Prinny 2: Dawn of Operation Panties, Dood!

Liczyłem na to, że druga część Prinny jednak będzie do przejścia. I rzeczywiście, było, ogólnie mówiąc, łatwiej, ale znowu ostatni boss jest niedorzeczny…

Poprzednio demonicznej władczyni Etnie został ukradziony deser, więc posłała na rzeź tysiąc prinnych, aby miała co przegryźć następnego popołudnia. Tym razem znów doszło do kradzieży jej rzeczy, ale sprawa jest znacznie poważniejsza. Otóż zniknęły jej majtki! Co za tym idzie, pokutujące dusze ponownie dostają misję do wykonania. Fabuła, jak widzicie, w dalszym ciągu jest niepoważana, a im więcej dialogów czytamy, tym jest absurdalniej. Nie uległa zmianie też szata graficzna i audio. Doszły nowe plansze, kilka potworów oraz utwory, więc otrzymaliśmy czystą kontynuację koncepcji świata, co w tym przypadku jest na plus, bo jest świetna.

Jest jeden taki i ma niecny plan!

Podstawy rozgrywki zostały te same. Prinnych do dyspozycji mamy tysiąc, jest też dziesięć plansz do przejścia (z czego dwie to sam boss, a jedna ma ich kilku). Pingwin nadal skacze i robi atak tyłkiem do ogłuszania przeciwników i aktywacji obecnie większej liczby przycisków. Ruch ten pozwala też odbić się od strzelających gargulców, co wcześniej nie było możliwe. Zabijanie przeciwników nadal odbywa się za pomocą dwóch krótkich mieczy i posyłania fal energii przy ciachaniu z wyskoku. Bolączką poprzedniej części było jednak to, że każdy zamach wiązał się z naciśnięciem przycisku, a często trzeba było nawalać w niego jak najszybciej. W Prinny 2 twórcy poszli nam troszkę na rękę, dając do dyspozycji białe rzodkwie. Jeśli się na nie zdecydujemy, dostajemy opcję autoataku przy przytrzymaniu przycisku. Jest to bardzo duża pomoc, ale też ma wadę, bo ciosy zabierają wrogom mniej HP. Łatwo też się zapomnieć w szale szlachtowania, co nieraz przełoży się na za późne przerwanie go i, na przykład, polecenie z rozpędu prosto w przepaść, czy oberwanie kulą ognia posłaną przez bossa. Ważną zmianą jest również zmiana zasady działania paska combo. Wcześniej bardzo trudno było go naładować, bo właściwie tylko przywalenie z tyłka go podnosiło. Teraz wpływ mają też zadane ciosy i nawet zbierane słodycze. Gdy pasek się naładuje, prinny ładuje się i wysyła pioruny, które niszczą najbliższych wrogów, ale też mogą rozwalić podłożowe, więc nieraz wpadnięcie w szał kończy się spadnięciem w przepaść. Pełny pasek combo zwiększa też prędkość zadawanych ciosów oraz dodaje dwa ruchy. Kręcący się unik staje się atakiem, ale ciężko dobrze trafić z jego użyciem. Bardziej przydatny jest wślizg, który efektywnie niszczy wroga. Tyle że potrzebny do uruchomienia R na joy-conach działa kiepsko, przez co częściej spala się próbę jego wykonania.

Tutaj po raz pierwszy straciłem za wiele żyć…

Jak więc widzicie, mimo że Prinny 2 ma pewne ułatwienia, to mają one też cenę. Jednak dodanie ich oraz horrendalne wymogi jedynki wpłynęły na obecne w dwójce poziomy trudności. Najgorszy znowu oferuje tylko jedną skuchę. Standardowy to teraz dwie skuchy. Zacząłem grać na nim, ale po dwóch pierwszych planszach stwierdziłem, że wcale nie jest łatwiej niż było. Wybrałem więc nareszcie dodaną łatwiejszą opcję. Skuchy są trzy, a podczas plansz można też znaleźć sporadyczne dodatkowe szanse (już w postaci pieluch, nie szalika, no przezabawne…). Są też różnice w ilości uderzeń z dupy potrzebnych do ogłuszenia bossa, bywają też zmiany w planszy w postaci zasłonięcia dziur w płaszczyznach, np. przy ostatnim bossie. Całkiem sprawnie radziłem sobie na takim poziomie przez trzy kolejne poziomy. Mając z 800 prinnych dotarłem do szóstej planszy, która była ciężka, ale końcowy przeciwnik zadziwiająco łatwy. Następnie trafił się pojedynczy szef, a przy nim dwieście pingwinów poszło do piachu… Dalej już było różnie z poziomem plansz i bossów, ale straciłem w przeciągu trzech leveli jakieś 300 jednostek. Mając jeszcze kolejnych trzysta dotarłem w końcu do ostatniego przeciwnika i natychmiast zwątpiłem. Tak jak w poprzedniej części spojrzałem na YT i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że to jest dla mnie niewykonalne. Znów właściwie nie ma czasu na błąd, ataki do unikania są obłędne i trzeba zadać cholernie dużą liczbę ciosów w tych warunkach. I tu wtrącę, że sterowanie się nie zmieniło, nadal jesteśmy odrzucaniu po natrafieniu na wroga czy ataku, co chwilę wiec lecimy w dół, i brakuje płynnego przejścia między ruchami, więc uniki nie są sprawne. Jest ciężko po prostu.

A to boss z siódmej planszy. Oprócz niszczenia tarczy bossa trzeba też mieć na uwadze lodowe struktury robione przez gigantkę w tle…

W porównaniu do jedynki Prinny 2 nie zmienił się znacząco w swoich podstawach, przez co jest ciekawą pozycją do sprawdzenia po jedynce. Mam jednak nieodparte wrażenie, że twórcy nie potrafią zbalansować tej gry, czyli w zależności od wybranej opcji albo jest w cholerę trudna, albo poziom trudności mocno się waha na przestrzeni dziesięciu leveli. Na początku myślałem, że będę mógł polecić Wam tę część jako stater, ale mam wątpliwości, bo w końcu grę powinno dać się przejść na najłatwiejszym ustawieniu, ale tak nie jest. Jest taka sama masakra jak poprzednio, więc jeśli nie obawiacie się tego wyzwania, równie dobrze możecie zacząć od jedynki, a dwójkę potraktować jako ewentualne przedłużenie zabawy. Prinny 2 to wciąż dobra produkcja,  ale w kwestii rozgrywki wydaje się mniej dopieszczona i zbalansowana przez wprowadzone zmiany. Natomiast jeśli ktoś radzi sobie w takich grach i lubi je maksować, to jest tu pod tym względem trochę większe pole do popisu niż poprzednio. Na tym kończę ten platformówkowy koszmar, odreaguję przy czymś spokojniejszym.


Ocena: 7/10


 Serdecznie dziękujemy NIS America
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Nippon Ichi Software
Wydawca: NIS America
Data wydania: 16 października 2020
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna (tylko kolekcjonerskie wydanie limitowane)
Waga: 1,22 GB
Cena: 80 PLN

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *