An English Haunting
Przygodówka o pewnym BARDZO POWAŻNYM projekcie udowodnienia istnienia świata nadprzyrodzonego. I jego zastanawiających konsekwencjach.

Laudanum na uspokojenie i jesteśmy w domu.
Główny bohater, Thomas Moore, to poważany profesor jednej z londyńskich uczelni. Jedynym, co podważa jego pozycję, jest zaangażowanie w Wydział do Badania Spraw Nadprzyrodzonych, który właśnie został skompromitowany. Jego dyrektor, a zarazem najbliższy przyjaciel Moore’a, zdefraudował pięć milionów z pieniędzy uczelni i ślad po nim zanikł. By ocalić honor i przyszłość wydziału, bohater musi udowodnić w trzy dni istnienie Nadprzyrodzonego pod groźbą zamknięcia wydziału – a przy okazji odnaleźć swojego przyjaciela.
Bardziej niż samą fabułą An English Haunting oddziałuje klimatem. Z ekranu czuć pasję do epoki edwardiańskiej (albo solidny research). Gra z lekkością bawi się charakterystycznymi cechami przełomu XIX i XX wieku: są seanse spirytystyczne, literatura grozy i irlandzkie gangi. Jest dopiero rodzące się kino (można pójść obejrzeć film Meliesa – to jedyny sposób na wydanie monetki, i absolutnie na nic się to nie przydaje) oraz quiz wiedzy w księgarni. Jest rozczulające, „naukowe” podejście do rzeczy dziś uznawanych za wykraczające poza naukę. W trakcie odkrywania fabuły będziemy mieć okazję zwiedzić różne miejsca na mapie Londynu, zdobywając kolejne adresy dzięki konwersacjom z ludźmi. Lokacje są ciekawe i zróżnicowane – odwiedzimy zarówno wysmakowane towarzystwo spirytystyczne, jak i rejony niższych klas społecznych. Wszystkie spowija charakterystyczna mgła (którą mogą znać też współcześni mieszkańcy Krakowa i okolic zimą). Bohatera czeka nawet wycieczka do Szkocji, ale w jakim kontekście, tego na razie nie zdradzę.

Kolejnym elementem budującym klimat są bardzo brytyjskie, humorystyczne dialogi. Pełne owijania w bawełnę, eufemistycznego obrażania innych osób oraz wyrafinowanej elegancji połączonej z cynizmem. Jest to też pierwsza gra od dawna, w której nie mogłam pogłaskać pieska – bohater twierdzi, że nie będzie głaskać bezpańskiego kundla, bo jeszcze złapie świerzb…
Z dialogami są też mocno związane zagadki, które należy rozwiązywać w odpowiednio dyskretny i wyrafinowany sposób. Przypominają klasyczne przygodówki pod względem dużej kreatywności i lekkiego przekombinowania – co najmniej kilka razy łapałam się na tym, że zasadniczo wymyśliłam rozwiązanie, ale brakowało tego jednego kroku, który wymyślili jeszcze autorzy. Dla przykładu: w jednym momencie trzeba wyposażyć małoletniego pucybuta w szczotkę. Wpadłam na to, że powinnam użyć do tego gąbki do zmazywania tablicy, ale myślałam, że powinnam wetknąć w nią druciki, tymczasem trzeba było ją po prostu umyć w wiadrze umieszczonym gdzieś w zakątku jednej z lokacji… To jest jedna z konsekwencji dość rozbudowanej mapy gry, że rozwiązywanie zagadek metodą przypominania sobie, co gdzie było i powtarzania dialogów zajmuje sporo czasu, bo i lokacji jest dużo. Są jednak ciekawe i pasują do atmosfery gry, a czasem dość absurdalne (np. musimy wygrać tysiąc funtów, obstawiając niemalże przegraną walkę bokserską – w tym celu trzeba dostać się na backstage, podrzucić rywalowi zgniłe jaja do prowiantu przed walką, ale słoik z nimi musi nam otworzyć student, który ślęczy przed trofeami na uniwersytecie i sam marzy o byciu bokserem).

Jak już powiedziałam – w gruncie rzeczy dużo bardziej interesowały mnie kuriozalne perypetie bohatera niż samo rozwiązanie zagadki. A gdy to wreszcie nadeszło, okazało się być strasznie odklejone od dotychczasowej akcji. Pasowało za to idealnie do nazwy studia produkującego tę grę i wydawało się niczym wyjęte z pulpowej opowieści klasy B, tylko naprawdę dobrze zrealizowanej (a do tego opowiedzianej przez Arthura Conana Doyle’a, który ma tam swoje „cameo”).
Pod względem graficznym mamy tu do czynienia z dobrze wykonanym, klimatycznym pixel artem. Jak jest, każdy widzi. Dźwiękowo z lekko przerysowanym dramatyzmem, który nadaje dodatkowego klimatu. Pochwały należą się za świetnie zrealizowany schemat sterowania, który wspiera zarówno korzystanie i z gałek, i z krzyżaka, i z ekranu dotykowego. Gra nie wymaga naśladowania ruchu myszką do wybrania przedmiotu z ekwipunku, tylko posiada adekwatny skrót klawiszowy. Z problemów technicznych miałam tylko raz kłopot z zapisem, który się usunął i musiałam kontynuować z autosave’a. Poza tym wszystko działało bez zarzutu.

An English Haunting to bardzo dobrze zrealizowana, rozrywkowa przygodówka, której target jest raczej określony. Każdy, kogo pociąga edwardiański setting albo przepada za lekkimi, zabawnymi point’n’clickami, powinien się dobrze bawić i mile spędzić pięć godzin, wysilając trochę mózgownicę. Jeszcze w takiej cenie? Naprawdę warto!

Serdecznie dziękujemy Clickpulp
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry.
Producent: Postmodern Adventures
Wydawca: Clickpulp
Data wydania: 16. października 2025 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 1.2 GB
Cena: 42,90 PLN
Platformy: Nintendo Switch, PC












Najnowsze komentarze