-eksploracyjnej podążamy za złośliwym duszkiem, który każe nam grać w liczne „gry” (na szczęście nie takie jak w serii Piła) i odkrywamy poboczną historię zrozpaczonej baletnicy, która nigdy nie będzie tak dobra jak jej siostra. Pojedynek z nią jest wariacją na temat dziecięcej zabawy „1, 2, 3, baba jaga patrzy”, co ma bardzo sensowne uzasadnienie: mściwy duch wścieka się, gdy ktoś próbuje skraść jej światło reflektorów, więc można poruszać się tylko, gdy jest ona daleko od nas. Kolejny akt, związany z postacią A-hai, również wnosi coś do intrygi i rozgrywki, pokazując równoległą wersję wydarzeń zaprezentowanych w poprzednim rozdziale i budując obraz surrealistycznej, labiryntowej szkoły, w której przeplatają się sprawy duchów i ludzi. Kolejne akty raczej nie wnoszą już nic nowego (nie zliczę, ile razy dostawałam polecenie znajdź swoich przyjaciół…) poza rozbudowywaniem dość zawiłej, okultystycznej tajemnicy.

Podział na rozdziały potęguje niespójność gameplayu. W pierwszym rozdziale możemy korzystać z telefonu i jesteśmy informowani, żeby to robić, a w rzeczywistości sprzęt przestaje być przydatny po pierwszym kwadransie gry. Gdy twórcy wprowadzają Latarnię Duszy,  to tylko po to, byśmy przez kolejne dwie godziny jej nie widzieli, a później nagle zorientowali się, że jest kluczowym elementem decydującym o zakończeniu. Początek gry oraz zamieszczane przez deweloperów wskazówki silnie sugerują, że gra ma się skupiać na skradaniu, ale większość intensywnych, horrorowych scen polega raczej na uciekaniu na ślepo, a nie subtelnym przemykaniu obok duchów. Z kolei w częściach eksploracyjnych nie ma żadnego zagrożenia, więc nie ma jak się martwić, że straszydło nas zauważy. Mam przez to wrażenie, jakby twórcy nie do końca wiedzieli, jaki jest pomysł na tę grę, przez co ostatecznie żadna z mechanik nie jest wystarczająco rozwinięta. Podoba mi się jednak wykorzystanie elementów skradankowych, zwłaszcza kucania i przeciskania się pod biurkami czy przez dziury w ścianach – lęk przed tym, czy zdążymy się ukryć, niepokój, czy tam czeka nas dalsza droga, czy ślepa uliczka… są przekonujące i sugestywne.

Nie podoba mi się za bardzo oprawa graficzna The Bridge Curse 2: The Extrication. Jest do bólu przeciętna, zalicza wszystkie elementy standardowej horrorowej ikonografii, do tego jeszcze zdowngrade’owanej do możliwości Switcha. Straszydła potrafią wyglądać dość ciekawie, ale głównie straszą swoją kanciastością. Przeraża mnie też to, jak można ciągle tworzyć nudne, ciemne, nijakie korytarze, zamiast wysilić się chociaż trochę, aby odróżnić się od masy innych horrorów. Za to pozytywnie potrafi zaskoczyć ścieżka dźwiękowa, mającą swoje niezapomniane momenty (jak wspomniana walka z baleriną) oraz opętańczo chwytliwe melodie łączące strach z melancholią, jak w najlepszych soundtrackach grozy. Bardzo przeszkadzają niektóre problemy techniczne, zwłaszcza ładowanie, które potrafi zająć tyle czasu, co niegdyś memiczne reklamy Polsatu. Szybka kontynuacja rozgrywki po porażce nigdy nie jest szybka. W trakcie grania natknęłam się też na buga, który nie pozwolił mi wejść do pomieszczenia, gdzie musiałam wejść, ale na szczęście aktualizacja wszystko naprawiła.

The Bridge Curse 2: The Extrication można polecić, ale z dużą ostrożnością. To całkiem niezła propozycja na halloweenowy wieczór, która zapewni pięć godzin „filmowej” przygody z rozbudowaną intrygą i pomysłowymi momentami grozy. Niestety gra cierpi na okrutną liniowość (twórcy nawet nie próbują pisać, że ojej, drzwi są zamknięte albo ojej, za tymi drzwiami jest tak mrocznie że nie można tam wejść, tylko pojawia się komunikat, że na razie nie można zrobić tej akcji), długie czasy ładowania oraz niedostatki w projektowaniu horrorowego gameplayu. Mimo tych niedostatków spróbować można.


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy PQube
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: SOFTSTAR
Wydawca:  PQube
Data wydania: 24. października 2024 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 6 GB
Cena: 93,20 PLN
Platformy:
Nintendo Switch, PC, PlayStationc 5, PlayStation 4, Xbox One, Xbox Series X/S

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *