Rayman (PSOne)

Mam jakieś mgliste wspomnienie tego, że grałem w pierwszego Raymana. A może widziałem u kogoś tę grę? Jedno jest pewne, nie przeszedłem go. Teraz okazało się, że nie przejdę go już nigdy.

Ponieważ wersja z PSX-a trafiła do promocji w PSN, postanowiłem wydać na nią te 12,50 PLN i zobaczyć, co mnie ominęło. W końcu jest to klasyka platformowego gatunku, prawda? Po odpaleniu okazało się, że audiowizualnie gra wciąż jest bardzo przyjemna. To chyba po prostu magia kreskówkowej grafiki, która została bardzo pieczołowicie przygotowana i udźwiękowiona. Została też przygotowana dla nas animacja początkowa, w której dowiadujemy się, że jakieś zło namieszało na świecie i my, jako tytułowy Rayman, musimy kogoś uwolnić, aby ocalić świat (tak, nie zapamiętałem wszystkiego; specjalnie googlać za tym, żeby teraz podać, też nie ma potrzeby).

I jak pierwsze wrażenia były pozytywne, tak szybko mina zaczęła mi rzednąć. Przede wszystkim sterowanie jest toporne, choć tak właściwie ruch jest toporny, sama responsywność jest w porządku. Rayman chodzi wolno, nie biega, a ataki pięścią są dość przymulone. No ale nic to, pomyślałem, pochodzę trochę i się przyzwyczaję. Powoli zaczęło się tak dziać, robiłem też postępy z planszami. W międzyczasie traciłem życia i klepałem kontynuuj, gdy się zerowały, nie myśląc o tym zbytnio. W pierwszej planszy muzycznej krainy skończyło mi się wszystko, czyli życia i kontynuacje. Niezrażony game overem wczytałem sejwa i zobaczyłem, jak głęboko jestem w dupie i jak ciężko będzie tę grę przejść…

Okazuje się, niestety, że mamy bardzo ograniczone pole do zgonów. Domyślnie dostajemy cztery życia na każdą kontynuację, kontynuacji natomiast jest pięć. Na planszach można jednak napotkać statuetki reprezentujące dodatkowe życia oraz, co jakiś czas, znaleźć maga, który za opłatą w postaci niebieskich kulek pozwoli wziąć udział w wyzwaniu (oczywiście im dalej, tym trudniej) z nagrodą w postaci dodatkowego życia. Życie traci się po kilku skuchach (minimum trzech, może być ich więcej, jeśli znajdziemy ich podbicie) lub wpadnięciu do wody czy innej przepaści. Brzmi standardowo, ale z czasem coraz trudniej przejść plansze bez większych szkód w zapasach, bo po prostu przeszkody są coraz bardziej wymagające, a system ruchów wciąż nie pomaga.

W drugim podejściu do gry, które zacząłem od zera, szło mi dobrze do czasu, aż trafiłem do trzeciej części już wspomnianej pierwszej planszy krainy muzycznej. Tam w pewnym momencie natrafiłem na coś w typie wysokiej muchy, która imitowała moje ruchy. Ja kucnąłem, ona też, ja podskoczyłem, ona też, a potem jeszcze walnęła mi z karate… Przez jakoś siedem żyć i w sumie 21 jeden skuch próbowałem wyczuć, jak ominąć gadzinę bez szwanku lub ją ubić, i poległem. W tym momencie stwierdziłem też, że to chrzanię i nie będę się z tą grą szarpał…

Przygody Raymana porzucam z żalem, bo wyglądają na produkcję, która daje sporo frajdy, ale też zdrowego wyzwania. Niestety system żyć wygląda tak, że należałoby resetować grę, gdy na jakiejś planszy pójdzie nam gorzej, bo można zaliczyć rzeczywisty koniec gry, po którym już nie zrobi się żadnego postępu. W obecnej sytuacji oceny nie wystawię, bo nawet nie jestem w stanie stwierdzić, jak daleko zaszedłem. Mogę tylko określić tę grę jako produkt dla hardcore’owców, którzy mają czas, cierpliwość i kochają stare gry. Potraktujcie więc ten tekst jako przestrogę, jeśli przyjdzie Wam na myśl zakupić Raymana.


Producent: Ludimedia
Wydawca: Ubisoft
Data wydania: 1 września 1995 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 150 MB
Cena: 21 PLN


Tekst powstał dzięki naszej współpracy z Play-Asia! Dzięki Waszym zamówieniom zrobionym tam przez wejście przez nasz reflink (w banerze poniżej) oraz/lub z użyciem naszego kuponu zniżkowego będziemy w stanie zrecenzować jeszcze większą liczbę gier.

play-asia-bannerplay-asia_mypsvita


You may also like...

1 Response

  1. Robert pisze:

    no hardcore fest, piwerwszego bosa nie umiałem pokonac

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *