VASARA Collection

Poprzednią recenzję napisałem o dość trudnej do opanowania japońskiej bijatyce. Ale ona to pryszcz przy shoot’em upie pt. VASARA.

Pełna nazwa wydania, jak już zauważyliście w tytule, zawiera w sobie „kolekcję”. Składają się na nią dwie części shoot’em upa, które zostały wydane odpowiednio w 2000 i 2001 roku w Japonii, i dopiero teraz ją opuściły.  Wydanie na Vitę składa się z tych dwóch pozycji, z kolei pozostałe platformy mają jeszcze specjalny, nowy tryb „Timeless”, który cechuje się grafiką 3D oraz opcją ogrania scenariusza bez przerw oraz w nawet cztery osoby. Formy takiej zabawy na PSV nie ma, ponieważ QUByte nie było w stanie przerzucić na kieszonsolkę nowej grafiki, aby wszystko sprawnie działało. Jeśli chodzi o multi, to na samej Vicie nie ma takiej opcji, ale… od czego jest PSTV! Na niej można bawić się w dwie osoby.

Każda z obu gier daje nam szansę zobaczenia alternatywnej, futurystycznej historii feudalnej Japonii. W pierwszej części zadaniem trojga śmiałków staje się pokonanie Ieyasu Tokugawy. W drugiej już czworo chętnych musi podjąć się powstrzymania ekspansji Ody Nobunagi. Każda z tych gier oferuje kilka zakończeń, które różnią się w zależności od wybranej postaci (to jasne) oraz podejmowanych wyborów (to za cholerę nie było dla mnie jasne, może chodzi o ilość pokonanych oficerów?). Poza tym nie mam pojęcia, jak wygląda którykolwiek ending, bo, kurde, nie jestem w stanie przejść tych gier…

Najpierw, standardowo, podszedłem do części pierwszej na normalnym poziomie trudności bez modyfikacji. Zaliczyłem dwa etapy, padłem w trzecim. To, co się działo w trakcie, już właściwie od samego początku, mogę określić jedynie jako rozpierdol, który nabierał coraz większego rozmachu, a ja byłem w stanie tylko próbować jak najrzadziej ginąć. Pierwsze porównanie, jak mi przychodzi na myśl, to Shikhondo. Tam było właściwie to samo – w cholerę kul lecących w moją stronę, a ja, biedny żuczek, tylko co jakiś czas miałem lepszy lot. Nie brakowało takiego nagromadzenia przeszkód, że albo ledwo, albo wcale im nie umykałam… No ale, nowo wydane gry z tego formatu miewają ułatwienia, tak samo jest z VASARA Collection. Ustawiłem więc „free play”, który daje nieograniczone wznowienia rozgrywki, podbiłem liczbę ataków specjalnych do trzech oraz liczbę żyć do pięciu. Co to dało na normalu? Ano zaszedłem do ostatniej planszy, a tam nowy zonk.  Okazuje się, że opcja wznowienia gry od miejsca zgonu przestaje być tam aktywna. No i dupa zbita. Przeszedłem na tryb łatwy i co? To samo… Z kolei w drugiej części, oprócz prowadzonej postaci, wybiera się też liczbę plansz – 6 to opcja łatwa, 12 to trudna. Na początek wziąłem łatwą. I co? To samo, ostatniego etapu nie dam rady zaliczyć, bo jest taka sieka, że padam w trakcie. Raz dotarłem do bossa, a może był to miniboss? W każdym razie zginąłem i cofnęło mnie na początek planszy…

Graficznie jest bardzo ładnie, ale też miniaturkowo. QUByte w wersję podstawową chyba zbytnio nie ingerowało, co może właśnie wyjaśniać taki mały ekran. Wszystko jest zbite, wręcz kompaktowe przy normalnej grze (jest też tate mode), choć zaskakująco czytelne, a przynajmniej przez większość czasu. W każdej części robi wrażenie bardzo dokładna, stara pikselartowa grafika, sieka z pocisków i projekty przeciwników oraz teł. Dla samej wizji techno-feudalnej Japonii warto w tę grę zagrać! Muzyka również świetnie nawiązuje do to tamtych czasów, a przynajmniej tego, co do tej pory przedstawiały nam inne gry, filmy czy anime, które próbowały być historycznie dokładniejsze. Szkoda tylko, że przez sporą część czasu muzyka jest zagłuszana odgłosami wystrzałów. Jak zwykle jest mi to obojętne, tak w tej grze zdecydowanie brakuje suwaków do regulacji poszczególnych elementów audio.

Może i powinienem napisać coś więcej o gameplay’u w VASARA Collection, ale mija się to z celem. Naprawdę wystarczy Wam wiedzieć, że jest to po prostu rozpierdol zrobiony pod Azjatów i mistrzów gier zręcznościowych. Co najdziwniejsze w tym wszystkim, miałem sporą frajdę z próby przetrwania tej sieki, a przynajmniej do czasu dotarcia do ostatniego etapu każdej części. Serio, taka zagrywka, gdy już wcześniej było masakrycznie, to jedna z najpodlejszych rzeczy, jaką devi mogą zrobić graczowi… I teraz nie wiem, z jednej strony dałbym jakąś przyzwoitą ocenę, np. siedem, bo mimo ciągłego ginięcia brnąłem dalej; z drugiej przydałoby się zaniżyć ocenę, bo się tego nie da przejść, gdy nie ma się porządnego skilla… Tak więc oceny nie będzie. Powiem tylko, że w grę zagrać warto, ale im macie niższy poziom zdolności i koordynacji, tym mniej powinniście dać, żeby Was potem szlag nie trafił, że przepłaciliście.


Serdecznie dziękujemy QUByte Interactive
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: VISCO Corporation, QUByte
Wydawca: QUByte
Data wydania: 14 sierpnia 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 160 MB
Cena: 39 PLN

Gra jest również dostępna na Nintendo Switch w cenie 40 PLN.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *