Mario Tennis Fever

Skok na kasę, który działa tylko dlatego, że Nintendo to spece od wywoływania czystej frajdy.

Mario Tennis swoje przybycie ogłasza raz na generację konsol i potem już zostaje, by sprawować kadencję przez kolejne lata. Po ogólnie udanym i dobrze przyjętym mechanicznie Aces przychodzi Fever, który za swoją główną mechanikę obiera trikowe rakiety wywołujące prawdziwy chaos na korcie. Podstawy są zbliżone: gałki odpowiadają za poruszanie się oraz nakierowanie rakiety, zaś poszczególne przyciski za rodzaj odbicia. Mamy do dyspozycji prosty topsin, zakręcony slice, mocny i silny flat oraz dwie bardziej złożone techniki: wysoki i zakrzywiony lob oraz krótki drop shot (tzw. piłka zmyłka). Im wyżej odbijemy, tym szybciej poleci piłka, za to jeśli przystaniemy na chwilę, by przygotować swoją ripostę, możemy uderzyć z niezłą petą. Naładowanie sobie paska mocy pozwala na „Fever Shot” i jest specjalny z dwóch powodów: po pierwsze, umożliwia zdecydowanie precyzyjniejsze celowanie; po drugie, wystarczy tylko mieć odpowiednią rakietę, by rozpętać na korcie piekło. Albo powódź bananów. Albo postawić wulkan. Albo zamrozić murawę. Albo zrobić z kortu Woodstock. I tak dalej, i tak dalej…

Główny gameplay loop potrafi być diabelnie wciągający, nawet jeśli znacząca część zawartości dla pojedynczego gracza wydaje się być do ogrania przez przeciętnego 4-latka (gdyby ten umiał czytać po angielsku). Każda z postaci ma swój zasięg, siłę, szybkość i kontrolę oraz ulubiony styl gry, co jest wyraźnie odczuwalne w sterowaniu nią. Nie da się polegać jedynie na specjalnych umiejętnościach rakiety, ale umiejętne ich dobranie do bohatera ma niebagatelne znaczenie, tym bardziej podczas doubli, gdzie specjalne rakiety mogą tworzyć potężne synergie. Raz mój kumpel rzekł o tym – „Moja błotna rakieta daje im pasywnego debuffa i przydaje się trochę direct damage’u z twojej” (podczas prób rozgramiania przeciwników Toadem i Toadette i ich bardzo krótkimi rączkami). Rozgrywka potrafi być niespodziewanie agresywna – to chyba jedyny wariant tego sportu, w którym za znokautowanie przeciwnika zamiast czerwonej kartki dostajemy punkty. Pasek życia kurczy się nieubłaganie, a po jego wyczerpaniu odczuwamy chwilowe wyczerpanie. Zabawa kanapowa jest fantastyczna, a na ostatnim poziomie trudności mistrzostw faktycznie można się zmachać. Szkoda tylko, że solowy uczestnik nie ma za bardzo czego tu szukać…

Kampania Mario Tennis Fever jest krótka i rozczarowująca – to załatwmy od razu. A szkoda, bo do jej opowiedzenia zaprzęgnięto naprawdę piękny silnik graficzny, co stawia cutscenki z Mario Tennis Fever w jednym rzędzie z kinowymi Pixarami (trochę przesadziłam, ale niedużo). Początek zapowiada stosunkowo zabawną przygodę – Mario i ekipa szukają lekarstwa na tajemniczą chorobę. Ich podróż przerywa „przyjazna interwencja” ze strony Wario i Waluigiego, w rezultacie której wszyscy zmieniają się w małe, tenisowe bobaski (nie chcę wiedzieć, co ciemne zakątki internetu z tym zrobią…). Tak oto trafiają do akademii tenisowej, w której przygotowują się do wyprawy w celu odzyskania swojej formy. Niestety, na pięć godzin kampanii połowę spędzimy w tejże akademii, która jest boleśnie rozciągniętym tutorialem, pełnym nudnych minigierek i pozbawionych emocji starć… Dodatkowo, choć sama akademia wygląda dość uroczo, jak miniaturowe miasteczko, to próżno szukać w niej smaczku czy dodatkowego kontentu, a wszystkie dialogi odnoszą się do straszliwie nudnej nauki tenisa. Późniejsza przygoda, rozgrywająca się w różnych środowiskach – na morzu, bagnach, w lodowej komnacie czy jaskini – jest już naprawdę udana, ma zaimplementowane zarówno tenisowe starcia z bossami, jak i sprytnie przemyślane minigierki (np. gaszenie pożaru, odbijając bąble z wodą!). Tylko właśnie, zupełnie liniowa i zbyt krótka.

Czas rozgrywki wydłużają inne tryby: znany z innych tytułów Mario typowy turniej z drabinkami, podzielony na trzy poziomy trudności, dostępny w wersji single i double oraz Wieża Wyzwań, która wymaga od graczy ukończenia serii krótkich starć z bardzo specyficznymi zasadami, mając jedynie trzy możliwości porażki, również dostępna w różnych poziomach trudności. Ponadto mamy oczywiście opcję zagrania meczu z regułami ustalanymi przez nas samych, sekcję imprezowych rozmaitości (wyzwania oraz mecze ze zmodyfikowanymi kortami lub zasadami gry) oraz tryb pozwalający na używanie kontrolera ruchowego w meczu. Szczerze, szkoda, że Mario Tennis Fever nie wykorzystuje sterowania ruchowego w większym stopniu, bo aż się o to prosi!

Tak jak wspomniałam, Mario Tennis Fever wygląda bardzo porządnie, chociaż różnica między jakością scenek przerywnikowych, a jakością grafiki w akcji rzuca się w oczy. Najważniejsza jest jednak płynność, a ta jest zachowana bez zarzutu. Dodatkowo, gra ma też trochę smaczków, takich jak oddana w szczegółach publiczność, „telewizyjne” zapowiedzi zawodników przed rozpoczęciem meczu czy powtórki po wbiciu punktu. Niestety, jednym z tych smaczków jest też niesamowicie irytujący komentarz gadającego kwiatka, ale nie można mieć wszystkiego.

Krótko mówiąc, Mario Tennis Fever to dobra zabawa, ale samotnemu graczowi starczy na maksymalnie 10-15 godzin, co jest raczej marnym wynikiem przy cenie produktu, zwłaszcza że część z tego czasu pójdzie na bardzo słabą kampanię. Jako gra imprezowa lub towarzyska będzie sprawdzać się świetnie – ale tu znów nie wiem, czy uzasadnia to taką cenę (zwłaszcza, że chodzą słuchy, że już teraz serwery świecą pustkami).


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy koledze Krowenowi za wypożyczenie egzemplarza recenzenckiego gry
koleżance KotStation, jako że na fali fascynacji squashem zechciała w nią zagrać po zobaczeniu reklamy.


Producent: Xeen, Square Enix
Wydawca: Nintendo
Data wydania: 12 lutego 2026 r.
Dystrybucja: pudełkowa i cyfrowa
Waga: 7,4 GB
Cena: 289 PLN
Platformy: Nintendo Switch 2

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *