Chrono Cross: The Radical Dreamers Edition

W jednego z najlepszych jRPG w historii nareszcie można zagrać legalnie w Europie, „zaledwie” ponad dwie dekady po premierze. Warto było tyle czekać?

W czasach PSX nałogowo wręcz katowałem produkcje Squaresoftu, ale przy dwóch z nich musiałem się obejść smakiem. Mowa o pierwszej części Parasite Eve oraz właśnie Chrono Cross. Powód był prozaiczny – telewizor, który posiadaliśmy w domu, nie był wyposażony w eurozłącze, co uniemożliwiało bratu i mnie ogrywanie gier w systemie NTSC, przez hipokrytów nazywanych wówczas „importami”. Pozostawało mi wtedy jedynie regularnie ślinić się do screenów (jak na złość obficie prezentowanych w ówczesnej prasie) oraz trzymać kciuki za wydanie gry w Europie, co w końcu nastąpiło… tyle że 23 lata później. W innych realiach, w innej epoce i na inny sprzęt. Sprawdźmy, czy moja anielska cierpliwość została odpowiednio nagrodzona!

Mimo niewątpliwej ekscytacji, ponownej premierze Chrono Cross towarzyszyła również nutka niepewności z powodu bardzo luźnego podejścia Square do remasterów swoich największych gier. Nie czarujmy się, prawdopodobieństwo otrzymania odświeżenia tak solidnego, jak np. w przypadku Legend of Mana jest raczej niewielkie, dlatego też od początku celowałem raczej w metodę na wzór remasterowania hitów z serii Final Fantasy. Pierwszy kontakt z grą brutalnie to zresztą potwierdza. Otwierające tytuł intro zostało prawdopodobnie żywcem wyjęte z krążka z oryginalną grą – nie dość, że jest ohydnie rozpikselowane, to jeszcze nikt nie zadał sobie trudu, by nadać mu panoramiczny format. Co gorsza, sama gra również wyświetla się w proporcji 4:3… Można wprawdzie ją rozciągnąć w opcjach do 16:9, ale efekt końcowy wygląda tak ordynarnie, iż zaręczam, że do napisów końcowych będzie grać z niebieskimi paskami po bokach ekranu. O trzecim trybie obrazu w postaci zooma wspominam tylko z dziennikarskiego obowiązku… Żeby nie było, że się czepiam – menusy są dostosowane do szerokiego formatu, a więc jednak można było to zrobić jak należy. Ratunkiem jest oczywiście gra w trybie handheld – mały ekran konsoli świetnie maskuje te niedociągnięcia, które na ekranie monitora czy telewizora przybierają wręcz karykaturalny widok.

Sama grafika została jednak znacznie poprawiona względem oryginału – m.in. postacie otrzymały nowe modele 3D, areny starć wyświetlane są w wyższej rozdzielczości, okna dialogowe zostały kompleksowo przemodelowane, a dwuwymiarowe tła wygładzono programem do tego. Aby dostrzec skalę poprawek, wystarczy odpalić granie w trybie klasycznym. Nie mogę tylko pojąć, jak mimo wszystko licząca ponad 20 lat gra może gubić klatki na sprzęcie, który pozwala na bezstresową zabawę w Wiedźminie 3? Nie potrafię też zrozumieć zbyt długich czasów ładowania oraz przejść pomiędzy lokacjami, a do recenzji otrzymałem przecież cyfrówkę. Aż strach pomyśleć, o ile dłuższe są loadingi w fizycznej wersji… To czego nie mogę również przyswoić to maksymalnie utrudnione przełączanie pomiędzy trybami współczesnym i klasycznym. W recenzowanym jakiś czas temu Diablo II: Resurrected można było tego dokonywać błyskawicznie i w czasie rzeczywistym. W japońskim erpegu konieczne jest wyjście z gry i cofnięcie do głównego menu. Wielka szkoda, bo chociażby w przypadku wspomnianego Diablo sprawiało mi to mnóstwo frajdy przez całą przygodę.

Zgodnie z własną metodą pisania recenzji, listę minusów zawsze w pewnym momencie zastępuję zestawieniem plusów, i tak też będzie w przypadku recenzowanego tytułu. Na bardzo wysokim poziomie stoi warstwa dźwiękowa. Wokalne kawałki wsparte bogato instrumentalnymi sekcjami to klasa sama w sobie, tym bardziej po cyfrowej obróbce. W pozostałych aspektach ciężko również zatrzymać zachwyt, ale trudno się temu dziwić – już w momencie pierwotnej premiery Chrono Cross było określane mianem arcydzieła, a historia Serge’a i jego towarzyszy broni wciągała bez reszty od pierwszej godziny, powodując przy okazji niezwykle silną i emocjonalną więź pomiędzy graczem oraz głównym bohaterem. Fabuły z uwagi na jej rozbudowanie nie warto nawet tutaj przytaczać, zdradzę więc tylko, że jest nie tylko naszpikowana setkami zwrotów akcji, ale i dodatkowo nieliniowa. Jak się pewnie domyślacie, całość opiera się na podróżach w czasie, roboty więc będzie co niemiara – osoby cierpiące na nerwicę natręctw czeka niezwykle długa i kilkukrotna wyprawa na wirtualny archipelag El Nido. Na szczęście, przewidziano dla nich tryb gry New Game Plus, co znacznie przyspieszy kolejne przejścia.

System walki, choć w pierwszej chwili wydaje się skomplikowany, w rzeczywistości nie sprawia większych problemów, a dla graczy obytych z produktami Square tamtego okresu okaże się wręcz niezwykle przyjazny. Ciekawostką jest brak tradycyjnego poziomowania postaci. Zamiast punktów doświadczenia, po walkach stajemy się bogatsi o różnego rodzaju surowce, co w roku 1999 było nie lada nowością w erpegach japońskiego developera. Z jednej strony pozwala nam to ominąć upierdliwy grind, ale z drugiej nowinka w postaci craftingu zabiera motywację do prowadzenia walk po zapełnieniu ekwipunku. Tutaj z pomocą przychodzi zaimplementowana przez twórców remastera możliwość… pominięcia starć. Wraz z nim autorzy „nowego” Chrono Cross dodali również opcję przyspieszenia bądź też zwolnienia tempa rozgrywki (w przyjazny sposób za pomocą triggerów w czasie rzeczywistym) oraz nietykalność ze strony wroga. Osobiście, za wyjątkiem przyspieszenia (super pomysł przy pojedynkach), nie korzystałem z tych ułatwień, ale miło, że o nich pomyślano. Fajne jest również zawarcie bonusowej, osobnej gry w pakiecie. Wprawdzie dołączone dodatkowo Radical Dreamers to tylko nieskomplikowana nowelka z Super Famicoma, ale, po pierwsze, jest jednym z trzech elementów trylogii Chrono Saga, a po drugie dotychczas mogli w nią zagrać jedynie Japończycy. Automatycznie nasuwa się więc pytanie, dlaczego zabrakło Chrono Trigger, ale znając dotychczasowe praktyki powtórnego wydawania swoich hitów przez kwadratowych, odpowiedź wydaje się nasuwać samoczynnie…

Wracając jednak do meritum: jak to w tradycyjnym jRPG, w pewnym momencie przychodzi oczywiście drobne znużenie fabułą i rozgrywką, ale wystarczy kilka dni przerwy, aby znów bez reszty dać się pochłonąć fabule i szaleńczo gnać aż do napisów końcowych. To chyba najlepszy dowód na geniusz tej pozycji, prawda? Problem jednak w tym, że nie jesteśmy w roku 1999, a w przypadku remastera surowej ocenie poddać musimy również (a dla wielu przede wszystkim) to, jak developerzy poradzili sobie z odświeżeniem kodu źródłowego, a z tym bywa momentami średnio. Mimo wszystko tytuł gorąco polecam, ale czynię to głównie wobec nieco bardziej zaawansowanych wiekiem graczy. Młodzieży zalecam dobrze się zastanowić i zaznajomić z tym, jak gra wygląda na recenzjach video. Ja jednak bardzo się cieszę, że miałem w końcu przyjemność zapoznać się z jednym z najbardziej cenionych jRPG w historii komputerowej rozrywki. Dzięki temu w pełni rozumiem, dlaczego tak wiele osób uznaje Chrono Cross za jedno z największych arcydzieł pierwszego PlayStation.


Polecamy


Serdecznie dziękujemy Cenega
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: SQUARE ENIX
Wydawca: SQUARE ENIX
Data wydania: 7 kwietnia 2022 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 4.2 GB
Cena: 89 PLN


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.