Vampire Therapist
Czasami najważniejszą umiejętnością terapeutyczną okazuje się zdolność oswajania dzikich koni.

Vampire Therapist to gra wręcz pod każdym względem stworzona dla mnie. Jej format, wzięta na tapetę profesja, styl wizualny oraz absurdalny humoru idealnie pasują pod mój gust. Już po kilku minutach rozgrywki czułam, że całość fantastycznie mi podejdzie, gdy główny bohater – sympatyczny, zapatrzony w przeszłość kowboj zaczytujący się w Whitmanie – dociera do berlińskiego klubu Immernacht, a przed nim zaczepia go dwójka napalonych gotów, którzy bynajmniej nie mają potrzeby słuchać jego odkryć na temat zniekształceń poznawczych. W tym nocnym przybytku szuka starożytnego wampira Andromachosa, który miałby pomóc mu szerzyć pomoc, będąc jednocześnie jego superwizorem i terapeutą. Przesadzone akcenty, połączenie wysmakowanego humoru z tym kompletnie bezsensownym, a przy tym wplecenie autentycznych rozterek w pozornie przerysowane postaci są wyznacznikiem jakości Vampire Therapist.

Zdawałoby się, że do bólu przesadzony amerykański akcent, przy którym nawet Hollywood lat 40-tych sprawia wrażenie brzmiącego „normalnie”, okrzyki w rodzaju „Niech to diabli!” i nazywanie wszystkich dookoła pastuchami przeszkodzi bohaterowi w karierze terapeuty, a graczowi we wzięciu go na poważnie. A gdzieżby to! Okazuje się, że odrobina prostolinijności to dokładnie to, co trafia w skostniałe wampirze serca zatrzymane w dawnych epokach. Choć wampir ma nieskończenie wiele czasu na zmianę swojej osoby, najwyraźniej bycie świadkiem tak wielu zmian dookoła siebie zupełnie do tego zniechęca. Mnie zaś też było ciężko oprzeć się urokowi Sama, którego bezpretensjonalność i zapał do pomocy innym wampirom przy jednoczesnej odrobinie własnych komplikacji tworzy z niego idealnego głównego bohatera.

W głównej fabule pomożemy czwórce klientów: pochłoniętemu misją stworzenia sztucznej krwi, wypierającemu swoją wampirzą naturę doktorowi; Pierwszej Damie Renesansu (której losy były konsultowane merytorycznie z historykiem); aktorzynie niemogącemu sobie poradzić z odejściem swojej sławy i zmianami w świecie teatru oraz nordyckiej wampirzycy, która we współczesnym świecie odnalazła się… na Twitchu i OnlyFans (sorry, Glitchu i OnlyZealots). Każdy z nich w trakcie pięciu emocjonujących sesji terapeutycznych może nie tyle rozwiąże wszystkie swoje problemy, co przeżyje pewien przełom. Sposób, w jaki bohaterowie wypowiadają się i zachowują jest absolutnie absurdalny, ale jednocześnie ich historie zawierają w sobie szczyptę tragicznych sekretów oraz garść uniwersalnych ludzkich lęków. No i co najważniejsze, ich historie są najzwyczajniej w świecie wciągające, a pomiędzy nimi snuta jest terapia własna bohatera, powoli odkrywającego swoje dawne przewiny i emocjonalne karty. Nie samą psychologią żyje człowiek, więc po godzinach można się rozerwać w klubie, szukając chętnych krwiodawców lub rozgościć się w eleganckiej trumnie z telewizorem. Dzięki temu ta 10-godzinna przygoda grzebiąca w zakamarkach ludzkiej psychiki została przeze mnie połknięta bardzo szybko.

Oprócz tego, że same historie są ciekawe, interesujące jest przełożenie na język gry stylu terapii. Sam i Andromachos są zdecydowanie wyznawcami podejścia poznawczo-behawioralnego, więc zamiast projekcji, przeniesienia i kompleksu Edypa mamy zniekształcenia poznawcze. Początkowo znamy ich tylko garstkę, w miarę upływu czasu poznajemy ich coraz bardziej zniuansowane odsłony – ale zasada pozostaje ta sama. Słysząc cokolwiek podejrzany (o nieracjonalność) fragment monologu pacjenta/klienta, należy go skonfrontować z faktem, że przejawiane przez niego myślenie jest rezultatem naturalnej tendencji umysłu do zakrzywiania rzeczywistości, w związku z czym może warto zatem spojrzeć trochę inaczej. Samodzielnie musimy zidentyfikować zniekształcenie poznawcze, a na późniejszym etapie także wybrać kilka tych, na których będziemy się w danej sesji skupiać. Od naszych umiejętności w dobieraniu ich nie do końca zależy przebieg sesji – tak czy inaczej, jakieś się pojawią, a od złych wyborów „na żywo” uchroni nas zmysł widzenia przyszłości Andromachosa. Gra nie dopuszcza więc możliwości porażki, ale oczywiście wybranie bardziej adekwatnego zestawu pozwala doświadczyć więcej linijek dialogu i bardziej refleksyjnych momentów, więc pewna motywacja do terapeutycznej pracy pozostaje. Z psychologicznego punktu widzenia bardzo podobały mi się momenty, kiedy Sam musiał wyjść poza sztywną ramę oferowaną przez terapię poznawczo-behawioralną i przede wszystkim wykazać się współczuciem: jako najbardziej podstawowym i najbardziej ludzkim narzędziem.

Vampire Therapist obfituje w zawartość. Poza podstawową grą mamy też dwa dodatki: jeden w postaci trzech sesji z Andromachosem, dzięki któremu nareszcie dowiadujemy się o krwawej przeszłość tego potężnego wampira. Drugim dodatkiem jest „Terapia par”, w trakcie której pomożemy pewnej naprawdę trudnej parze rewolucjonistów. Ten dodatek wypadł dla mnie już trochę gorzej, gdyż sama praca jest dość uproszczona: jedna sesja wspólna, po jednej dla każdego, druga sesja wspólna i koniec. Co więcej, przesada wątku pobocznego (festiwal Bacha w mieście i szukanie osoby, która pragnie się na nim mścić) nie ma dotychczasowego uroku gry.
Co jeszcze wyróżnia tę produkcję, to naprawdę wysoki „production value”. Nie tylko możemy podziwiać piękne wampiry i ich równie piękne wnętrza (a właściwie ich domów), ale też słyszeć ich głos: aktorzy wspaniale poradzili sobie z zachowaniem zarówno komediowości, jak i dramatyzmu dialogów. Dużo gorzej poradziła sobie za to… ekipa portująca grę na Nintendo Switch. To pierwsza visual novela, w której miałam do czynienia z tak wieloma problemami technicznymi: gra nieustannie zacinała się, nie pozwalała kliknąć odpowiedniej opcji lub po prostu zmieniała animacje straszliwie wolno. Stare filmy, które można „oglądać” w swojej trumnie, nie odtwarzają się. To sprawia, że pomimo że wydanie na Switcha bardzo pasuje do tej gry i już zawiera w sobie dodatki, które na PC są dodatkowo płatne, prawdopodobnie lepiej będzie wybrać inną platformę.

Krótko mówiąc, Vampire Therapist dostarcza to, co obiecuje – i robi to w naprawdę wyrazistym, słodko-gorzkim stylu, pełnym uroku i zapewniającym rozrywki. Szkoda tylko, że port na Switcha nie jest tak wysokiej jakości jak sama gra.

Serdecznie dziękujemy Ultimate Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry.
Producent: Little Bat Games
Wydawca: Ultimate Games
Data wydania: 17 lutego 2025 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 2.2 GB
Cena: 60 PLN
Platformy: Nintendo Switch, PlayStation 5, PlayStation 4, PC























Najnowsze komentarze