Digimon Story: Time Stranger

„Złap je wszystkie” od Bandai Namco.

Wstyd się przyznać, ale nigdy nie grałem w żadne Pokémony. Z grubsza wiem, o co w tym uniwersum chodzi, potrafię nawet kilka poksów wymienić z imienia. Podobnie u mnie przedstawia się kwestia świata Digimonów – znam go pobieżnie tylko dzięki zainteresowaniu branżą gier wideo. Przez lata przewijały się przed moimi oczami kolejne produkcje, charakterystyczne stworki czy informacje o nowych odsłonach serii, ale w mojej świadomości funkcjonowały one przede wszystkim jako ubożsi krewni kieszonkowych potworów Nintendo. Wiecie, takie jakby… Pokémony z Temu.

Gdy więc tylko nadarzyła się okazja zrecenzowania Digimon Story: Time Stranger w wersji na Nintendo Switch 2, z chęcią przyjąłem wyzwanie. Nie miałem nie tylko nostalgicznych wspomnień, ale nawet ulubionego Digimona, wszedłem więc w ten świat z czystą kartką. Trudno więc chyba o lepszego testera dla produkcji, którą jej autorzy reklamują jako doskonały punkt wejścia do serii dla graczy mających jedynie minimalne doświadczenie w gatunku RPG. Wciąż, nie przewidywałem, że kilkadziesiąt godzin później będę miał własnych ulubieńców tej serii!

Powrót do przyszłości

To, co mnie zaskoczyło od razu in plus, to fakt, iż Digimon Story: Time Stranger nie bawi się długo w półśrodki. W nasze ręce twórcy oddają jednego z dwóch agentów organizacji ADAMAS, który próbuje rozwikłać zagadkę anomalii łączących ludzkość z cyfrowym światem Illiad. Sytuacja bardzo szybko wymyka się spod kontroli, a nasz protagonista niemalże z marszu zostaje przeniesiony aż osiem lat w przeszłość. Od tego momentu stawką jest już nie tylko znalezienie odpowiedzi na sporo nurtujących pytań, ale przede wszystkim zapobieżenie nadciągającej katastrofie.

Przyznaję, że twórcy nieświadomie trafili w moją słabość. Uwielbiam historie bawiące się czasem, w końcu jestem dzieciakiem wychowanym w latach 90. na, chociażby, serii filmowej „Powrót do przyszłości”. Wystarczy mi więc, że scenarzyści zaczną mieszać w przeszłości i przyszłości oraz pokażą konsekwencjami tego, by automatycznie mnie zainteresować. Tyle że Digimon Story: Time Stranger każe na swoje największe fabularne zalety trochę poczekać, co ostatecznie będzie jednym z moich głównych zarzutów wobec tej produkcji.

Wszystkiemu winien jest początkowy fragment gry, który wlecze się niemiłosiernie. Opóźnienia w podawaniu historii sprawiają, iż staje się ona z lekka chaotyczna, a sytuacji nie poprawia fakt, że pierwotnie przez długi czas kręcimy się po tych samych, niezbyt interesujących miejscówkach. Niby coś się dzieje, niby dostajemy kolejne informacje, ale trudno pozbyć się wrażenia dreptania w miejscu. Gdy jednak fabuła wreszcie nabiera rozpędu i zatacza coraz szersze kręgi, robi się naprawdę ciekawie. Zwrotów akcji z każdą godziną jest coraz więcej, zabawa czasem zaczyna odgrywać coraz większą rolę, a pozornie nieistotne wcześniej elementy nabierają wreszcie znaczenia. Mocny plus.

Szkoda tylko, że w centrum tej całkiem dobrze napisanej historii postawiono niemego protagonistę. Tym bardziej kłuje to w oczy, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, iż pozostali bohaterowie otrzymali pełny voice acting. Wszyscy wokół rozmawiają, nawet Digimony rzucają swoimi kwestiami, a nasz agent, niczym bohater książki, odpowiada jedynie tekstem.

Drzewko dialogowe również wygląda jak element obcy, który w mojej opinii jawi się jak sztuka dla sztuki dokooptowana na alibi. Nie odczułem, żeby podejmowane decyzje miały jakikolwiek istotny wpływ na dalszy przebieg wydarzeń, przez co, zamiast utożsamiać się z bohaterem, musimy przywyknąć do sterowania niemą kukiełką, na tle której najbardziej płascy bohaterowie to najwyżej klasy charakterne jednostki. Na szczęście Digimony gadają. I robią to często, świetnie wzmacniając tworzącą się więź pomiędzy graczem a jego podopiecznymi.

Ubodzy krewni pokazują pazur

To właśnie cyfrowe stworki są największymi gwiazdami przedstawienia. Digimon Story: Time Stranger oddaje do naszej dyspozycji ponad 450 sympatycznych żyjątek. Ich modele mogłyby być wprawdzie nieco bardziej dopracowane, wizualnie wyposażone w trochę więcej detali, a ich poziom postarania bardziej zrównany. Trudno jednak przesadnie kręcić na to nosem, kiedy uświadomimy sobie skalę bestiariusza oraz fakt, że postaciom tym nie brakuje charakteru. Jedne wyglądają groźnie, inne majestatycznie, kolejne są tak absurdalne, że aż sympatyczne. Jeśli pośród takiego tłumu ktoś nie będzie w stanie znaleźć swojego ulubieńca, to albo prawdopodobnie naprawdę jest czepialski, albo… jest zbyt zapatrzony w Pokémony.

Co chyba jednak najważniejsze, im dalej zapuszczałem się w fabułę, tym bardziej moje wyobrażenie o „Pokémonach z Temu” zaczęło się rozpadać. Moje Digimony przestawały być kolejnymi numerkami w katalogu, a stawały się wiernymi kompanami podróży. Już po kilku godzinach miałem swoich faworytów, a obserwacja ich kolejnych przemian dawała mi mnóstwo frajdy. Gra pomaga też w budowaniu tej sympatii drobnymi scenkami pokazującymi cyfrowe stworki również poza polem bitwy. Przykładowo, Kabuterimon lubi pograć w piłkarzyki, a MarineAngemon dać popisowy występ w barze, a to tylko jedne z wielu osobliwych dziwactw i zachowań szerokiego wachlarza cyfrowych bestyjek.

Drobny problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy zaglądać pod maskę całego systemu rozwoju. Digimony zdobywamy poprzez skanowanie pokonanych przeciwników. Po osiągnięciu 100% tego procesu możemy odtworzyć stworka, choć w większości przypadków opłaca się dobić nawet do 200%, dzięki czemu naszą ekipę zasili silniejsza kreaturka. Potem zaczyna się zabawa m.in. z digiwolucjami i de-digiwolucjami, talentem, osobowościami, Attachment Skills, Digifarmą oraz kolejnymi parametrami wpływającymi na rozwój naszego podopiecznego. Jak widać, sporo tego i otwarcie przyznaję, że mnie to wszystko nieraz potrafiło strasznie przytłoczyć.

Żeby nie było, nie mam nic przeciwko tabelkom, które w klasycznych jRPG-ach zazwyczaj całkiem sprawnie ogarniam. Tutaj jednak długo miałem wrażenie, że zamiast cieszyć się kolejną porcją naprawdę fajnej akcji, twórcy wymagają ode mnie regularnego zatrzymywania się w celu skrupulatnego zgłębiania ekranów kolejnych statystyk, a to momentami przybierało wręcz cechy procesu naukowego, bo system w Digimon Story: Time Stranger jest naprawdę głęboki. Statystyki zwiększamy podczas kolejnych procesów, które początkowo trudno skorelować z konkretnym atrybutem, a część wypracowanych parametrów dodatkowo może przechodzić pomiędzy kolejnymi formami. Jakby tego było mało, musimy również pamiętać o budowaniu więzi – im jest ona silniejsza, tym więcej statystyk można zachować podczas przemian. Dla hardkorowych miłośników cyferek, budowania idealnych drużyn i maksymalnego wyciskania statystyk będzie to zapewne raj. Ja w pewnym momencie w tej materii po prostu spasowałem. Przestałem próbować kontrolować każdy parametr i zacząłem rozwijać Digimony bardziej na wyczucie. Nadal kombinowałem, nadal korzystałem z ewolucji i kolejnych możliwości, ale przede wszystkim traktowałem stworki jak kompanów, a nie arkusze kalkulacyjne wymagające perfekcyjnej optymalizacji. I wiecie co? Udało się w ten sposób ukończyć grę, a gdyby gdzieś po drodze pojawił się jednak problem, to mnogość ułatwień i optymalizacji rozgrywki pod swoje preferencje mocno pomaga w końcowym sukcesie.

To chyba jedna z największych zalet całego systemu. Digimon Story: Time Stranger potrafi przytłoczyć swoją głębią, ale nie wymaga jej pełnego opanowania, żeby dobrze się bawić. Łatwo nauczyć się grać, znacznie trudniej nauczyć się grać naprawdę dobrze, ale ten drugi etap można pozostawić maniakom statystyk.

Pięć razy szybciej poproszę

Podobnie jak ewolucje przedstawia się system walki. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest on znacznie bardziej rozbudowany, niż przez większość czasu faktycznie gracz tego potrzebuje. Starcia są turowe, a Digimony mają siedem atrybutów oraz odporności i słabości na poszczególne żywioły. Trzy podstawowe typy tworzą zależność Virus – Data – Vaccine, a odpowiednie wykorzystanie atrybutu i słabości elementarnej przeciwnika może zwiększyć zadawane obrażenia nawet do 300%. Do tego dochodzą Cross Arts naszego agenta, dodatkowe umiejętności, buffy, debuffy czy możliwość wymiany stworków podczas walki bez tracenia tury. Wszystkie te procesy wymieniam nieprzypadkowo, gdyż całość brzmi naprawdę poważnie. Tyle tylko, że przy większości starć nie trzeba sięgać do całego tego arsenału. Bardzo szybko zaprzyjaźniłem się więc z auto-battle i możliwością przyspieszenia walk nawet pięciokrotnie. Przy liczbie potyczek wymaganych do skanowania i rozwijania kolejnych stworów możliwość błyskawicznego rozprawienia się ze słabszym przeciwnikiem okazała się zbawieniem.

Dopiero bossowie przypominali mi, że pod spodem rzeczywiście siedzi całkiem rozbudowany system. Wtedy automat szedł w odstawkę, starcie zaczynałem obowiązkowo od sprawdzenia słabości przeciwnika, by potem odpowiednio dobrać ekipę i zacząć kombinować. Jako że jestem zwolennikiem wyboru, takie rozwiązanie bardzo mi odpowiadało. Chylę czoła przed deweloperami, którzy stworzyli grę z głębią dla hardkorowców, ale jednocześnie casuali nie zmusili do każdorazowego odpalania kalkulatora przed starciem z każdym przypadkowym stworkiem.

Jest pięknie, byle nie skręcać w bok

Mimo że nie jestem fanem anime, kolejne pozytywne zaskoczenie przyniosła oprawa. Digimon Story: Time Stranger potrafi po prostu wyglądać przepięknie! Większość elementów wizualnych została bardzo efektownie wystylizowana, a co ważniejsze, wszystko jest ze sobą niezwykle spójne. Nawet jeśli jakiś projekt kompletnie nie trafiał w mój gust – vide jałowa kreacja głównego bohatera – nie mogłem odmówić mu tego, że po prostu doskonale pasuje do reszty świata. Kolejno napotykane lokacje również potrafią oczarować. Trafiając do kolejnego miejsca, rozglądamy się i niejednokrotnie rzucamy pod nosem „wow”. Tokio świetnie kontrastuje z fantazyjnym cyfrowym Illiad, światło i stylistyka budują klimat, a gracz początkowo co rusz zastanawia się co kompozycyjnie ciekawego znajdzie dalej. Niestety czar pryska po zagłębieniu się w dalsze lokacje. W pewnym momencie akcja masowo zacznie nas przenosić w boczne arterie głównych miejscówek, a tam jeszcze przed momentem wychwalana sceneria zamienia się w stek nudnych lochów, których bezruch i surowy klimat nawiązują do ograniczonych technicznie erpegów rodem z lat 90. Korytarz, rozwidlenie, ślepa uliczka, skrzynka. Kolejny korytarz. I jeszcze jeden. Żeby jednak oddać sprawiedliwość twórcom, napomknę, że problem staje się mniej dokuczliwy, gdy przygoda nabierze rozpędu, co przełoży się na częstsze zmiany scenerii. Niemniej archaiczna konstrukcja niektórych miejsc pozostaje dla mnie jednym z elementów najmocniej kontrastujących z nowoczesną oprawą i efektownymi walkami.

Uczeń na 4+, z perspektywą na 5-

A jak to działa na Switchu 2? Ano całkiem dobrze. Niespecjalnie przejmuję się benchmarkami i nie mierzę gier licznikami, nie jestem więc w stanie uczciwie stwierdzić, czy w konkretnej lokacji gra wyświetlała 53 klatki czy pełne 60. Natomiast to, co na pewno mogę podkreślić, to fakt, iż oferuje do 60 FPS w trybie wydajności (a więc w Performance Mode) w rozdzielczości 1080p, bądź też do 30 klatek na sekundę w trybie jakości (czyli Quality Mode) w rozdzielczości 4K. Ze swej strony dodam, że przez zdecydowaną większość czasu Digimon Story: Time Stranger działało płynnie i kwestie techniczne absolutnie nie przeszkadzały mi w dobrej zabawie. A to, że dla tego typu produkcji nasza ukochana konsola okazuje się bardzo wygodnym miejscem do grania, to raczej dla większości graczy oczywistość. Możliwość wyciągnięcia konsoli i zrobienia kilku walk czy popchnięcia historii bez siadania przed telewizorem najzwyczajniej w świecie najlepiej pasuje do konstrukcji takiej i wszystkich pokrewnych gier.

Znacznie więcej problemów niż technikalia sprawiał mi interfejs. Menu oferuje ogrom możliwości, ale wymaga dość żmudnego procesu poznawania. Przez bardzo długi czas musiałem zastanawiać się, gdzie właściwie znajduje się potrzebna mi opcja i który z kolejnych ekranów odpowiada za interesujący mnie element rozwoju. Ponownie wracamy więc do problemu charakterystycznego dla Digimon Story: Time Stranger – gra zrzuca na gracza mnóstwo systemów i nie zawsze potrafi je elegancko podać. Na szczęście, po odpowiednio długim czasie wszystko zaczyna wchodzić w krew, a gdy w końcu pozna się logikę interfejsu, walka z nim się kończy, a zaczyna całkiem intuicyjne poruszanie się po kolejnych menusach. Szkoda jednak, że sporo wody w Wiśle musi upłynąć, aby na taki komfort móc sobie pozwolić.

Dziesięć godzin mniej?

Digimon Story: Time Stranger jest sporą, mniej więcej 40-godzinną grą i zasadniczo jej długość uważam za nieźle skrojoną. Nie przypominam sobie, abym choć raz doznał pragnienia szybkiego ujrzenia napisów końcowych. Uważam jednak, że gdyby całość była krótsza o jakieś dziesięć godzin, to prawdopodobnie nikt (łącznie ze mną) nie miałby pretensji. Nie wycinałbym przy tym późniejszych fragmentów, bo problemem produkcji jest przede wszystkim ślamazarny początek. Gdyby twórcy szybciej dopuścili gracza do ciekawszych miejsc, ważniejszych wydarzeń i tego, co fabularnie najlepsze, cała przygoda w mojej opinii tylko by na tym zyskała.

Bo paradoks Digimon Story: Time Stranger polega na tym, że im dłużej w nią grałem, tym bardziej tę grę lubiłem. Początkowo dostałem wprawdzie powolną historię, powtarzalne miejscówki, archaiczne lochy, przytłaczającą liczbę systemów i menu, którego musiałem dłużej się uczyć. Z czasem jednak fabuła nabrała rozpędu, zabawa czasem zaczęła dostarczać świetnych momentów, zebrałem całkiem sporą grupkę swoich ulubionych Digimonów, a skomplikowane mechanizmy nauczyłem się wykorzystywać na tyle, aby czerpać niczym nieskrępowaną radość z rozgrywki. Wtedy też właśnie zorientowałem się, że te moje „Pokémony z Temu” naprawdę mnie wciągnęły.

Dyletant wystawia ocenę

Podsumowując, nie wiem czy Digimon Story: Time Stranger jest najlepszą grą dla fanów tych sympatycznych stworków. Mogę za to powiedzieć coś innego… Nie grałem w Pokémony. Nie znałem świata Digimonów. Nie jestem fanem anime. Nie należę również do ludzi, którzy na widok kilkunastu nowych parametrów otwierają szampana i zakładają arkusz kalkulacyjny w Excelu.

A mimo to spędziłem z Digimon Story: Time Stranger kilkadziesiąt miłych godzin, w trakcie których nie tylko dałem się wciągnąć historii, ale bardzo chciałem zobaczyć jej zakończenie. Owszem, gra cierpi z powodu kilku problemów. Początek zdecydowanie za długo zbiera się do wyczekiwanego przytupu, konstrukcja lochów chwilami pamięta poprzednie stulecie, protagonista mógłby choć raz otworzyć usta, a liczba systemów potrafi skutecznie wystraszyć normalsów chcących po prostu zrelaksować się przed konsolą. Ale gdy Digimon Story: Time Stranger wreszcie pokazuje pełnię swoich możliwości, to dostajemy efektowne, świetnie wystylizowane jRPG z ciekawą historią, sympatycznymi kompanami i systemem walki, który może być tak prosty albo tak głęboki, jak sami tego potrzebujemy.

Powtórzę więc raz jeszcze: nie wiem czy Digimon Story: Time Stranger jest najlepszą grą dla fanów Digimonów, wiem natomiast, że okazało się bardzo dobrą grą dla kogoś, kto fanem Digimonów nigdy nie był. A to chyba dla recenzowanej gry najlepsza rekomendacja!


Polecamy!


Serdecznie dziękujemy firmie Cenega
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Media.Vision
Wydawca: Bandai Namco Entertainment
Data wydania: 10 czerwca 2026 r.
Dystrybucja: cyfrowa, pudełkowa
Waga: 11,9 GB
Cena: 299,00 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *