Legacy of Kain: Defiance Remastered

Na koniec recenzji remastera obu części Soul Reavera życzyłem nam, aby też Defiance zostało ponownie wydane. I cyk, oto jest! 

W Legacy of Kain: Defiance grałem z 20 lat temu – akurat dopiero co wyszedł, ja dostałem od rodziców swój pierwszy komputer i nie miałem jeszcze internetu. Kolega z klasy w liceum pochwalił się, że jego brat ma pirata. Długo go namawiałem, żeby zrobił mi kopię, bo miał też nagrywarkę. A jęczał, ile to będzie trwało, bo prędkość zapisu była tylko x2, a płyty były dwie… Ale, w końcu się ugiął, dostarczył i jestem niemal pewny, że omawiana pozycja była moją pierwszą grą na PC. Ogólnie pamiętam z tamtego podejścia tylko tyle, że dobrze się bawiłem i ją przeszedłem. Szkoda, że z bazy danych uciekło mi, jakie miałem wrażenia z gry na klawie i myszy po latach indoktrynacji padowej dzięki Szarakowi. W sumie to, że wtedy za młodu nie kupiłem sobie żadnego kontrolera wpłynęło na to, że poza strzelankami nie wciągnąłem się bardziej w granie na kompie.

Po lewej oryginał, po prawej remasterowany obraz.

Z fabuły kojarzyłem już tylko, że na zmianę sterowało się Kainem i Razielem. Po nie tak dawnym przejściu obu Soul Reaverów dodatkowo nie zdawałem sobie też sprawy, jak bardzo Defiance domyka wątki całej sagi Legacy of Kain. Już chociażby z tego powodu warto sięgnąć po ten tytuł, jeśli jeszcze nie mieliście okazji zagrać w tę pozycję, a macie już za sobą obie solowe wędrówki Raziela. Gdybyście z kolei nie grali w poprzednie części, teoretycznie niewiele stoi na przeszkodzie, by sięgnąć po trzecią odsłonę. W produkcji został zawarty skrót wydarzeń w właściwie całej serii, zarówno z obu Soul Reaverów, jak i obu Blood Omenów. Na początku zostaje nam zaprezentowane szybkie streszczenie, także dla przypomnienia osobom wskakującym do serii po czasie. Dodatkowo w menu znajduje się jeszcze obszerniejszy opis wcześniejszych wydarzeń z czterech gier po całą historię tego świata, a ta jest dość pokrętna i rozległa.

Historia Legacy of Kain: Defiance rozgrywa się po drugiej części Soul Reaver, która nie miała jakiejś konkretnej konkluzji. W związku z tym Crystal Dynamics mogło swobodnie popchnąć dalej protagonistów do szukania odpowiedzi związanych z ich przeznaczeniem, zarówno w kontekście indywidualnym, jak i ich wpływu na przyszłość świata i istot w nim żyjących. Mam jednak wrażenie, że przynajmniej połowa fabuły to powtarzanie już wcześniej nakreślonych wątków, co jest odczuwalne nie tylko w dialogach, ale i lokacjach. Właściwie dopiero od drugiej połowy gry zaczyna wchodzić coś świeższego pod rozwikłanie tajemnic i manipulacji, z jakimi mierzą się Kain i Raziel. Wciąż, jako że to właśnie kreacja świata i jego zawiłości są najciekawszym elementem tej serii, nawet „powtórki” ogląda się z zaciekawieniem. Dodatkowo bardzo dobrze wyszła końcówka gry, gdy los protagonistów ostatecznie się splata. Ale, mimo pozamykania wątków, samo zakończenie znów pozostaje otwarte na możliwość kontynuacji. Co ciekawe, twórcy nawet zaczęli nad nią pracować, ale została anulowana. Jeśli kupi się wydanie delux, obok komiksów do przeczytania będzie też można sprawdzić demo tej nieziszczonej pozycji.

Po lewej oryginał, po prawej remasterowany obraz.

W sumie od razu mogę wspomnieć o dodatkach w wydaniu tańszym, bo omawiane LoK: Defiance Remastered jest w nie niezwykle bogate. O obszernym rozpisaniu lore już wspomniałem. Natomiast można także obejrzeć dużą galerię grafik (część trzeba odblokować, zbierając tomy ksiąg na planszach), są także filmiki z nagrań dubbingu, i poważne, i kilka niepoważnych; koncepty i rendery środowisk, przestawienie twórców czy odtwarzacz muzyki. Zaskoczyła mnie natomiast zakładka „Lost levels”, ponieważ zwykle co najwyżej możemy zobaczyć jakieś grafiki z porzuconych pomysłów. Natomiast tutaj dostaliśmy opcję w nie wejść! Niektóre były już bardziej przygotowane, być może ekipa remasterująca sama coś posklecała, ale rzadko można bezpośrednio w grze zobaczyć takie odrzucone rzeczy i po nich pobiegać. Tak więc pod kątem materiałów dodatkowych już podstawowe wydanie jest niezwykle bogate. Czy warto płacić za demo i komiksy, możecie zdecydować i po ograniu Defiance, ponieważ pakiet delux jest też dostępny osobno.

Po lewej oryginał, po prawej remasterowany obraz.
Można zmieniać wygląd postaci, jeśli znajdzie się odpowiedni tom, ale tylko w opcji remastrowanej. 

Gameplay to zasadniczo bardziej dopracowane mechaniki z Soul Reaver 2. W przypadku walki główne różnice dotyczą prowadzenia postaci. Kain jest wolniejszy, ale nie przekłada się to na siłę. Nie wiem, czy to z powodu prędkości tej postaci, ale jej potyczki, które toczy z mobami, wydają się prostsze. Przede wszystkim Kain wysysa krew ogłuszonych ofiar pozostali wrogowie czekają, aż się pożywi. Dość dziwne rozwiązanie, ponieważ w przypadku Raziela nie ma takich ulg. Zasuszony nieśmiertelny teoretycznie sprawniej unika ciosów i omija wrogów, więc chyba z tego powodu mają podbitą agresję. Często nie jest bity przy wyciąganiu duszy z ciała, ale przeważnie jest atakowany zaraz po i nieraz często trudno tego uniknąć. Mam też wrażenie, że było na niego rzucane więcej przeciwników naraz. Obaj bohaterowie przy okazji zdobywania nowych mocy dla swoich mieczy dostają dodatkowe ataki, jakoś trzy czy cztery. Problem w tym, że aktywuje się je wychyleniem gałki w prawo w parze w wciśnięciem odpowiedniego przycisku akcji, ale niestety rzadko udaje się to zrobić tak, żeby aktywować ten specjalny atak, co jest dość irytujące. Z drugiej strony nie są też jakieś niezbędne czy zauważalnie mocniejsze. W recce SR2 napisałem, że walki jest mało, więc dużo biega się po pustawych lokacjach. W Defiance jest wręcz przeciwnie – potyczek z mobami jest masa, a że różnorodność przeciwników nie jest mocną stroną tej produkcji i samo machanie mieczem często jest dość mechaniczne, im dalej w grę, tym bardziej ten element zaczyna nużyć. Ostatecznie w miejscach, gdzie wrogowie pojawiali się ponownie i droga nie była zablokowana, po prostu już ich omijałem. Gdyby rozwijanie mieczy nie było zakończone na piątym poziomie, dałoby to dodatkową motywację do ponownego siekania mobów. Bossów z kolei jest tu więcej niż w poprzednich grach, ale zwykle nie sprawiają problemów i najczęściej można ich pokonać bez zgonu za pierwszym razem. Zdecydowanym wyjątkiem jest ostatni duży przeciwnik – z tym się bardziej namęczyłem. Główne powody były dwa: pierwszy to za mało powiększone zdrowie (miałem dwa z czterech upgrade’ów) oraz niesprawiedliwość przy prędkości wrogiego pocisku, który dodatkowo w znacznej mierze był naprowadzający – ciężko było wyczuć, kiedy i jak zrobić unik. No ale po góra dwudziestu próbach zobaczyłem scenę końcową.

Po lewej oryginał, po prawej remasterowany obraz.

Drugim ważnym elementem tej produkcji jest eksploracja. Kain porusza się tylko po płaszczyźnie żywych i jego rozdziały są krótsze. Raziel, przez możliwość przeskakiwania między płaszczyzną żywych i duchową ma więcej do zdziałania, jakoś też trafiały mu się bardziej skomplikowane do ogarnięcia lokacje. Generalnie zagadki nie są zbyt wymagające, najczęściej trzeba po coś pójść i przynieść to w odpowiednie miejsca, a droga do tego zwykle jest prosta. Jest jednak kilka miejsc, gdzie można trochę się pogubić albo przez obszerność lokacji, albo przez skakanie przez portale. Najczęściej wystarczy spojrzeć na mapę, gdzie mamy wskazane, gdzie pójść, ale jakoś cztery razy przyszło mi jednak spojrzeć do opisu. Chciałbym pamiętać, czy korzystałem z niego przy pierwszym przejściu. Można też włączyć i wyłączyć wskazówki, choć one głównie dotyczą sterowania i pokażą, co trzeba np. zniszczyć. Raz miałem zabawną sytuację, bo za cholerę nie wiedziałem, jak po raz pierwszy przejść Razielem z formy duchowej do cielesnej. Dopiero wczytanie zapisu i ponowne włączenie wskazówek pokazało mi, że należy nacisnąć dół na krzyżaku wraz z Y… Ogólnie bieganie i skakanie po lokacjach za potrzebnymi rzeczami do rozwiązania zagadek jest całkiem przyjemne. W sumie w remasterze wypada nawet lepiej, ponieważ w pierwowzorze kamera była odgórnie ustawiona i co najwyżej można było przesunąć ją trochę w lewo lub prawo. W tym wydaniu została dodana pełna kamera 3D (czasem lubi świrować, szczególnie przy atakowaniu latających stworów), ale też można zmienić ją sobie w każdej chwili za pomocą ZL na oryginalną ustawioną. Przy okazji warto też rozglądać się za alternatywnymi drogami i korytarzami w celu wyłapania ulepszeń i tomów.

O ile w przypadku Soul Reaverów przez starość tych gier nowsza propozycja wizualna bardziej się broniła przez o wiele większą detaliczność i ogólną czytelność oprawy wizualnej, tak przy Defiance mam bardziej mieszane uczucia. Miejscami nowe elementy lokacji, wystroju i szczególnie postaci są niepotrzebnie zmieniane i często wcale nie na lepsze. Efekt był taki, że o wiele lepiej spędzało mi się czas w grze z oryginalnymi teksturami, które zostały dostosowane do większych rozdzielczości. Dość często z ciekawości przeskakiwałem naciśnięciem R3 między obiema formami wizualnymi i za każdym razem stwierdzałem, że nawet jeśli brakuje detali, tak jednak klimat oryginału był lepszy. Jeśli chodzi o stabilność działania, trafiłem na Switchu w trybie handheldowym na miejsca, w których klatkaż spadał z zapewne 30. Gdy z dwa razy odpaliłem grę przez stację dokującą, nie miałem już takich problemów, a gra wydawała się działać bardziej w 60 fps-ach. Poza tym spośród jakoś 13 godzin z tym tytułem większość czasu spędziłem na graniu na Switchu 2, gdzie gra wyglądała i działała bardzo dobrze. A przynajmniej jeśli pomiąć zawieszanie się jej w ósmym i dziewiątym rozdziale, przy ostatniej walce z bossem też raz się zdarzyło. Generalnie wyglądało to tak, jakby RAM się zapychał, bo za każdym razem nie było jakiegoś szczególnego powodu do zawiasu, czasy między zawiasem a odpaleniem gry też były różne. Jest tu też sporo bugów z teksturami, konkretnie z wchodzeniem w nie, czasem można na chwilę w nich utknąć. Szczególnie zabawny przypadek był przy obracających się belkach z kolcami – właściwie można było po nich przeskoczyć nawet, gdy kolce były na wierzchu. Przed rozpoczęciem pisania odpaliłem grę i zobaczyłem, że pojawił się aktualizacja do wersji 2.1, a podczas mojego czas z Defiance na pewno była na 2.0, więc może chociaż to zawieszanie poprawili.

W przypadku muzyki dostaliśmy kontynuację mrocznej muzyki znanej z poprzednich części. Trochę brzmi jak synth pop tylko zrobiony pod cięższy klimat zwiedzanego świata. Ogólnie jest w porządku, podobnie jak znowu wysokiej jakości dubbing z powracającymi znanymi głosami. W przypadku efektów dźwiękowych mam wrażenie, że wszystko, co słyszałem w SR zostało i tu przeniesione. Trochę szkoda, bo uderzanie w przeciwników znowu brzmi jak tłuczenie kijem w mokry worek. Z drugiej strony żaden z dźwięków nie jest irytujący, więc tyle do przodu.

Legacy of Kain: Defiance Remastered zostało wycenione na 114 PLN w eShopie. Dwa dni wcześniej publikowałem na stronie recenzję innego remastera – City Huntera – gdzie cena jest podobna. Co prawda skala produkcji nie jest ta sama, ale jeśli tylko spojrzeć na samą ilość zawartości dodatkowej i wprowadzonych poprawek, przy tej cenie za samo to bogactwo spokojnie mogę polecić wspólną walkę z losem, którą toczą na zmianę Raziel i Kain. Tak właściwie, jeżeli polubiliście Soul Reavery, to spokojnie można uznać, że jest to pozycja obowiązkowa, aby domknąć wątek fabularny. Gameplay jest bardzo podobny, więc tak właściwie wskoczycie w to, co już znacie. Jeśli zastanawiacie się, czy pomiąć SR i od razu sięgnąć po Defiance, to radzę jednak polecieć we właściwiej kolejności, bo ciągłość fabularna ma tu duże znaczenie. I choć omawiana pozycja przybliża, co się działo wcześniej, tak jednak wciąż lepiej najpierw sięgnąć po solowe występy Raziela. W związku z tym leci pieczątka „polecamy”!

To jednak nie koniec serii Legacy of Kain. W miesiąc po premierze Defiance został wydana zupełnie nowa gra o podtytule Ascendance. Nie wiem, o co tam chodzi, ale kopię już mam i zrobię recenzję. Zostaje jeszcze wspomnieć o dwóch częściach Blood Omen, w których prowadzi się tylko Kaina. Akcja rozgrywa się przed wydarzeniami z Soul Reavera i ciekawe Crystal Dynamics pokusi się o zremasterowanie ich. W sumie mogliby, z chęcią bym je sprawdził, skoro już wpadłem w tę wampirzą serię z nutą kosmicznego horroru.


Polecamy


Serdecznie dziękujemy Crystal Dynamics
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry.


Producent: Crystal Dynamics, PlayEveryWare
Wydawca: Crystal Dynamics
Data wydania: 31 marca 2026 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 17,6 GB
Cena: 114 PLN
Platformy: Nintendo Switch, PC, PlayStation 4, PlayStation 5, Xbox One, Xbox Series X/S

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *