Gobliiins Collection
Gobliny wracają, młodzieńcza radocha niekoniecznie.
Każdy z nas jest w stanie wymienić gry, które zapamiętał nie dlatego, iż były najlepsze, ale dlatego, że okazały się niesztampowe, niepodrabialne, po prostu inne… Ja do tej kategorii zaliczam przygodówki z Goblinsami w roli głównej. Dziwaczne postacie, absurdalny humor, charakterystyczna kreska, odjechane zagadki oraz przede wszystkim obecność na Amidze sprawiły, że pierwsze trzy części zaskarbiły sobie sympatię niejednego z dzieciaków wychowujących się w szarych, choć również i szalonych latach 90.
Uwielbiałem Gobliny, choć nie miałem Amigi
Ja wprawdzie następcy legendarnego Commodore 64 nie posiadałem i serię porządnie nadrobiłem dużo później już na PC, ale pierwsze zauroczenie cyklem zaliczyłem u podwórkowego kolegi, który był właśnie dumnym posiadaczem A500. O ile jednak na Amidze pierwotna trylogia przyprawiała mnie o szybsze bicie serca, o tyle na PC duża konkurencja w gatunku point’n’click sprawiała, że dawna miłość wypadała blado na tle nowocześniejszych rywali. Wydawało mi się więc, że powrót do ikonicznego zestawu gier Coktel Vision może być ciekawym doświadczeniem, a na pytanie, czy rzeczywiście tak się stało, odpowiadam w niniejszej recenzji. Startujemy!
Zacznijmy od tego, że materiału do sprawdzania było sporo. Gobliiins Collection zawiera aż pięć odsłon serii: Gobliiins, Gobliins 2: The Prince Buffoon, Goblins 3, Gobliiins 4 oraz Gobliiins 5: The Invasion of the Morglotons. Poszczególne części dzieli spory rozrzut czasowy – pierwsza z nich pochodzi z 1991 roku, dwójka pojawiła się rok później, trzecia ukazała się dwa lata po premierze jedynki, a na czwórkę trzeba było czekać ponad 15 lat. Z kolei najmłodsza w tym zestawieniu piątka pojawiła się dopiero w 2023 roku! Wszystkie gry łączy jednak osoba Pierre’a Gilhodesa, pomysłodawcy i współtwórcy serii, związanego z goblinami od samego początku.
Trzech goblinów na dobry początek
Pierwsze Gobliiins mocno różniło się od typowych przygodówek tamtego okresu. Zamiast długich rozmów, zwiedzania dziesiątek lokacji i bezustannego zaglądania do kieszeni wypchanych barachłem dostawaliśmy planszę oraz trzech bohaterów o różnych umiejętnościach. Oups potrafi podnosić i wykorzystywać przedmioty, Asgard problemy najchętniej rozwiązuje siłą, a Ignatius korzysta z magii. Trzeba więc nie tylko wykombinować rozwiązanie zagadki, ale również wybrać właściwego goblina do danej czynności. I akurat ten pomysł nadal świetnie działa. Zawsze w tej serii podobało mi się również to, że rozwiązanie problemu nie było rozwleczone miejscowo – nie trzeba było wracać dziesięć ekranów wstecz w poszukiwaniu pominiętego sznurka, którym należało następnie połączyć grabie z martwą kurą, a wszystko po to, żeby zrobić wędkę. Zagadki oczywiście były czasami wystrzelone, ale ostatecznie zazwyczaj gracze sobie radzili. To lubię i to się broni nawet dziś.

Gobliiins
Tak samo lubię łamigłówki, które w większości przypadków da się faktycznie rozpracować drogą dedukcji. Patrzymy na ekran, sprawdzamy możliwości postaci i po chwili pojawia się przyjemne „Aha!”. Owszem, czasami coś trzeba zrobić kilka razy, użyć przedmiotów w nieoczywistej kolejności albo wykonać anormalną czynność, ale bezsensowne klikanie samo w sobie zawsze było w tej serii częścią frajdy. Gobliny reagują na nasze idiotyczne pomysły zabawnymi animacjami: obrywają po łbie, przewracają się albo w inny żałosny sposób robią z siebie kretynów. Zarówno ćwierć wieku temu, jak i teraz zdarzało mi się świadomie wybierać akcję z góry skazaną na porażkę tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie. Z jednym zastrzeżeniem – w pierwszej części trzeba było się mieć z tym na baczności. Dla młodszych graczy to może być szok, ale cykl z Goblinami to oldskul pełną gębą, a więc możemy tutaj zginąć! Na szczęście nie jest to nagła śmierć, gdyż bohaterom towarzyszy pasek życia. Niemniej jednak błędne akcje odbierają energię, a po zbyt wielu nietrafionych próbach na ekran wjeżdża plansza z napisem Game Over. Dobrze jednak, że w kolejnych częściach pasek życia odesłano na śmietnik historii…
Kiedyś ratunku szukano w czasopismach…
Jak już sygnalizowałem, Goblinsy to pełny retro klimat. Odświeżając serię, aż przypomniałem sobie czasy solucji w branżowej prasie. Dziś jest łatwiej nie tylko z powodu implementacji podpowiedzi we współczesnych produkcjach oraz powszechnemu dostępowi do Internetu, ale kiedyś utknięcie naprawdę oznaczało przymusowy odpoczynek od gry. Brak pomysłu na rozwiązanie zagadki skutkował zazwyczaj przynajmniej kilkoma dniami przerwy od szpilania, chyba że w sukurs przyszedł nam również grający w dany tytuł koleżka ze szkoły czy wspomnianego już podwórka. W ostateczności rozwiązanie znajdywaliśmy w którymś magazynie…
Recenzowana kolekcja niespecjalnie próbuje tego typu problemom zaradzić. Możemy wprawdzie podświetlić interaktywne elementy ekranu – odpada więc polowanie kursorem na pojedyncze piksele – ale nie ma za to bardziej rozbudowanych podpowiedzi, zapisywania stanu gry w dowolnym momencie czy też opcji przewijania czasu.

Gobliins 2: The Prince Buffoon
Remedium na znaczną część problemów mogłyby być oryginalne instrukcje, które sporo wyjaśniały w kwestii gejmpleju. Dokumentów tych jednak nie zawarto, co dziwić może w kontekście odtworzenia przez twórców nawet starych pudełek w 3D i ich prezentacji w regionalnych wariantach! Możemy więc obejrzeć opakowanie z każdej strony, ale zajrzeć do środka już nie… Jak dla mnie bez sensu.
Point’n’click z myszką smakuje lepiej
W momencie premiery do katalogu nieszczęść dochodziło jeszcze sterowanie. Pierwotnie analogowa gałka zastępowała myszkę, przyciskami wybieraliśmy akcje, a triggerami szybko przeskakiwaliśmy między goblinami. Dało się jakoś z tym żyć, a samo przełączanie bohaterów można uznać za całkiem wygodne. Gorzej było, kiedy zachodziła konieczność precyzyjnego trafienia w cokolwiek. Szczególnie upierdliwe było to w trzech pierwszych częściach, kiedy zdarzały się kuriozalne sytuacje powodowane właśnie niedopracowanym sterowaniem. Mogliśmy mieć dobry pomysł na bolączkę, wybierać właściwy przedmiot, klikać… i ze smutkiem stwierdzać, że z tej mąki chleba nie będzie. Uznawałem wtedy, że kombinacja jest zła i szukałem czegoś innego, a po zajrzeniu w neta okazywało się, że pierwotny pomysł był doskonały, ino trzeba było kliknąć kilka pikseli dalej…
Ratunek przyszedł w sierpniu, kiedy to pojawiła się wersja na Switcha 2, którą posiadacze switchowego wydania mogą pobrać bezpłatnie. Od tego czasu wersja na naszą ulubioną konsolę obsługuje tryb myszy w Joy-Conie 2. Wystarczy więc położyć kontroler na płaskiej powierzchni i wracamy do źródeł. Posiadacze innych konsol na taki luksus jednak liczyć nie mogą…
Co gra, to nowe zasady
Graczom niezaznajomionym z serią warto wyjaśnić, że jej kolejne odsłony nie są tylko nowymi zestawami plansz. W kultowej jedynce mamy Oupsa, Asgarda i Ignatiusa oraz ich trzy specjalizacje. Jej sequel to już duet Fingus i Winkle oraz akcje wymagające odpowiedniego zgrania obu bohaterów. Tutaj zagadki zaczynają też wykraczać poza pojedynczy ekran i konieczne jest już przemieszczanie się pomiędzy lokacjami. Goblins 3 znowu namieszało w formule – bezpośrednio sterujemy głównie Blountem, któremu w oparciu o fabułę pomagają inni bohaterowie. Nasz protagonista zyskuje też alter ego, które popychać będzie jego losy do przodu.

Goblins 3
Tutaj na moment się zatrzymamy, gdyż to właśnie trójka jest w mojej opinii najlepszą pozycją, nie tylko z trylogii wydanej na Amigę, ale całej kompilacji. Twórcy perfekcyjnie oszlifowali w niej swój pomysł, ale nie zgubili przy tym typowego absurdu charakteryzującego Goblinsy. Nadal trafiają się zagadki z gatunku „Kto normalny mógłby na to wpaść?”, ale proporcje pomiędzy kombinowaniem i waleniem głową w ścianę są już znacznie bardziej zjadliwe.
A później gobliny zniknęły na kilkanaście lat… Część czwarta to powrót Oupsa, Asgarda i Ignatiusa, ale przy okazji niezbyt udane przejście w trójwymiar… Cały czar serii przez to pryska. O ile pierwsze trzy części do dziś wyglądają jak zwariowane kreskówki, o tyle czwórka wygląda po prostu jak kiepsko starzejąca się gra 3D. Cieszę się jednak, że nie pominięto jej w kompilacji, gdyż przez lata był to tytuł nieporównywalnie trudniej dostępny niż klasyczna trylogia.
Jak już wspominałem, na grę z cyferką 5 trzeba było czekać aż do 2023 roku. Pierre Gilhodes wrócił z nowym projektem dzięki wsparciu fanów – dwie kampanie crowdfundingowe zakończyły się zebraniem ponad 14 tysięcy euro od blisko 750 osób. Jak widać, nostalgia trzyma się mocno, ale przynajmniej wszyscy na tym skorzystaliśmy. Zgodnie z oczekiwaniami fanów piątka wróciła do dwóch wymiarów, ale plansze okazały się nieporównywalnie większe, sporo więcej było też przedmiotów i dialogów, a całość przygotowano z myślą o w miarę udanym życiu z padem. Zaryzykowałbym nawet sugestię dla wszystkich nieznających wcześniej Goblinsów, ażeby przygodę z tą zakręconą serią zaczęli właśnie od odsłony piątej. Jeżeli piąteczka podejdzie, wtedy można bez obaw zacząć dalej cofać się w czasie.
Kolekcja prawie kompletna
Trzeba wspomnieć, że w międzyczasie Goblinsów zrobiło się… sześć. A wszystko dlatego, że w tym roku ukazało się Gobliins 6: The Madmen of the Year 1000, które jest bezpośrednią kontynuacją drugiej części. Do kolekcji się jednak nie załapało…

Gobliiins 4
Pretensji o to nie mam. Pięć gier to nadal kawał historii serii, szczególnie że twórcy recenzowanej kompilacji nie ograniczyli się jedynie do popularnego w ostatnim czasie wrzucenia ROM-ów w emulator oraz dołożenia fikuśnego menu. W klasycznych częściach możemy wybierać pomiędzy wydaniami sprzedawanymi na dyskietkach oraz CD-ROM-ach. Jest odtwarzacz muzyki, galeria, sygnalizowane wcześniej stare pudełka oraz kilka innych extrasów. Mnie, jako miłośnika historii komputerowej rozrywki, szczególnie zainteresował kilkuczęściowy wywiad z Pierre’em Gilhodesem, w którym przybliża nam kulisy powstawania serii. Takie dodatki w kolekcjach retro zawsze przyjmuję z otwartymi ramionami. Same gry często bardzo dobrze pamiętam, ale materiały zza kulis to zawsze mnóstwo nowych faktów.
Szkoda tylko, że przy okazji zabrakło tego, na co najbardziej ostrzyłem sobie ząbki: amigowych wersji pierwszych części. Kolekcja skupia się na wydaniach MS-DOS, a przecież dla sporej części graczy z całej Europy to właśnie Amiga była pierwszym domem goblinów.
I co z tymi goblinami?
Jak niejednokrotnie pisałem, mam sporą słabość do retro. Jak jednak również niejednokrotnie dowodziłem, stara gra nie dostaje u mnie dodatkowych punktów tylko za PESEL. Nie ukrywam, że dość często wracam do produkcji ze SNES-a, pierwszego PlayStation czy dostępnych na GOG-u pozycji pecetowych, a duża część z nich nadal bawi mnie tak samo jak 25 czy 30 lat temu. Przy Gobliiins Collection bywa z tym jednak różnie.

Gobliiins 5: The Invasion of the Morglotons
Humor nadal działa, a grafika klasycznej trylogii ma w sobie masę uroku. Pomysł z bohaterami dysponującymi różnymi zdolnościami też spokojnie obroniłby się dziś. Początkowo narzekałem na sterowanie, ale dziś już ten problem skutecznie załatano, przynajmniej na Switchu 2. Nie ma jednak lekarstwa na sytuacje, w których po kilkunastu minutach kombinowania zaglądam ze wstydem na YouTube i ze sporym zdziwieniem obserwuję, że rozwiązanie łamigłówki było osiągalne jedynie dla ludzi myślących abstrakcyjnie. Na plus zapisujemy fakt, że fani dostają aż pięć odsłon przy jednym zakupie, w tym trudno dostępną czwórkę, a także sporą garść materiałów dodatkowych.
Dla mnie ta nostalgiczna podróż to przede wszystkim rozpalone na nowo uczucie do części trzeciej oraz potwierdzenie, że gobliny faktycznie zapamiętałem jako wyjątkowo pokręcone stworki. Nie tylko z wyglądu! Nie jestem jednak przekonany, czy współcześni gracze podzielą mój entuzjazm… Tym bardziej, że popularność Goblinsów nie tkwiła w ich doskonałości, lecz w niesztampowości, a ta niespecjalnie dobrze zniosła próbę czasu…

Serdecznie dziękujemy Red Art Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry
Producent: Red Art Games
Wydawca: Red Art Games
Data wydania: 27 maja 2026 r. (Switch, PS5, Xbox Series S/X), 6 sierpnia 2026 r. (Switch 2)
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 3,57 GB
Cena: 100 PLN



















Najnowsze komentarze