The Legend of Heroes: Trails of Cold Steel III

Poprzednie dwie części Trails of Cold Steel otrzymały od nas bardzo wysokie noty. I choć osobiście jestem wobec nich nieco bardziej krytyczny, trzecia część zmagań Reana Schwarzera to moim zdaniem nie tylko najlepsza część historii Erebonii, ale też jeden z najlepszych japońskich RPG, w które można zagrać na Switchu – pod warunkiem, że zaznajomieni jesteśmy z poprzednikami.

Recenzja, którą teraz czytacie, zajęła mi znacznie więcej czasu niż początkowo planowałem. Jako że jeszcze kilka miesięcy temu moja wiedza na temat serii Trails ograniczała się do wstępów artykułów na Wikipedii, kompetentne przygotowanie tekstu wymagało ode mnie przejścia w parę miesięcy nie tylko Trails of Cold Steel III, ale jego dwóch prequeli. W sumie trzech ogromnych gier, które razem na spokojnie mogą wyrwać z życia ponad 300 godzin.

„It’s like poetry, they rhyme.”

Dlatego na wstępnie warto się zwrócić w kierunku osób, które w poprzednie części nie grały i zastanawiają się, czy warto zacząć przygodę z serią od Trails of Cold Steel III. Bez owijania w bawełny – nie. Trails of Cold Steel to tylko jeden z członów większej serii Trails. Gry te charakteryzują się wyjątkowo długimi i skomplikowanymi scenariuszami. Fabuła Cold Steel III dla przykładu zajęła ponad półtora miliona japońskich znaków – to prawie trzy razy tyle, ile słów liczy cały Władca Pierścieni (wliczając Hobbita). Wszystkie gry z serii Trails są ze sobą bardzo ściśle powiązane. I choć seria Cold Steel jest tworzona z myślą o przyciągnięciu nowych graczy, którzy nie mieli wcześniej przyjemności zagrać w trylogię Trails in the Sky oraz Zero no Kiseki i  Ao no Kiseki (które do dzisiaj nie doczekały się oficjalnych lokalizacji), znajomość wydarzeń z przynajmniej z Cold Steel i Cold Steel II jest kluczowa. Zagranie w Cold Steel III bez tej wiedzy to odpowiednik czytania trzeciego tomu książki od połowy. I tak, w menu głównym znajdziecie streszczenia wydarzeń poprzednich gier, ale jest ono raczej skierowane do osób, które chcą sobie odświeżyć pamięć.

Jeśli więc w poprzednie części nie graliście, zachęcam was do zakończenia czytania na tym akapicie i przeczytania naszej recenzji pierwszego Trails of Cold Steel na PlayStation Vita. Od siebie mogę dodać jedynie, że to naprawdę solidna (chociaż może nieco zbyt rozciągnięta) produkcja wyróżniająca się świetną fabułą, postaciami i taktycznym systemem walki. Jeśli poza Switchem nie posiadacie natomiast żadnej innej konsoli, uspokoję was informacją, że porty dwóch pierwszych części na komputery osobiste są bardzo solidnie i mało wymagające nawet dla starszego sprzętu.

Skoro czytacie dalej, to znaczy, że graliście w Cold Steel i Cold Steel II, lub nie boicie się spoilerów. Nie przedłużając więc, zacznijmy rozmawiać o trzecim akcie tetralogii.

Wydarzenia Trails of Cold Steel III rozpoczynają się półtora roku po zakończeniu Trails of Cold Steel II. Choć wojna domowa się zakończyła, sytuacja w Ereboni w dalszym ciągu jest niestabilna. Rean Schwarzer, choć świeżo po ukończeniu szkoły, dzięki rozwiązaniu licznych konfliktów wewnętrznych oraz zewnętrznych stał się bohaterem narodowym. Dzięki swoim zasługom i sławie młody protagonista szybko otrzymał propozycję nauczania w nowo założonym oddziale Akademii Wojskowej Thors położonym w niewielkim miasteczku o nazwie Leeves. Tak więc z powrotem wracamy na uczelnię, choć tym razem jako nauczyciel.

Fani znajdą w trójce kontynuację wątków praktycznie wszystkich ważniejszych (a nawet trzecioplanowych) bohaterów z poprzednich gier. Ważną rolę w fabule odgrywa nawet kilka postaci z Trails in the Sky i Zero no Kiseki. Trochę się początkowo obawiałem, że przez nieznajomość tych gier pogubię się w relacjach między postaciami spoza Erebonii, ale gra na szczęście poświęca odpowiednio dużo czasu na ich przybliżenie i nie tylko nigdy nie czułem się skonfundowany ich obecnością, ale i sam zdążyłem ich polubić.

Cały interfejs przeszedł spory lifting i jest znacząco łatwiejszy w obsłudze.

Pod względem struktury rozgrywki nie zmieniło się zbyt wiele. Rean staje na czele zupełnie nowej Klasy Siódmej, która w ramach zajęć co miesiąc wyrusza do różnych części Imperium i wykonuje tam zadania przygotowane przez szkołę. Każda podróż trwa kilka dni, składa się klasycznie z serii obowiązkowych i opcjonalnych questów zleconych przez lokalną społeczność, aż do momentu, gdy na scenę wchodzi „złoczyńca odcinka”, sprawy się komplikują, a Rean razem z członkami nowej oraz poprzedniej Klasy Siódmej ratują sytuację.

Gra, tak jak wcześniej, wykorzystuje te momenty do rozstawienia fabularnych pionków i zapoznania nas nie tylko z ogólną intrygą, ale głownie z nowymi postaciami. Nowa Klasa Siódma jest mniej liczna niż grupa z poprzednich gier. Juna to była kadetka z Akademii Policyjnej z Crossbell próbująca poradzić sobie z faktem studiowania w Imperium, które zaanektowało jej dom (i do tego pod okiem instruktora, który w tym pomógł). Kurt, przyrodni brat Muellera Vagnera, stara się udowodnić, że jest wstanie sprostać oczekiwaniom nałożonym na niego przez własne nazwisko. Altina, którą poznać mogliśmy już w Trails of Cold Steel II, w dalszym ciągu zmaga się ze swoją skomplikowaną relacją z rodzeństwem Schwarzerów oraz własnym pochodzeniem. Musse ma niezdrową wręcz obsesję na punkcie swojego Instruktora, a arogancki Ash to książkowy przykład bad boy’a.

Blade – prosta karcianka, w którą mogliśmy zagrać w jedynce i dwójce, zostało zastąpione przez znacznie bardziej ambitne i rozbudowane Vantage Master. W sklepach możemy nawet kupować pojedyncze karty i budować własną talię.

Nowa klasa to mieszanka jak najbardziej wybuchowa, a Falcom pokaz kolejny pokazał, że mało kto może się z nimi równać, jeśli chodzi o pisanie zniuansowanych i ciekawych postaci. Razem ze starszą kadrą nowi bohaterowie solidnie kontynuują wątki rozpoczęte wcześniej, a zakończenie to cholernie satysfakcjonująca jazda bez trzymanki. Co prawda końcowy cliffhanger pozostawia prawdopodobnie więcej pytań niż odpowiedzi, ale ciężko uznać to za minus, skoro w Trails of Cold Steel IV będziemy mogli zagrać za kilka miesięcy. I uprzedzając pytania – tak, w końcu fani japońskiej ścieżki mogą ją pobrać za darmo z eShopu.

Po powrocie z misji gra pozwala nam na odsapnięcie. Eksplorować możemy wtedy kampus uczelni oraz miasto, w którym spędzamy czas z przyjaciółmi wydając Bonding Points, wybieramy się na zakupy, rozwiązujemy proste fetch questy lub po prostu rozmawiamy z innymi instruktorami oraz uczniami pozostałych klas. Kampus w Leeves ma znacznie mniejszą liczbę studentów niż główny oddział, dzięki czemu nawet uczniowie nienależący do naszego zespołu dostali znacznie więcej czasu ekranowego. Jeśli tęskniliście natomiast za eksploracją kolejnych pięter Old Schoolhouse z jedynki, to ucieszycie się na wieść, że i ten  motyw powraca w nieco zmienionej formie.

Miłą nowością jest pozbycie się aren, na które przenoszeni byli bohaterowie po przejściu do walki. Zamiast tego bitwy toczą dokładnie na tej części mapy, gdzie zetknęliśmy się z przeciwnikiem. Podoba mi się też, że wszystkie dostępne akcje przypisano do konkretnych przycisków na padzie, rezygnując tym samym z typowej listy.

Zaskoczyły mnie za to spore zmiany, jakie przeszedł system walki. Rdzeń pozostał taki sam. Członkowie drużyny i wrogowie atakują naprzemiennie, postacie korzystają z Artów, Craftsów i zwykłych ciosów. Trafienie crita lub słabego punktu pozwala na follow-up ze strony członka drużyny połączonego z pierwszym atakującym więzią, a te z kolei zwiększają liczbę Bravery Point, które wykorzystać możemy na Rush i Burst. Zrezygnowano jednak z Overdrive’a z dwójki. Zamiast tego zapożyczono z Ys system Breaków. Wrogowie posiadają nie tylko paski zdrowia, ale też wskaźnik wytrzymałości. Kiedy ten spadnie do zera, przeciwnik zostaje oszołomiony, a wszystkie ataki skierowane w jego kierunku są przybierają na sile i gwarantują wytrącenie go z równowagi. Dodatkowo Bravery Points możemy wymieniać teraz na Rozkazy, które dodają całej naszej drużynie konkretne buffy przez ograniczoną liczbę tur. Te dwie zmiany wywróciły całą walkę do góry nogami i zmieniły sposób, w jaki podchodziłem do każdej potyczki. Jeśli dobrze przemyślimy naszą strategię, możemy pokonać nawet najsilniejszych przeciwników w kilkanaście sekund nie dając im nawet okazji na wykonanie ruchu. Niektórym fanom może się to nie spodobać, bo znacząco obniżyło to trudność gry. Nie oznacza to jednak, że Cold Steel III przechodzi się same. Nowy system wynagradza po prostu ostrożne rozplanowanie działań, a pomyślne wykonanie planu i pokonanie bossa, który chwilę wcześniej wytarł całą naszą drużyną podłogę jednym S-Craftem jest niesamowicie satysfakcjonujące. Jeśli jednak uznacie, że jest zbyt łatwo, zawsze możecie zmienić poziom trudności w menu gry.

Rush wykonywać możemy teraz mając dwa zamiast trzech BP. Gra jest bardzo hojna, jeśli chodzi o ich zarabianie, więc nie ma potrzeby oszczędzania ich tylko na potyczki z bossami.

Trails of Cold Steel III to też pierwsza gra z serii żegnająca PS3 i PS Vita, projektowana z myślą głównie o konsolach obecnej generacji. Spodziewać się można więc było widocznego przeskoku graficznego. Gra co prawda wciąż korzysta z dosyć już przestarzałego PhyreEngine, ale mimo to od razu widać większą szczegółowość modeli postaci i otoczenia oraz poprawione oświetlenie. Falcom to wciąż relatywnie niewielki producent i ich gry nigdy nie były graficznymi bestiami, ale zdecydowanie nie można powiedzieć, aby Cold Steel III pod tym względem zawodziło. Czasami w oczy rzucają się jedynie elementy zrecyklingowane z pierwszych dwóch części, które odbiegają od reszty pod względem oprawy graficznej. Ogólnie jednak jest lepiej niż się spodziewałem. O ile wizualia nie mogą zbytnio konkurować z grami jRPG-owych molochów jak Square Enix, tak oddział audio Falcom nie ma zupełnie czego się wstydzić. Soundtrack Trails of Cold Steel III jest tak samo olbrzymi jak we wcześniejszych grach. Nie brakuje tutaj gitarowych tematów bitewnych, spokojniejszych melodii towarzyszących eksploracji i epickich utworów orkiestrowych.

Nieco mieszane odczucia mam natomiast co do optymalizacji wersji na Switcha. Jeśli planujecie grać głównie w trybie przenośnym, to od razu was uspokoję – na handheldzie gra wygląda świetnie. Na oko działa w natywnej rozdzielczości ekranu konsoli i raczej nie korzysta z żadnego rodzaju DRS. Framerate przez zdecydowane 99% gry jest stabilny, a na lekkie spadki natrafiłem zaledwie w paru konkretnych miejscach.

Walki mechów również wracają, ale nie doczekały się praktycznie żadnych zmian – może poza faktem, że teraz poza Reanem udział w nich bierze też dwójka innych członków drużyny.

Zawiódł mnie natomiast tryb zadockowany. Gra nie wykorzystuje skoku mocy GPU w żaden sposób poza już całkowitym zablokowaniem frameratu w miejscach sprawiających lekkie problemy na handheldzie. Nie zostają też włączone lepszej jakości filtrowanie tekstur i jakikolwiek antyaliasing. Nie będę zgrywał jakiegoś graficznego purysty, którego 720p na telewizorze drapie w oczy, ale biorąc pod uwagę jak dobrze gra działa w trybie przenośnym, mogło być lepiej.

Prawdziwym problemem portu na Switcha jest jednak stabilność. W paru konkretnych lokacjach gra co parę sekund zamarza i odmraża się. Szczególnie problematyczne pod tym względem okazały się place w miastach, które odwiedzamy w połowie i pod koniec gry. Problem nasila się po włączeniu Turbo Mode przyspieszającego wszystkie akcje w grze. W najlepszym wypadku problem mija po kilkunastu sekundach. W najgorszym nie mija wcale i zmuszeni jesteśmy do zrestartowania gry. Przekonałem się o tym boleśnie, gdy silnik zawiesił się w taki sposób jakieś dwie godziny po zrobieniu ostatniego save’a. Jeśli więc planujecie ograć tytuł na Switchu, to nie popełniajcie mojego błędu i zapisujcie stan zabawy jak najczęściej (to na szczęście trwa ułamek sekundy).

Silnik gry ma swoje lata, ale czasami Falcomowi udaje się wycisnąć z niego tyle, że warto się zatrzymać i porozglądać.

Pod koniec Trails of Cold Steel II zacząłem odczuwać lekkie znużenie. Może było to spowodowane faktem, że przez około trzy miesiące nie grałem prawie w nic poza Trailsami.  A może tym, że epilog w drugiej części był rozciągnięty do granic możliwości. Trails of Cold Steel III wciągnęło mnie jednak do tego stopnia, że wciągnąłem jej 90-godzinną kampanię bez popity w nieco ponad tydzień. Fabularnie to chyba najbardziej skondensowana gra do tej pory, zmiany w systemie walki bardzo przypadły mi do gustu, relacje nowych i znanych bohaterów śledziło mi się z zaciekawieniem, a zakończenie pozostawiło mnie w takim stanie, że czwórka natychmiast wskoczyła na szczyt mojej listy najbardziej wyczekiwanych premier 2021. Nieco surowy stan portu nie jest w stanie tego zmienić.


Ocena: 9/10


Serdecznie dziękujemy NIS America
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Nihon Falcom
Wydawca: NIS America
Data wydania: 30 czerwca 2020
Dystrybucja: fizyczna i cyfrowa
Waga: 7.1 GB
Cena: 240 PLN


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *