Astrologaster

Czy to skecz? Czy to projekt naukowy? Nie, to gra! Jednak Astrologaster rzeczywiście ma w sobie coś z obydwu wcześniej wymienionych rzeczy.

Muszę przyznać, że pierwsze spotkanie z tą pozycją było dla mnie mieszanką zachwytu i niepokoju.  Klimat dało się poczuć niemalże od razu – stylizacja na rozkładaną książkę obrazkową w połączeniu ze wierszowanym, chóralnie wyśpiewanym wprowadzeniem, w którym nie brakło humoru, oraz dubbingiem pełnym brytyjskiego akcentu zdecydowanie pomagały poczuć atmosferę elżbietańskiej Anglii w lekko przerysowanym wydaniu. Jednak po pierwszych elementach gameplayowych zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób uda się utrzymać zainteresowanie gracza przy tak schematycznie prezentowanej fabule i tak minimalnych możliwościach interakcji. Na szczęście twórcy ewidentnie odrobili lekcję dramaturgii – Astrologaster to kawał dobrze podanej sztuki.

Rzecz zaczyna się niepozornie, po prostu dzień jak co dzień. Simon Forman, zwykły obywatel XVI-wiecznej Anglii, po tym jak z gwiazd wyczytał lekarstwo na dżumę, postanawia się ustatkować i zacząć praktykę medyczną, w której zajmie się ciałem i duchem mieszkańców miasta. Medyczną? Astrologiczną? Psychoterapeutyczną? W tym przypadku etykietki okazują się być pozbawione znaczenia, bowiem przyjdzie nam identyfikować zarówno choroby, jak i szanse matrymonialne. Drugie jest o tyle ciekawe, że ci, którzy przychodzą do Formana, a są to arcybiskup Canterbury, czarną wdowę czy konkwistadora, któremu szczęście raczej nie dopisuje, „ustatkowania się” zdecydowanie nie uznają za priorytet. Takie podejście do życia klientów sprawia, że wzajemnych powiązań, intryg i docinek jest za pod dostatkiem.

Pod względem narracyjnym Astrologaster zbudowany jest bardzo schematycznie, jednak ma to swój sens. Każde przybycie pacjenta zwiastuje iskrzący humorem, rymowany utwór chóralny (kocham twórców za ten zabieg, naprawdę, niemal każde z tych wprowadzeń miałam ochotę uwieczniać screenem, a przy okazji było to naprawdę przyjemne dla uszu). Potem po krótkiej wymianie zdań, z której dowiadujemy się, co pacjenta aktualnie dręczy (lub czy lekarstwo na jego udręki się sprawdziło… lub je pogłębiło) przychodzi odczytać gwiazdy. Albo wybieramy znak zodiaku, który wskazuje na diagnozę (w przypadkach bardziej medycznych), albo bawimy się w pełne wróżbiarstwo i odczytujemy przyszłość, wybierając z trzech (na ogół) różnych odczytów. Te jednak składają się zaledwie z kilku „znaków” i nie do końca wiadomo, jak klient słowa „wieszcza” odbierze… W zamian za dobrze przyjętą (lub wręcz przeciwnie – wzbudzającą sprzeciw) i w przyszłości trafną wróżbę/diagnozę zwiększa się prawdopodobieństwo uzyskania listu polecającego. Trzeba więc lawirować między własnymi przeczuciami, a podlizywaniem się wszystkim dookoła. Tu klauzula sumienia okazuje się być wyjątkowo nieskuteczna, gdy wojująca zakonnica zdecydowanie domaga się odkrycia sposobu na pozbycie się tych przebrzydłych katolików, albo w pytaniu o prawdopodobieństwo śmierci nowego męża świeżo owdowiałej panny Emmy Moore przeczuwa się niecne intencje. W międzyczasie sam Forman przeżywa swoją miłosną historię, pytając gwiazdy o ciąg dalszy swoich losów, a konsylium lekarskie wciąż zbiera się, by odkryć, jak pozbyć się tego wrzodu na ciele angielskiego miasteczka… czyli samego głównego bohatera, nieskutecznie starającego się uzyskać licencję uprawiania zawodu medyka.

Krótko mówiąc, dzieje się sporo, nawet jeśli robi się mało, a narracja potrafi zdecydowanie porwać. Nawet jeśli sama mechanika „odczytywania z gwiazd” pasjonująca nie jest, tak fascynujące jest zgadywanie, jak zareaguje na odczyt któryś z ekscentrycznych do bólu pacjentów. Także bawienie się w małego wróżbitę i próba osiągnięcia jak największej zgodności z faktycznym przebiegiem wydarzeń cieszy. Aż się zdziwiłam, jak przydała mi się zupełnie incydentalna wiedza o historii Anglii, dzięki której mogłam nieco „oszukać” w kwestii przewidywania przyszłości.

Astrologaster zatem wciąga, ale to nie jest największy walor tej pozycji; zdecydowanie bowiem jej najważniejszym aspektem jest humor. Nie jakaś tam „lekka atmosfera”, czy drobne akcenty komiczne, ale potężna ilość absurdu, gier słownych i ekstrawagancji. Szczerze nie pamiętam, kiedy ostatnio przy grze dosłownie wybuchałam śmiechem. Twórcom się udało w tej kwestii zasadniczo wszystko po kolei – zarówno totalny ekscentryzm pacjentów, podkreślany odrębnymi manierami mówienia czy odrębnymi problemami (np. żona kolonizatora, dość nieobeznana z działaniem fascynujących, nowych produktów przywożonych przez męża zza morza, a zarazem wiecznie pragnąca brylować w towarzystwie, ciągle ma jakieś wtopy), ostre docinki prezentowane w formie stylizowanej, eleganckiej angielszczyzny (i jaki nagle wstyd człowieka ogarnia, gdy przychodzi wspomnianą wcześniej damę o pożądliwe pasje oskarżyć!) oraz po prostu wybitny zmysł komediowy, jaki scenarzyści ewidentnie posiadają.

Całemu doświadczeniu smaczku dodaje fakt, że… cała historia jest bazowana na autentycznych, historycznych dokumentach pochodzących od angielskiego medyka-szarlatana, który bardzo skrupulatnie notował wszystkie przypadki. W tym układzie podziw dla stylizacji przestaje być jedynie podziwem artyzmu, ale staje się też zachwytem nad faktem znalezienia tak interesującego (jakkolwiek anegdotycznego) skrawka historii medycyny i przedstawienia go w formie kawałka naprawdę wciągającej, narracyjnej przygody w formie gry wideo. Astrologaster może poszczycić się autentycznym kunsztem wykonania – wystarczy spojrzeć na wspaniałe, „rozkładane” plansze, i nie ma już co dodawać. To też jedna z gier, przy których naprawdę grzechem jest wyciszyć dźwięk; zarówno ze względu na wspomniany już dubbing, który sprawdza się znamienicie oraz chóralne wstawki, jak i ogół oprawy audio, która cechuje się po prostu wysokim dopracowaniem. Nie ma w niej innych utworów poza „śpiewanymi” treściami, jednak takie prozaiczne kwestie jak efekty dźwiękowe podczas przeglądania możliwych odczytów „gwiazd” zostały wybrane z dużą starannością i zwyczajnie cieszy taka troska o szczegóły.

Krótko mówiąc, Astrologaster to pozycja kompletna, i kompletnie unikatowa zarazem. Jednak albo się złapie ten klimat, albo nie. Ale gdy przeważy pierwsza z tych opcji, można liczyć na parę godzin obudowanej bardzo interesującym kontekstem świetnej zabawy w przystępnej cenie.


Polecamy!


Serdecznie dziękujemy Plug In Digital
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Nyamyam
Wydawca: Plug In Digital
Data wydania: 18 lutego 2021
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 681 MB
Cena: 40 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.