Tony Hawk’s Pro Skater 1+2

Trudno w to uwierzyć, ale Tony Hawk ma już ponad 20 lat! I to ten wirtualny, bo realny jest już po pięćdziesiątce…

Moda na remastery trwa w najlepsze, a dzieje się tak z co najmniej dwóch powodów. Przede wszystkim developerom odpada konieczność opracowania zupełnie nowego konceptu. Poza tym taka produkcja od razu ma łatwiejszy start ze względu na ciągnące się za nią potężne pokłady nostalgii u graczy. Po kolejnych iteracjach m.in. Crasha, Spyro, Sir Dana Fortesque oraz Nemesisa tym razem otrzymujemy więc wysportowanego jastrzębia. I nie jest nim Tsubasa, choć… on też przecież niedawno powrócił. Przed Wami mocno odświeżony Tony Hawk w najbardziej klasycznym wydaniu, czyli w dwóch pierwszych częściach serii, które są teraz oferowane w jednym pudełku.

Mimo że to magazyn, poczułem się jak w domu…

Zaczynamy od Indy 360…

Deskorolkowa seria z Tonym Hawkiem w roli głównej trwa nieprzerwanie od roku 1999, a więc jest niewiele młodsza od rodzimej telenoweli Klan. Mało kto jeszcze pamięta, że pierwsza odsłona nosiła w naszej szerokości geograficznej tytuł Tony Hawk’s Skateboarding. W świadomości graczy wirtualny skateboard zapisał się jednak jako Tony Hawk’s Pro Skater, głównie za sprawą fenomenalnej części drugiej (już tak nazwanej w każdym regionie), która została wydana na wszelkiej maści urządzenia zdolne wyświetlać kolory, począwszy od komórek, przez handheldy i wszystkie ówczesne konsole stacjonarne, a skończywszy na komputerach (debiut serii na tej platformie). Dwójeczka dla mojego pokolenia (ówczesnych nastolatków) była wręcz symbolem popkultury, który sprawił, że skateboard kojarzył się nad Wisłą już nie tylko z hip-hopem. Daję sobie nawet rękę uciąć, że jeśli ktokolwiek prowadzi statystyki sprzedaży deskorolek to w okolicach roku 2000 wykresy ostro musiały wystrzelić mu w górę. Sam zresztą zajechałem wtedy dwie sztuki… A wszystko to za sprawą świetnej grafiki, rewelacyjnej muzyki oraz przede wszystkim zniewalającej grywalności. Z uwagi na fakt, iż gra sprzedała się w ponad 5-milionowym nakładzie, zrobienie remake’u było więc niemałym wyzwaniem. Po sukcesach innych reinkarnacji hitów pierwszego PlayStation jasne jednak było, że jest to tylko kwestią czasu.

W trybie handheld czcionki w menusach są nieco przymałe…

Lądujemy dodając Manuala…

Gracze do powrotu klasycznego Tony’ego podchodzili jednak z umiarkowanym optymizmem. Przez lata dawny blask wirtualnego skateboardzisty coraz bardziej tracił jasność, by przy ostatniej części ostatecznie zgasnąć. Ja również miałem sporo obaw – oryginał już od legendarnego intra przyprawiał niemalże każdego gracza jeśli nie o ciarki, to chociaż o niezłą ekscytację. Pełen nerwów przystąpiłem więc do oglądania sekwencji wprowadzającej, po której… byłem już jedną nogą w domu! Klimat oryginału, mimo współczesnej otoczki, udało odtworzyć się na tyle genialnie, że natychmiast nałożyłem na głowę słuchawki, żeby jeszcze lepiej się wsłuchać. Warstwa dźwiękowa tytułu to klasa sama w sobie. Dynamiczne kawałki doskonale współgrają z rozgrywką, a dzięki zestawieniu utworów z pierwowzoru razem z nowymi numerami otrzymujemy fantastyczną muzyczną ucztę. Radę dają również wszelakie inne odgłosy dochodzące z planszy – dźwięki są zbalansowane idealnie, odgłosy towarzyszące trikom zwiększają immersję, a nasi skejterzy wreszcie zabrali głos, pozwalając sobie chociażby na okazywanie emocji przy czesaniu ewolucji. Jednak zgodnie z zasadą, że dobra muza się nie starzeje, przygotowanie efektownego soundtracku było najprostszym zadaniem stojącym przed developerami. Ważniejsze pytanie więc brzmi: jak sobie poradzili z grafiką oraz, przede wszystkim, zachowaniem grywalności?

Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, fajnie jest wrócić do szkoły…

Współczesna wersja wygibasów Antoniego Jastrzębia i spółki oparta została na czwartym Unreal Engine, co już na starcie powinno gwarantować odpowiedni poziom wizualny. Dla mnie jednak dużo ważniejszy jest fakt, że za remake wzięli się specjaliści z Vicarious Vision, a więc ojcowie niezwykle udanego powrotu trylogii Crasha Bandicoota. Po raz kolejny Amerykanie z Alabamy nie zawiedli, serwując nam kawał naprawdę porządnego kodu. Port na Switcha oczywiście został stosownie okrojony z graficznych fajerwerków, ale bez kontaktu z wersją na mocniejsze konsole prawdopodobnie nie będziecie zdawać sobie sprawy z wprowadzonych cięć. Jeśli miałbym być naprawdę czepliwy, to wspomniałbym jedynie o niezbyt dopracowanym świetle na kilku planszach. Ale to tylko w wersji przenośnej, bo recenzowana gra jak mało która mocno zyskuje na zadokowaniu naszej ukochanej konsolki. Gra wyświetlana na telewizorze naprawdę nie ma się czego wstydzić wobec wersji na PS4 czy Xone. Bardzo pozytywne zaskoczenie, ale o końcowej ocenie zadecyduje najważniejszy element, czyli gameplay.

Klimatyczny park, blask gwiazd, ciepły wiatr, nastrojowe oświetlenie… Idealne warunki na deskę!

Grindujemy Noseslide’em po pobliskiej poręczy…

A grywalność mógłbym streścić w zasadzie jednym zdaniem: jest doskonała, i to przy zachowaniu ducha oryginału! Zastrzegam jednak, iż mimo że trzon rozgrywki nie zmienił się względem pierwowzoru, to początkowa godzina może wywoływać mieszane uczucia, łącznie z frustracją, a nawet zdenerwowaniem. Po oswojeniu się z nowymi zasadami ciężko już będzie oderwać się od kontrolera, wykonywania kolejnych zadań, czesania trików, zaliczania następujących po sobie plansz, bicia rekordów oraz odkrywania sekretów. Gra wciąga jak przysłowiowe bagno i przyprawia z marszu o syndrom „jeszcze jednej rundki”. Rozgrywka jest wręcz skrojona pod Switcha – rundy bez wybijania się z rytmu możemy przerywać i kończyć później w dogodnym momencie. W przyjemnym odbiorze tytułu pomagają również szybkie loadingi. Nawet początkowo nieco trudny do ogarnięcia interfejs z czasem staje się bardzo intuicyjny.

W drodze do gwiazd…

A na koniec Kickflip i udane lądowanie!

Podsumowując, Tony Hawk’s Pro Skater 1+2 to nie tylko idealna konwersja. To również uzupełniony o masę dodatkowego kontentu hołd dla ikony gamingu. To także najlepsza gra, którą w tym roku miałem przyjemność ogrywać na Pstryczku, choć Super Mario 3D Land jeszcze przede mną. OK, mógłbym podkreślić takie problemy, jak chociażby ledwie widoczne cięcia w oprawie czy też zbyt mała czcionka w menusach, ale to byłoby szukanie dziury w całym, bo to co najważniejsze, zostało przygotowane niemal idealnie. Oczywiście mowa o niezwykle wciągającej oraz płynnej rozgrywkce na pięknie wyglądających planszach i przy akompaniamencie genialnej muzyki. Współczesne wcielenie Tony’ego Hawka wprawdzie do ponownego zakupu deskorolki mnie nie przekona, ale do wymaksowania gry już jak najbardziej! A to mi trochę zajmie, bo tutaj naprawdę jest co robić…


Zakup obowiązkowy!


Serdecznie dziękujemy Activison
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Neversoft, Vicarious Visions
Wydawca: Activision
Data wydania: 25 czerwca 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 12,2 GB
Cena: 189,99 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.