I Hate This Place
I hate this game? Może nie aż tak, ale z pewnością moje uczucia są mieszane po tych najdłuższych ośmiu godzinach gameplayu w moim życiu.

Koncept gry jest fantastyczny — wystarczająco fantastyczny, bym celowo zignorowała wszystkie wskazówki świadczące o tym, że ma naprawdę duży potencjał bycia byle jaką. Co mnie jednak przekonało, to klimat southern gothic: bagniste tereny, tajemnica rodzinna i sekty na prowincji. Do tego jest to izometryczny horror w cell-shadingowej, komiksowej estetyce inspirowanej faktyczną nowelą graficzną – byłam niesamowicie zaintrygowana. Delikatnie rzecz ujmując średnia grafika nie przeszkadzała mi (przynajmniej na początku, dopóki już mi się nie opatrzyły powtarzane po milion razy tekstury i assety. Gameplay na początku również wydawał się obiecujący, skoncentrowany na poruszaniu się w ciszy i odwracaniu uwagi ślepych wrogów za pomocą dźwięku.

Bardzo szybko okazało się jednak, że twórcy – krakowskie studio Rock Square Thunder – mieli aż za dużo pomysłów na tę grę. Z jednej strony mamy wspomniane już ciche unikanie; z drugiej strony cały arsenał broni, wielgaśny wojskowy plecak mieszczący zapasy amunicji gotowe zanihilować całą armię mutantów. Z jednej strony to klasyczny survival horror z zagadkami, z drugiej “doartystycznia” rozgrywkę podróżami do świata duchów, kiedy to nie mamy paska życia i robimy śledztwo zza grobu mające na celu odkryć prawdę za pewnymi morderstwami. Gra próbuje być też survivalem, oferując dość rozbudowany system budowania różnych elementów na swoim ranczo mających pomóc w otrzymywaniu surowców, wytwarzania jedzenia i amunicji – ale jednocześnie nieustannie wymaga od nas przemierzania ogromnych połaci terenu, zasypuje nas gotowymi itemami i przez wprowadzony system craftingu zamiast utrudniać, ułatwia rozgrywkę. Rozmieszczone bowiem dość szczodrze “crafting tables” redukuje konsekwencje wynikające z niedostatecznego przygotowania. Inne elementy survivalowe również nie są zbyt istotne – głód na pół doby potrafi zaspokoić paczka czipsów, a nadbagaż po noszeniu ze sobą 14 sztuk ciężiej broni i 80 bali drewna tylko odrobinę nas spowalnia. W związku z tym wszystkim tożsamość I Hate This Place jest chimeryczna, gra stara się być wszystkim i niczym nie jest w wystarczającym stopniu.

Nawet gdyby za gatunek tej gry przyjąć “action-adventure”, to i akcja i przygoda – reprezentowane przez system walki oraz zagadki – leżą. Zagadki można odhaczyć od razu, bo praktycznie każda z nich polega na tym, że musimy gdzieś w labiryntowych lokacjach znaleźć leżącą karteczkę z kodem. Ewentualnie zgadnąć która z trzech dat na karteczce to kod do drzwi. Nuuuuuda… Za to akcja jest jednocześnie toporna i pozbawiona suspensu. Potrafi bawić, ale nie potrafi się zdecydować, czy chce być survival horrorem, czy komiksowym nawalaniem w zombiaki na całego. W każdym razie eksploracja lokacji jest dość ciekawa, zabijanie rzeczy, które tam się znajdują – umiarkowanie zabawne, szkoda tylko, że zabrakło im lepszego skalibrowania HP przeciwników i ciutkę lepszego celowania. Ma się wrażenie, że wiele trudności wynika jedynie z tego, że ktoś postanowił na siłę utrudniać życie – np. straszliwie utrudnić przełączanie między bronią ręczną, maszynową a granatami. Prawie nigdy nie da się tego zrobić od razu po wciśnięciu przycisku odpowiadającego za to. Nadal jednak najbardziej szkoda mi zmarnowanego potencjału elementu stealth, który bardzo szybko staje się zbyt upierdliwy w porównaniu z władowaniem serii w potwora, a amunicja znajduje się dosłownie wszędzie.

Fabuła jest mniej więcej tak ciekawa, jak ciekawy jest przypadkowy film z dziecięcych wspomnień, który leciał w domu na telewizorze w niedzielne popołudnie, po którym słuch do tej pory zaginął. Główna bohaterka, Elena, odnawia kontakt z dawno niewidzianą Lou, która zabiera ją na świetną zabawę w przywoływanie demonów. Niestety Lou szybko gdzieś znika, a Elena natrafia na ślady kultu Rogatego. Potem więc znajduje drogę do domu cioci na farmie, który stanie się jej bazą wypadową i przeszukuje stosunkowo rozległy teren w poszukiwaniu wskazówek na temat losu Lou oraz własnej matki, zaginionej kilkanaście lat temu. W pakiecie będzie: satanizm, mutacje, ksiądz z shotgunem i niemoralne eksperymenty naukowe. Podoba mi się rozpisanie fabuły w nielinearny sposób, na wiele pobocznych questów rozsianych po całej mapie, które można prawie-całkiem dowolnie przechodzić. Szkoda tylko, że sama narracja w postaci cutscenek oraz opcji dialogowych nawet nie próbuje udawać, że są w tym jakieś emocjonalne stawki.

Strona graficzna jest w porządku, ale technicznie nie domaga. Podoba mi się cell-shading, podoba mi się bagniste otoczenie. NIe podobaja mi się ciągle powtarzające się wnętrza bunkrów, nieustannie spadający framerate oraz ekrany ładowania długie niczym niegdysiejsze reklamy Polsatu. Do tego jeszcze interfejs zawalący ⅓ ekranu, a wcale nie będący intuicyjny w obsłudze. Oj…
Chciałam lubić I Hate This Place i nie jest to gra koszmarna – ale jest wystarczająco nieangażająca fabularnie i nieprzemyślana mechanicznie, by raczej swoje oko skierować na inne. Następnym razem warto na coś się zdecydować i może nawet będzie to dobra gra.


Serdecznie dziękujemy Feardemic
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry
Producent: Rock Square Thunder
Wydawca: Feardemic
Data wydania: 29 stycznia 2026
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 1.4 GB
Cena: 108 PLN
Platformy: Nintendo Switch, Xbox Series X/S, Microsoft Windows, PlayStation 5









Najnowsze komentarze