Donkey Kong Country (SNES)

Na SNES-ie grałem przez dzień, może dwa, bo wypożyczyłem go w wypożyczalni kaset wideo jakieś 20 lat temu… Na pewno miałem wtedy jedną grę – Donkey Kong Country.

Z kongowych produkcji zagrałem później już tylko w Donkey Kong Country: Tropical Freeze na Switchu. Jeśli spojrzycie do recenzji, zobaczycie, że świetnie się przy tym tytule bawiłem. Długo też czekałem, aż Nintendo w końcu doda do swojego abonamentu online pierwsze tytuły z serii Country. Zależało mi na tym, bo byłem ciekaw, jak pierwowzory się zestarzały i czy od początku te platformówki dawały tyle frajdy. Poza tym pamiętam, że dwie dekady temu daleko w jedynce nie zaszedłem. Mam za to wyraźne wspomnienie, jak mi dywan przejeżdżał w lewo po kilku godzinach grania… Na szczęście podczas grania na Switchu, czy to w handheldzie, czy na monitorze, takiego efektu już nie było.

Czasem dziadkowi zbiera się na wspomnienia, jak to było w czasach 2D.

Fabuły właściwie tu nie ma. Rodzinie Kongów zostały wykradzione ze spiżarni banany i naszym zadaniem jest je odzyskać. Wiemy, kto za to odpowiada (gadzi król K. Rool), więc zostaje tylko przemierzyć sześć rejonów i dopaść go na jego statku. W sumie plansz jest 40, z czego siedem to pojedynki z bossami. Niestety tu od razu można powiedzieć, że Rare było leniwe w ich przypadku, bo dwa się powtarzają, a jednym z pozostałych jest metalowa beczka… W kwestii trudności z podstawowej szóstki dopiero mocniejszy sęp stanowi większe wyzwanie. Natomiast przy King K. Roolu trzeba się już wysilić, ponieważ nie jest to szybka walka, a mamy tylko jedną skuchę.

Też nie wiem, co robię na tej palmie.

W Donkey Kong Country prowadzimy dwie postaci, a są nimi tytułowy Donkey i jego przyjaciel Diddy, a ich obecność na ekranie obrazuje liczbę skuch. Jeśli jeden z nich odpadnie, zanim znajdziemy odpowiednią beczkę przywracającą nieobecnego, to po następnej wpadce tracimy życie. Życia z kolei możemy odrobić i uzbierać na zapas (najlepiej powtarzając pierwszą planszę…), gdy znajdziemy balonik, uciułamy sto bananów lub znajdziemy wszystkie cztery litery napisu „kong”. Poza tym na planszach poukrywane są złote trofea obrazujące jedno z kilku pomocnych zwierząt. Gdy znajdziemy trzy, przenosimy się na specjalną plansze, gdzie można zebrać dużo bananów w krótkim czasie. Jest to spora pomoc, ale zdecydowanie niewystarczająca, bo gra do łatwych nie należy.

Przez dłuższy czas starałem się nie ułatwiać za bardzo rozgrywki, więc kilka razy widziałem ten ekran.

Plansze składają się z dwóch etapów, pierwszy zwykle trochę łatwiejszy, drugi zawsze trudniejszy. Mniej więcej w połowie drogi przez level znajduje się check point, od którego można zacząć po śmierci. Co ciekawe, nie zaczynamy wtedy domyślnie od niego, tylko zostajemy wyrzuceni na mapę. Podczas gry nie zastanawiałem się zbytnio czemu tak jest, ale teraz pomyślałem, jak bardzo utrudnia przejście gry rozstawieniu stałych punktów zapisu gry. Na każdym etapie jest tylko jeden i to za każdym razem w innym miejscu. Na dodatek nie możemy swobodnie poruszać się pomiędzy obszarami. Pozwala na to dopiero podróż samolotem, która też nie zawsze jest odblokowana, gdy nam na tym zależy najbardziej. W związku z tym przed każdym zapisem trzeba przejść kilka plansz na posiadanych życiach. Oczywiście na każdym poziomie jest zawsze przynajmniej jedno miejsce, w którym zatrzymamy się na dłużej.

To miejsce jest ciężkie do zaliczenia…

Trzeba oddać Rare, że ich level design trzyma się do dzisiaj pod względem przyjemności ogrywania i wyzwania. Ale przede wszystkim muszę pochwalić bardzo dobrze przygotowane sterowanie. Poruszanie postaciami odbywa się gładko, są one bardzo sterowne oraz czuć różnicę, gdy prowadzi się Donkeya i Diddy’ego. (W takich momentach zastanawia mnie, dlaczego część współczesnych twórców nie radzi sobie z tą elementarną częścią platformówek.) Natomiast to, co czasem sprawia problem, to ograniczona szerokość ekranu, która sprawia, że trudniej przejść plansze za pierwszym czy nawet trzecim razem na jednym życiu. To jednak znak tamtych czasów i można by to jeszcze zaliczyć do zwiększenia poziomu trudności. Trochę mniej wiekiem gry można wytłumaczyć niektóre krawędzie, które niby wyglądają na odpowiednie do wybicia się, a w rzeczywistości spada się z nich lub nie wybija, bo ich wygląd nie oddaje punktu odbicia. Zresztą wpływać na nieudane wybicie może też poruszanie się bohaterów na czterech łapach, oraz gdy są obaj na ekranie, co czasem może wywołać małe zamieszanie.

Zwierzęcy pomocnicy podbijają frajdę z gry.

Ogólnie mówiąc, nie jest łatwo i przypuszczam, że dlatego pamiętam tylko plansze w dżungli, gdy grałem po raz pierwszy. Gdybym miał z tymi wszystkimi utrudnieniami grać tak, jak Rare przykazało (w sumie głównie mam na myśli system zapisów), to rzuciłbym tę grę w cholerę już na trzecim etapie. Na szczęście dla osób, które potrzebują ułatwienia, przychodzi emulator SNES-a w Switchu. Zawarta w nim funkcja zawieszonego zapisu jest wręcz zbawienna! Tak właściwie wcześniej grałem tylko w Kirby’ego na tej słiczowej emulacji, a tam zbytnio kombinować przez trudność nie trzeba było. Natomiast jakoś w okolicy piątego etapu po raz pierwszy przyjrzałem się opcji przewijania. Już nie pamiętam, gdzie utknąłem, ale ciągłe ładowanie zapisu, żeby odzyskać życia zaczęło mnie już męczyć, więc odkrycie, że mogę cofnąć się na chwilę przed trudnym miejscem było wręcz fantastyczne. Ale funkcja przewijania ma oczywiście swoją cenę, bo skoro ją już odkryłem, to co jakiś czas z niej korzystałem. Gdyby jednak próbować przejść z nią całą grę, mocno wpłynęłoby to na zmniejszenie przyjemności z rozgrywki.

Są tez podwodne plansze, ale nie irytują tak, jak w niektórych innych grach.

Nie rozpisywałem się o jakości poziomów czy przeszkodach na nich, bo poruszone kwestie uznałem za ważniejsze. Donkey Kong Country jest grą bardzo dobrą i warto ją odpalić, czy to żeby sobie ją przypomnieć, czy żeby ją dopiero poznać. Szczególnie na jej korzyść wpływa teraz opcja zawieszonego sejwa, bo nawet jeśli ktoś sobie nie będzie radził jakoś szczególnie, tracąc po drodze masę żyć w tych samych miejscach (jak ja), to w końcu i tak grę zaliczy. Natomiast opcję przewijania rozgrywki radzę zostawić sobie na naprawdę czarną godzinę i resztki cierpliwości. A co do oceny… Nie wiem, przez ten oryginalny system rzadkiego zapisu mam problem z przypisaniem numerka. W związku z tym napiszę tylko, że polecam.


Producent: Rare
Wydawca: Nintendo
Data wydania: 24 listopada 1994 r.
Dystrybucja: cyfrowa

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *