The Legend of Heroes: Ao no Kiseki (PSP)

Gdy blisko dwa lata temu odpalałem na PS Vita Trails of Cold Steel I, nie byłem w stanie przewidzieć, gdzie zaprowadzi mnie ta gra. Poszukiwałem nostalgii oldschoolowego Final Fantasy, a odkryłem, że ta seria pod pewnymi względami jest lepsza niż źródło mojej tęsknoty za „starym i dobrym” jRPG. Co więc takiego wyróżnia Trailsy na tle innych pozycji? Przede wszystkim fabuła, która składa się z wielu elementów stopniowo odsłaniających bardzo złożoną całość. A przy tym, jak w dobrym kryminale, tworzy kolejne pytania, na które odpowiedzi mamy dopiero odkryć.

Recenzję napisał Michał Piwnicki

Do drugiej gry z dylogii Crossbell Arc podszedłem po krótkiej przerwie od ogrania jej pierwszej części, czyli Trials from Zero (Zero no Kiseki). Już na tym etapie muszę przestrzec, że granie w Trails to Azure (Ao no Kiseki) bez znajomości co najmniej pierwszej gry jest bezcelowe. Co więc można powiedzieć o tak naprawdę jednej grze, która ze względu na swój rozmiar została podzielona na dwie części? Pod względem gameplayu na pewno to, że każdy, kto ograł Zero poczuje się jak w domu – mechaniki, walki, rozwój postaci zostają praktycznie niezmienione. Wraca cała masa pobocznych aktywności: łowienie ryb, zbieranie przepisów na potrawy, zbieranie rzadkich książek (dzięki nim uzyskujemy dodatkową ostateczną broń dla jednej z wybranych przez nas postaci) oraz nowość w postaci auta dla drużyny i zbieranie „customizacji” dla niego. Jeśli jednak przez przypadek zajrzeliście do tej recenzji bez znajomości Trials from Zero i wszystko co tu napisane jest dla was mocno obce to odsyłam do recenzji tego tytułu. Dla porządku wspomnę tylko, że walki odbywają się w systemie turowym, zaś nasza drużyna ma do dyspozycji szereg umiejętności i czarów. Dostęp do tych ostatnich dają nam quartzy.

Środowisko świata gry to nadal 3D, po którym poruszają się postaci wykonane w 2D. Oprawa, jak na możliwości PSP (grałem na PS Vita w trybie wstecznej kompatybilności), nie zmieniła się  w stosunku do swojej poprzedniczki – jest oldschoolowo, czyli ładnie, ale bez szału. Tu warto wspomnieć, że lada moment obie części zostaną wydane (wrzesień 2022 dla Trials from Zero i luty 2023 dla Trials to Azure) na PS4/PS5 i Nintendo Switch. Produkcje te będą w znacznie lepszej jakości, bo bazują na portach PC. Jest to o tyle istotna informacja, że dotychczas dylogia Crossbell nie doczekała się oficjalnej lokalizacji na Zachodzie.

Muzyka to głównie znane z poprzedniczki utwory, ale są też nowe kompozycje, które wpasowują się w klimat gry. Szczerze powiedziawszy, po kilku chwilach nawet nie byłem w stanie odróżnić nowych utworów od tych z pierwszej gry. Na uwagę zasługują jednak perełki, które podkreślają epickość produkcji przykładowo: „The Azure Arbitrator”, który podkreśla doniosłość prowadzonej potyczki z końcowym bossem.

Fabularnie gra nie zawodzi. Mimo że seria cierpi na wolny początek, tak tym razem jest jednak lepiej. W zasadzie początek tej części to spore zaskoczenie – bierzemy udział w pościgu i to nie byle jakim, bo uzasadnionym przez wydarzenia z pierwszej odsłony Crossbell Arc. Później wydarzenia oczywiście zwalniają i wraca „stare”, ale nawet gdy akcja toczy się w bardziej ospały sposób nie jest to ten sam poziom, co w przypadku wcześniejszej gry. Duża zasługa leży tu zwłaszcza po stronie całego składu SSS – historie osobiste przeplatają się z główną historią, dodając jej jeszcze więcej głębi. W Zero dużo dowiedzieliśmy się o Tio i sporo o Elie, tak teraz można powiedzieć, że „przeszłość dogoniła” Randy’ego Orlando i to jego wątek chyba najbardziej mnie zaciekawił. Oczywiście nie jest tak, że to Randy gra pierwsze skrzypce, co to to nie – historia osobista Lloyda znajduje konkluzję i to ściśle związaną z wydarzeniami, które obserwujemy aż po sam koniec dylogii.

Obok podanej właśnie czwórki bohaterów pojawiają się „nowi-starzy” znajomi. Wspomnę tylko o tych, których obecność niemal od początku nie stanowi dla gracza zaskoczenia. Special Suport Section zasilona zostaje przez Noel Seeker (przeniesioną tymczasowo z Guardian Force) oraz  tajemniczego Wazy’ego Hemisphere. Nowi członkowie wpasowują się w naszą wesołą gromadkę i o ile potencjał wprowadzenia do drużyny Noel zostaje wykorzystany fabularnie w drugiej połowie przygody, o tyle Wazy od samego początku mocno zaznacza swoje bycie w Sekcji – jego komentarze i żarty (czy aby na pewno żarty?) nie jeden raz wprawiają naszych bohaterów w zakłopotanie. Nadal uważam, że chemia pomiędzy pierwotną drużyną SSS jest nie do powtórzenia z nowicjuszami, niemniej jednak, jak to z grami Falcomu bywa, nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko służy temu, by trybiki tego fabularnego mechanizmu zadziałały się w odpowiednim miejscu i czasie.

Nie tylko postacie sprawiają, że gra jest tak wyjątkowa, ma na to także wpływ usytuowanie naszych protagonistów w czasie. Grając w Trilas to Azure widać jak na dłoni drogę, jaką przebyła SSS – od obśmiewanych przez prasę żółtodziobów w Trials from Zero po policjantów, którzy zyskali renomę także w innych jednostkach policji. Jest to może zgrany schemat „od zera do bohatera”, ale właśnie przez masę wciąż obecnych pobocznych questów status naszych bohaterów zdaje się nie prezentem od losu, ale wynikiem ich ciężkiej pracy dla miasta i jego mieszkańców.

Złoczyńcy… Cóż mogę o nich napisać? Niestety, ale niewiele – nie dlatego, że są źle napisani czy niewiarygodni w swoich dążeniach, ale dlatego, że nie pamiętam tak częstych plot twistów w tym zakresie w którejkolwiek innej grze. Gra zaskakuje, droczy się z graczem, który niczym niewidzialny członek SSS sam próbuje dociec, gdzie tu jest ukryta prawda. Osobiście drażni mnie tylko jeden aspekt, który przy ogrywaniu kolejnej gry z serii staje się aż nazbyt widoczny. Otóż nasi wrogowie bardzo często robią paskudne rzeczy… my z nimi walczymy i niestety rzadko dzieje się tak, że złoczyńca ginie… Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że ogarnęła mnie żądza mordu. Chodzi raczej o pewien schemat. Falcom bardzo dba o swoją paletę postaci – z jednej strony to dobrze, bo to naprawdę plejada ciekawych osobowości, ale czasem brak mi właśnie takich definitywnych rozliczeń pomiędzy tymi dobrymi i złymi. Paradoksalnie, w Crossbell Arc można jeszcze wytłumaczyć postępowanie naszych bohaterów wiarą w sprawiedliwość opartą o prawo… Jest to co prawda niewielka łyżka dziegciu w tej baryłce miodu, która przekonanych do serii nie zrazi, zaś nowicjusze i tak powinni uważać to za niewielki minus.

Podobnie jak pierwsza część opisywanej dylogii, tak i Trials to Azure jest przede wszystkim historią miejsca nieszczęśliwie usytuowanego pomiędzy dwiema potęgami politycznymi i militarnymi. Jak zakończy się historia naszych bohaterów? Niestety nie umiem tego jednoznacznie ocenić, gdyż epilog odsyła niemal wprost do Trials of Cold Steel III i IV, zaś „kropkę nad i” znaleźć mamy dopiero w Trails into Reverie (Hajimari no Kiseki), która domyka wątki Crossbell Arc oraz te znane z Erabonia Arc.

Pozostaje końcowe pytanie: „Czy warto zagrać w Trials to Azure?” Oczywiście, że tak. Gra jest bardzo dobra. Prowadzenie akcji, fabuła, postaci – słowem wszystko, co dobry jRPG powinien mieć – znajdziecie w tej produkcji. Nie ma natomiast sensu sięgać po nią bez znajomości Trials from Zero, której znajomość jest obowiązkowa, bez żadnego „ale”. Biorąc pod uwagę daty premiery oficjalnego wydania gier z Crossbell Arc, polecić mogę ogranie ich oficjalnych wydań na Zachodzie. Dla mnie jest to gra 9/10 i stanowi zakup obowiązkowy.


Zakup obowiązkowy!


Producent: Nihon Falcom
Wydawca: Nihon Falcom (PSP, PS Vita), Clouded Leopard Entertainment (Nintendo Switch)
Data wydania:
29 września 2011 r. (PSP) – Japonia
12 czerwca 2014 (PS Vita) – Japonia
23 kwiecień 2021 (Nintendo Switch) – Azja
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.