Yoshi and the Mysterious Book

Nintendo poddało Yoshiego kolejnej terapii eksperymentalnej.

W świecie Nintendo są bohaterowie, którzy nie muszą martwić się o swoją przyszłość. Mario dostaje kolejne przygody taśmowo, Link co kilka lat przewraca stolik i w zasadzie definiuje serię z Zeldą w tytule na nowo, a Kirby regularnie rozbudowuje i urozmaica na niespotykaną skalę odwieczny proces konsumpcji. A Yoshi? Cóż… Yoshi od lat traktowany jest po macoszemu, przez co sprawia wrażenie bohatera drugiej kategorii. Po genialnym debiucie u boku niekwestionowanej maskotki Nintendo w Super Mario World 2: Yoshi’s Island musiał on bardzo długo czekać na samodzielne gry, a jak już zaczęły się pojawiać, to zazwyczaj okazywały się rewolucyjne, co jednak nie zawsze oznaczało rewelacyjne. I chyba właśnie dlatego każda nowa wirtualna wyprawa uroczego dinozaura wywołuje u mnie duże większe nadzieje i emocje aniżeli kolejne odsłony niekończącej się sagi z grzybami, Bowserem i notorycznie porywaną księżniczką w rolach głównych.

Jak już się pewnie domyślacie, Yoshi to mój niekwestionowany ulubieniec spośród uniwersum giganta z Kioto. Problem w tym, że od efektownej premiery na SNES-ie Japończycy nie potrafili dźwignąć ciężaru związanego z tym protagonistą, przez co żadna z gier tylko jemu poświęconych nie potrafiła wywołać we mnie podobnego zachwytu. Jasne, było niedoceniane i świetne moim zdaniem Yoshi’s Story na N64, bardzo przyjemne Yoshi’s Woolly World na WiiU i 3DS-a, a nawet rewelacyjne graficznie Yoshi’s Crafted World, ale tak naprawdę zawsze czegoś brakowało. Albo odwagi, albo pomysłu, albo po prostu tej magii, która sprawiała, że z uśmiechem odkładało się pada dopiero nad ranem. Dlatego do Yoshi and the Mysterious Book podchodziłem z ogromną nadzieją. Oczywistym było, że wielkie N po raz kolejny podejdzie do sprawy z pewną dozą szaleństwa, ale to, co finalnie otrzymaliśmy, okazało się czymś kompletnie niespodziewanym. Po latach zachwycania kolejnymi sztuczkami wizualnymi, developerzy wreszcie postanowili oprzeć nowego Yoshiego na odważnym pomyśle, a nie wyłącznie na przyciągającej wzrok estetyce. Tyle tylko, że ta odwaga ma również swoją cenę…

Już po kilku minutach wyraźnie widać, że nie jest to kolejne „idź w prawo i skacz po Goombach”. Owszem, Yoshi nadal połyka przeciwników, nadal rzuca jajkami i nadal wykonuje charakterystyczny flutter jump, ale tym razem to nie te znaki rozpoznawcze sympatycznego dinozaura są najważniejsze. Twórcy Yoshi and the Mysterious Book obudowali całą zabawę wokół odkrywania świata i zamieszkujących go stworzeń, a całości nadali formę tytułowej księgi. Każdy jej rozdział przypomina zamknięty ekosystem pełen dziwacznych zwierzaków, których zachowanie trzeba zrozumieć. Jedne reagują na muzykę, inne zmieniają kolor po zjedzeniu owoców, jeszcze inne pomagają dostać się do wcześniej niedostępnych miejsc. Gra nagradza praktycznie każdą próbę eksperymentowania, a ekran co chwilę zalewają kolejne odkrycia, naklejki i wpisy do encyklopedii. Dla mnie to strzał w dziesiątkę. Przez pierwszych kilka godzin bawiłem się wręcz znakomicie, a wszystko dlatego, że nigdy nie wiedziałem, co czeka mnie na następnej stronie tajemniczej książki. Raz łowiłem ryby, innym razem próbowałem zrozumieć zachowanie pszczół, by chwilę później eksperymentować z kolejnymi stworzeniami. Ta nieprzewidywalność działa świetnie i sprawia, że praktycznie każda nowa lokacja ma własną tożsamość.

Problem pojawia się jednak później, gdyż twórcy nie do końca wykorzystują potencjał własnych pomysłów. Większość poziomów pełni rolę interaktywnej lekcji – objaśniają nowe mechaniki, uczą zachowań kolejnych stworzeń i zachęcają do eksperymentów. Brakuje natomiast… egzaminu. Gry, które najlepiej wykorzystują podobny model rozgrywki – choćby Portal czy Fez – najpierw uczą zasad, a później zmuszają gracza do kreatywnego wykorzystania zdobytej wiedzy. Tutaj ten moment przychodzi zdecydowanie zbyt późno, konkretnie dopiero pod koniec szóstego rozdziału. Wtedy developerzy pokazują przebłysk geniuszu i możemy w pełni korzystać z poznanych wcześniej stworzeń niczym z zestawu narzędzi, by samodzielnie decydować, jak rozwiązać konkretne problemy. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że właśnie tak powinna wyglądać cała gra. Niestety, tak szybko, jak ten pomysł się pojawia, tak równie szybko zostaje porzucony. Wielka szkoda, bo właśnie ten kawałek pokazuje, że gra aż prosi się o większą swobodę, o bardziej złożone łamigłówki i o poziomy, które pozwoliłyby szeroko łączyć poznane wcześniej mechaniki. Tymczasem kolejne rozdziały to najczęściej powrót do utartego wręcz schematu: poznaj nowe stworzenie, odkryj jego właściwości, odhacz kolejne wpisy w encyklopedii i przejdź dalej.

Nie pomaga tutaj również fakt, że gra średnio zachęca do wracania do wcześniej ukończonych poziomów. O ile pierwsza wizyta jest pełna zaskoczeń, o tyle kolejne przypominają bardziej mozolne wypełnianie listy zadań aniżeli prawdziwą eksplorację. To trochę jak z folią bąbelkową – pierwsze pęknięcia dają mnóstwo satysfakcji, ale kiedy wszystkie bąbelki są już przebite, zostajemy z cienkim kawałkiem plastiku, z którym nie bardzo wiadomo, co zrobić…

O największy ból głowy przyprawiły mnie dwie wady. Pierwszą z nich jest długość produkcji. Niecałe 9 godzin potrzebne do ukończenia pozycji wypada mizernie w zderzeniu z niemalże „pełną” ceną za grę. Ratunkiem mogłoby być wciągające czyszczenie plansz i wymaksowanie tytułu, ale jak już zasygnalizowałem, będzie to kąsek tylko i wyłącznie dla hardkorowców, w dodatku trudno go zaliczyć do grona tych łakomych. Druga kwestia to polska lokalizacja, a w zasadzie jej brak. Mimo oficjalnego bratania się Nintendo z naszą mową ojczystą, języka polskiego tutaj nie uświadczymy. Jest to co najmniej zastanawiający krok, jeśli weźmie się pod uwagę edukacyjny charakter gry, która wyraźnie jest kierowana do najmłodszej części wielbicieli komputerowej rozrywki.

Na szczęście, całość ratuje fantastyczna oprawa wizualna. Nintendo po raz kolejny udowadnia, że nie potrzebuje fotorealistycznej grafiki, aby zachwycić nawet takie stare konie jak ja. Zgodnie z przyjętą konwencją, świat przedstawiony wygląda jak ręcznie ilustrowana książka dla dzieci, pełna papierowych faktur, miękkich kolorów i uroczych animacji. To jedna z tych gier, przy których trudno nie zatrzymać się na chwilę tylko po to, aby oddać się relaksującej obserwacji otoczenia. Trochę gorzej na tle wizualiów wypada ścieżka dźwiękowa. Jest wprawdzie przyjemna w odbiorze w trakcie grania, ale po wyłączeniu konsoli niewiele z niej zostaje w pamięci. A szkoda, bo wcześniejsze gry z Yoshim w roli głównej potrafiły zaserwować melodie, które nuciło się jeszcze długo po napisach końcowych.

Pomimo sporej ilości zastrzeżeń przy Yoshi and the Mysterious Book bawiłem się naprawdę dobrze. Być może dlatego, że od lat kibicuję Yoshiemu i zwyczajnie cieszy mnie, że Nintendo wreszcie wykazało się w jego przypadku brawurą również w kwestii grywalności, a nie – jak wcześniej wspominałem – tylko przy technikaliach. Owszem, nie wszystko tutaj działa idealnie, ale wolę taką próbę eksperymentowania niż kolejną bezpieczną platformówkę odtwarzającą stare schematy. A jeśli po skończeniu tej przygody poczujecie niedosyt – a jest na to spora szansa z uwagi na szybko pojawiający się finał – koniecznie zajrzyjcie do biblioteki Nintendo Switch Online. Zarówno Super Mario World 2: Yoshi’s Island, jak i nieco schematyczne, ale wciąż świetne Yoshi’s Story udowodnią, że mój growy ulubieniec zasługuje na znacznie więcej uwagi, niż od lat poświęca mu Nintendo.


Polecamy!


Serdecznie dziękujemy firmie Conquest Entertainment
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Nintendo
Wydawca: Nintendo
Data wydania: 21 maja 2026 r.
Dystrybucja: cyfrowa, pudełkowa
Waga: 19,8 GB
Cena: 254,80 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *