Samurai Shodown

Samurai Shodown (Japończykom znana pod nazwą Samurai Spirits) zawsze było tą mniej znaną w mainstreamie serią bijatyk. Choć w latach 90. cieszyła się ona całkiem sporym uznaniem, przez zawirowania wewnątrz samego SNK częstotliwość wydawania kolejnych gier znacznie spadła. Po wyjątkowo słabo ocenianym Samurai Shodown Sen na kolejną część serii gracze musieli czekać ponad dziesięć lat. Chwila powrotu jednak nadeszła – w 2019 roku serii udało się powrócić na właściwe tory dzięki rebootowi.

SNK trochę zajęło znalezienie pomysłu na rozwinięcie serii. Samurai Shodown okazało się być dla znanego głównie z The King of Fighters studia sporym krokiem milowym. Jest to pierwsza gra producenta korzystająca z Unreal Engine 4, który zastąpił ewidentnie pachnący zeszłą epoką silnik SNK. Rodziło to sporo nadziei, ale i obaw. Koniec końców otrzymaliśmy bijatykę, która nie tylko nie tylko zadowoliła wieloletnich fanów, ale jest też świetną propozycją dla zupełnych noobów (takich jak ja).

Samurai Shodown jest zdecydowanie nietypowe. Nie znajdziecie tutaj do wykucia opasłej listy ruchów dla każdej postaci, a combosy, w typowej dla gatunku formie, są tutaj właściwie nieobecne. Każdy zawodnik walczy przy pomocy jakiegoś rodzaju broni białej. Do przycisków Y/X/A/B przypisane są kolejno cztery ataki – szybki i lekki, nieco silniejszy i o większym zasięgu, silny i powolny, oraz kopnięcie. Do tego niewielki zestaw wyjątkowo podstawowych i prostych do wykonania inputów, unik, blok aktywowany przy cofaniu się, niezadający obrażeń chwyt i z podstaw to właściwie tyle.

Dodatkowej głębi dodaje pasek gniewu znajdujący się na dole ekranu, który wzrasta wraz z otrzymywanymi obrażeniami. Kiedy wypełni się całkowicie, nasze ciosy nie tylko stają się mocniejsze – możemy wyprowadzić jeden z dwóch ataków specjalnych, którym towarzyszy spektakularna animacja. Pierwszy z nich zadaje mniejsze obrażenia i jest zwykle łatwiejszy do zablokowania, lecz kiedy trafi, wytrąca broń z ręki przeciwnika zmuszając go do walki wręcz. Zadawane przez niego obrażenia są wtedy znacznie mniejsze i aby wrócić do pełni formy, miecz należy podnieść. Oczywiście kończy się to prawdziwym tańcem wokół wbitego w ziemię ostrza, podczas którego jeden z graczy próbuje go odzyskać, gdy drugi bacznie go pilnuje.

Drugi atak specjalny jest znacznie bardziej śmiercionośny i jest w stanie skrócić pasek zdrowia o około siedemdziesiąt procent. Jest jednak haczyk – ruchu tego możemy użyć tylko raz w trakcie całego meczu. Jeśli chybimy bądź nasz atak zostanie zablokowany, karta ta wypada z naszej talii.

Wreszcie, jeśli znajdziemy się w sytuacji kryzysowej, a nasz pasek gniewu wciąż nie jest w pełni naładowany, w każdym momencie jednym naciśnięciem możemy dokonać eksplozji gniewu, który naładuje go w pełni na kilka sekund. Możemy wtedy wciąż wyprowadzać cios specjalny, ale także błyskawiczne ostrze – wyjątkowo szybkie cięcie, które powoduje u przeciwnika olbrzymi krwotok i zmniejsza jego zdrowie o połowę. Eksplozja ma jednak swoją cenę – po jej zużyciu nasz pasek gniewu całkowicie znika pozbawiając zawodnika ataków specjalnych przez resztę meczu.

„Easy to learn, hard to master” jest pewnie jednym z najbardziej oklepanych zdań w historii gier kompetytywnych, ale tutaj pasuje jak ulał. W Samsho nie liczy się to jak dużo czasu spędziliśmy w trybie treningowym próbując wyuczyć się listy ciosów, lecz odpowiednie pozycjonowanie i przewidywanie ruchów przeciwnika. Jeden odpowiednio wymierzony atak może pozbawić zawodnika prawie połowy paska zdrowia. Podjęcie ryzyka potrafi być bardzo wynagradzające, ale jeśli przeciwnik odczyta nasze intencje, jest w stanie wyprowadzić dewastującą kontrę.

Do dyspozycji mamy siedemnaście postaci. Liczba ta nie powala, ale przyznać trzeba, że każdy z nich wyróżnia się na tle reszty. Nie ma tutaj żadnych klonów, zestawy ruchów są różnorodne, a sami bohaterowie są pełni życia i charyzmy. Nie mogło zabraknąć ikonicznych dla serii zawodników jak Haohmaru czy będącej jedną z maskotek SNK Nakoruru, ale znalazło się miejsce dla świeżej krwi – młodego samuraja Yashamaru, uzbrojoną w ogromną piłę Darli Dagger, oraz obeznaną w feng shui Wu-Ruixiang bojącą się demonów, które sama przyzywa. Za pomocą DLC roster możemy powiększyć o kolejnych czterech zawodników, a SNK już zapowiedziało kolejny sezon dodatków.

Reboot Samsho zdecydowanie broni się systemem walki i przyjemnym zestawem bohaterów. Problemem gry okazuje się jednak być niezbyt imponująca zawartość. Czuć, że SNK nie jest już na tej samej pozycji w branży co kilkanaście lat temu i nie dysponuje takim budżetem jak Capcom, Bandai Namco, Netherrealm Studio czy nawet Arc System Works. Tryb fabularny to zwykła drabinka, w której mierzymy się z serią przeciwników na oddzielnych arenach, przerywana co jakiś czas krótkimi cutscenkami. Kiedyś taki kierunek był normą, dzisiaj w sytuacji, gdzie niemal każda duża bijatyka posiada ambitne kampanie wypełnione dialogami i przerywnikami filmowymi, chciałby się więcej. Poza tym offline możemy stoczyć zwykły pojedynek, serię walk ze wszystkimi postaciami w grze, włączyć tryb Survival stawiający przed nami nieskończoną liczbę oponentów komputerowych oraz kopię tego ostatniego z dodanym limitem czasowym. W skrócie – gracze planujący grać sami nie znajdą tu zbyt wiele atrakcji.

Niezbyt dużo mogę tez napisać o online. Mamy tutaj jedynie tryb rankingowy oraz casualowe pokoje, w których walczyć może maksymalnie dziesięć osób. Chciałbym skomentować jakość netcode’u, ale jako że port nie miał jeszcze premiery na zachodzie i SNK nie aktywowało europejskich serwerów, olbrzymi lag całkowicie uniemożliwia zabawę. Mimo to udało mi się znaleźć kilka gier, więc wygląda przynajmniej na to, że serwery nie świecą pustkami. No i jest jeszcze połowicznie multiplayer’owy tryb Dojo, w którym możemy mierzyć się z duchami CPU utworzonymi na podstawie obserwacji innych graczy. W praktyce duchy nie wykazują żadnych oznak inteligencji, najczęściej skaczą w jednym miejscu zastanawiając się najwidoczniej nad sensem własnego życia.

Przyszedł czas na porozmawianie o porcie. Jest nieźle. Specyficzny styl graficzny Samurai Shodown naśladujący japońskie malarstwo całkiem nieźle maskuje mniejszą szczegółowość aren, w oczy rzucają się jedynie żywo reagujące na walkę NPC w tle, których modele wyglądają jak coś z czasów świetności pierwszego Resident Evil (modele samych zawodników pozostały bardzo szczegółowe). Rozdzielczość zarówno w obu trybach działania konsoli jest wystarczająco wysoka, chociaż czuć, że ilość pikseli generowanych na ekranie jest zmienna w zależności od areny i natężenia walk. Z minus pod tym względem wypada jedynie HUD, który skaluje się razem z rozdzielczością, co owocuje rozmazanymi imionami przy paskach zdrowia bohaterów. Najbardziej bałem się oczywiście framerate’u, głównie przez to, że w porcie SNK Heroines z 2018 roku studio przenoszące grę ucięło ilość generowanych na sekundę klatek o połowę. Samurai Shodown radzi sobie znacznie lepiej – gra celuje na Switchu w 60FPS i choć zdarzają się niewielkie spadki, nigdy nie są one na tyle wyczuwalne, aby zabić przyjemność z gry. Samsho z pewnością będzie jeszcze aktualizowane, więc liczę, że Safari Games – które jest odpowiedzialne za wersję na Switcha, uda się jeszcze wygładzić framerate i rozwiązać drobne problemy do momentu zachodniej premiery. Do ideału jest bowiem naprawdę blisko.

Nowe Samurai Shodown przypadło mi do gustu. Jest to gra zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych bijatyk i powinna być świetnym punktem wejścia dla osób, które próbują wejść w ten gatunek. Ilość zawartości dla jednego gracza nie powala, ale sam system walki jest wystarczająco wciągający, abym nie mógł się doczekać aktywowania europejskich serwerów. SNK powoli wraca do formy, którą kiedyś utraciło i liczę, że za sprawą kolejnych gier – w tym będącego obecnie w produkcji The King of Fghters XV, firmie uda się z czasem wrócić na szczyt. Póki co wspinają się w jego kierunku bez zadyszki.


Ocena: 8/10


Producent: SNK, Safari Games
Wydawca: SNK
Data wydania: 25 lutego 2020 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 10.1 GB
Cena: $49.99


Tekst powstał dzięki naszej współpracy z Play-Asia! Dzięki Waszym zamówieniom zrobionym tam przez wejście przez nasz reflink oraz/lub z użyciem naszego kuponu zniżkowego będziemy w stanie zrecenzować jeszcze większą liczbę gier.

play-asia_mypsvita


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *