BioShock Remastered

Drodzy Czytelnicy, BioShock to FPS, którego za cholerę bym nie zaliczył na analogach.

BioShock pojawił się na rynku w 2007 roku i z tego co pamiętam, był bardzo dobrze przyjęty. Sam aż do teraz nie miałem okazji w niego zagrać, ale mnie zaciekawił, gdy te 15 lat temu widziałem informacje o nim. Ogólnie seria była aż tak popularna, że Ken Levine chciał zrobić nowy tytuł w tym uniwersum na Vitę! Niestety Sony nie dogadało się z nim i do tej pory produkcja ta nie pojawiła się na handheldach. Dopiero Switch dostał kolekcję trylogii, więc w końcu mogłem dowiedzieć się, skąd ta popularność.

Na pewno duży wpływ na nią miało osadzenie akcji gry w podwodnym mieście, które miało być utopijną ucieczką od rządów polityków z wszystkich krajów. Tak, to miało być miejsce, w którym schronienie mieli znaleźć wolnościowości. W trakcie przemierzania kolejnych lokacji dowiemy się, że rzeczywiście ten system działa. Oczywiście do czasu, ponieważ przyszła pora, w której zachłanność ludzka i dążenie do coraz większej siły jednostki sprawiło, że Rapture popadło w ruinę. Może gdyby nie wymyślono tam technologii plazmidów, która pozwalała na korzystanie z mocy podobnej do wręcz magii, nie byłoby tak źle? Ale kontrola ognia czy lodu to nie wszystko, plazmidy pozwalały też zwiększać siłę czy różnego rodzaju zdolności techniczne. Upojeni chęcią maksymalnego rozwoju mieszkańcy miasta zaczęli walczyć ze sobą o ADAM, specjalną substancję, która jest niezbędna do ulepszenia ciała plazmidami. Żeby było ciekawiej, nie brakowało w Rapture też eksperymentów nad nowymi broniami oraz nawet na ludziach. My wcielamy się w Jacka, który trafia do podwodnej metropolii po rozbiciu się samolotu, którym leciał. Ledwo zjechał do jej środka i już zobaczył groteskowe, niebezpieczne postaci, którymi stali się mieszkańcy Rapture. Na szczęście przybył mu z pomocą głos z radia – zaoferował przeprowadzenie przez teren pod warunkiem, że pomoże mu uratować żonę i dziecko. Nie mając zbytnio wyjścia, Jack bierze się za robotę, odkrywając, jak bardzo stoczyło się to miasto.

Trzeba oddać twórcom, że udało im stworzyć pierwszorzędny klimat w tej grze. Nawet po tylu latach robi wrażenie, ile twórczego zamysłu zostało w nią włożone. Miasto jest stylizowane na metropolię typu Nowy Jork z początków XX wieku. Sam Levine bez oporów przyznał, że właśnie to miasto i budynki z tego okresu oraz stylu art deco były wyraźną inspiracją. Do tego dochodzi mieszanka s-f z dodatkiem steam punka i wiele miejsc, z których można zobaczyć, że znajdujemy się pod wodą. Nie brakuje tu też grozy, co przejawia się w ścieląco się gęsto trupach i przekształconych w ludzkie potwory mieszkańcach. Sam ich wygląd to nie wszystko, bo często też atakują z nienacka, światła są przytłumione i generalnie przemieszczamy się w dość nieprzyjemnym środowisku. Apogeum ohydności tego miejsca są siostrzyczki, którego polują na pozostałych przy życiu, aby wyssać z nich ADAM.  Ich obstawą są wielcy, pancerni tatuśkowie, którzy są trudni do zabicia. Cały ten koncept wizualny bardzo dobrze gra z ciekawą fabułą, która pokazuje chaos swobodnego eksperymentowania i dążenia do władzy, choć niby Rapture miało być schronieniem przed nią. Na koniec pojawia się też duży zwrot akcji, który w sumie nawet nie dziwi, ale też nie razi. Niepokojący obraz i wydarzenia w metropolii podkreśla udana oprawa dźwiękowa, w której najbardziej wybija się dobra gra aktorska. Efekty dźwiękowe dobrze siedzą, a muzyka… Muzyka tak właściwie schodzi na dalszy plan, często jest bardzo cicha, niestety głośniej ustawiona przygłusza dialogi, a te nawet przez efekty dźwiękowe czasem potrafią się zgubić. Dobrze przynajmniej, że można sobie pomóc tekstem na ekranie, choć też nie jest idealnie, bo linie dialogowe potrafią być bardzo długie i mieć nienajlepszy timing (zwykle za wcześnie się pokazują, na szczęście nie znikają za szybko).

Kwestię gameplayu zacznę od powrotu do wstępu recki. W przypadku Borderlands informowałem, że tytuł jest przyjazny do gry na dobrym padzie. Niestety z BioShockiem bardzo sobie nie radziłem ze sterowaniem na analogach. To właśnie od niego zacząłem powrót do FPS-ów i musiałem grę odłożyć do czasu, aż przyszedł AimBox. Głównie gram na Switchu w trybie handheldowym i za cholerę nie potrafiłem ustawić odpowiedniej czułości gałek, żeby na Joy-Conach dało się sensownie sterować. Mój brak wprawy i brak wspomagania żyroskopem dodatkowo nie pomógł. Próbowałem też grać na Pro Controllerze, ale było niewiele lepiej. Dopiero po przejściu Bordera i już z klawą i myszą byłem w stanie przetrwać w Rapture. Chociaż to też za dużo powiedziane… Pierwsze podejście do tego tytułu robiłem na normalu i co chwilę ginąłem. Po pięciu godzinach daleko nie zaszedłem, tylko się sfrustrowałem, ale klimat mi się spodobał i chciałem zobaczyć więcej. W drugim podejściu w godzinę obleciałem to, co wcześniej męczyłem przez pięć. I mimo że celowanie dzięki myszy szło mi znacznie lepiej, to dość szybko doszedłem do wniosku, że normal to dla mnie za wiele. BioShock zdecydowanie nie jest grą łatwą i początek może dobić. Przeciwnicy często są szybcy i wytrzymali, a do tego ciągle brakuje amunicji. Nawet jeśli próbuje się przeskakiwać między plazmidami i bronią palną, to i tak dla mniej wprawnego gracza szybko zacznie brakować zasobów. Śmierć nie jest karana, nic przez nią nie tracimy, a przeciwników zastajemy z takim stanem zdrowia, jaki mieli przed naszym zgonem. Sęk w tym, że zużyta amunicja nie wraca, a niezbyt stać nas na nową, bo a) jest droga; b) znajdujemy mało kasy. Całe szczęście w dowolnym momencie można zmienić trudności, więc większość gry przeleciałem na easy.

Czasem odczuwam taki zrzut trudności jako ujmę na honorze, ale bywa lepiej, gdy się okazuje, że łatwy nie jest taki łatwy. Jasne, kasy było więcej, znajdywanej amunicji też (prawie nie używałem plazmidów, skakanie między nimi a pukawkami było dla mnie jakieś nieintuicyjne), nie mówiąc o apteczkach, nawet zbierane obrażenia były mniejsze. Ale! Nadal trafiały się sytuacje, z których wychodziłem mocno poobijany i z bardzo uszczuplonymi magazynkami. W takich momentach nawet czułem ulgę, że nie muszę bardziej się męczyć… Chociaż pewnie byłoby łatwiej, gdyby twórcom nie zachciało się ustawić skoku na X zamiast na B, gdzie trafiła apteczka. Tak, ekspresowy dostęp do niej jest bardzo ważny, ale brak łatwego użycia skoku powinien być ważniejszy (na keypadzie skok w prawo był niemożliwy do wykonania). Na dodatek, mimo że przeszedłem grę, to nadal nie wiem, kiedy Jack biegnie. Zrobił to sam z siebie może trzy razy, a przycisku do tego nie ma, w związku z tym unikanie ostrzału i pozostałych ataków jest utrudnione. Na dodatek walczymy często w ciasnych pomieszczeniach, co znacznie utrudnia wycofanie się. Swoje żniwo zbierały też drony wypuszczane, gdy uruchomiło się alarm, czy to przy staniu w polu widzenia kamery, czy po nieudanym hakowaniu jakiegoś sprzętu.

Jeśli chodzi o eksplorację i formę prowadzenia fabuły, to jest prostolinijnie. Mamy wyznaczony cel, do którego mamy dojść, przy okazji wchodzimy w każdy możliwy zakamarek, żeby pozbierać każdą przydatną rzecz. Jest jednak kilka miejsc, w których łatwo przeoczyć np. przycisk i na chwilę przez to utknąć. Kłopotliwe bywają też chwile, gdy trzeba zebrać kilka szpargałów, żeby coś stworzyć, bo to już jest chodzenie w ciemno po mapie i łatwo coś przeoczyć. Mało interesującym dodatkiem do rozgrywki jest hakowanie automatów do sprzedaży, żeby uzyskać niższe ceny, oraz sejfów. Zadanie polega na odkrywaniu kawałków siatki, na których znajdują się elementy rurociągu, przez którzy ma przepłynąć prąd. Jeśli nie uda się poprzestawiać elementów, automat nas kopnie i zabierze nawet połowę życia. Zadanie to jest bardzo upierdliwe w zaliczaniu, szczególnie na większej trudności (jest pokazana za każdym razem na skali) i nawet z plazmidowymi ułatwieniami nie zachęca. Najciekawsze jest jednak ubijanie tatuśków, co zawsze jest wyzwaniem, i decydowanie, czy uratować siostrzyczki czy wyssać z nich cały ADAM. To, czy ocalimy wszystkie, wpłynie na zakończenie, jakie zobaczymy, a są trzy. Najgorsze jest za zabicie każdej; normalne jest jak najgorsze, tylko ton narratorki jest inny, a aby je dostać, część dziewczynek trzeba zachować, a część zabić. Dobre zakończenie wymaga uratowania wszystkich, choć jestem pewny, że jedną przez przypadek zabiłem, a i tak wpadło to dobre, więc widać jest jakiś margines błędu. Generalnie rozgrywka jest interesująca i ciągle trzyma w napięciu, choć kilka rzeczy może irytować, jak hakowanie czy problemy ze sterowaniem.

Jestem w połowie trzeciej strony tekstu, więc pora go kończyć. Ważną informacją jest jeszcze jakość portu na Switcha. Zarówno na handheldzie, jak i w doku gra chodzi płynnie. Pomijając problem Joy-Conów, rozgrywka na małym ekranie w tej pozycji wypada średnio przez taką sobie czytelność niektórych miejsc. Grafika niby wciąż wygląda całkiem dobrze, ale masa zakamarków i ciemniejszych miejsc na małym ekranie wypada tak sobie. Na większym jest już znacznie lepiej, ale lepiej widać, że gra ma już swoje lata i że tekstury są trochę rozciągnięte i poszarpane. To jednak wychodzi tylko gdy chodzimy, w trakcie walki nic już takiego nie przeszkadza, bo trzeba przeżyć! Brak spadków animacji jest zdecydowanie dużą pomocą przy tym. No ale za port odpowiada Virtuos, więc nie ma się co dziwić, że jest dobrze.

BioShock wziął mnie z zaskoczenia pod kilkoma względami. Przede wszystkim nie przepadam za tytułami, gdzie coś nagle na mnie wyskakuje i muszę to w stresie ubić, a w tej grze jest kilka takich jump scarów. Nie spodziewałem się też, że tytuł będzie miał taki klimat grozy, co również nie jest moim konikiem w wirtualnej rozgrywce, ale nie zniechęciło mnie to. Nawet wręcz przeciwnie, zaintrygowany podwodnym miastem i tym, co się z nim stało, zaprałem się, żeby ją skończyć. Musiałem się jednak uciec do dwóch podstępów: pierwszym była trudność ustawiona na easy, a drugim AimBox i granie na klawie z myszą dzięki niemu. Produkcja ta jest zdecydowanie intrygująca, ale miejscami też przekombinowania, jak chociażby hakowaniem, masą mało przydatnych plazmidów czy brakiem mapowania przycisków. Wydanie na Switcha ma zawarte trzy dodatki, które skupiają się na wyzwaniach, a nie fabule, więc nawet ich nie ruszałem z racji powyższych niedociągnięć. Generalnie BioShock jest tytułem, w który warto zagrać, ale trzeba mieć na uwadze swój skill i dostępny sprzęt. Jeżeli jesteście oblatani w FPS-ach na analogach i macie dobrego pada, to wydanie na Switcha jest dobrym wyborem. Jednak jeśli nie czujecie w nich tak pewnie, to bez klawy i myszy nie radzę do niego podchodzić, bo będzie to bardziej męczenie się niż przyjemność. Tak więc polecam, ale pod pewnymi warunkami.


Polecamy


Producent: Irrational Games
Wydawca: 2K
Data wydania: 29 maja 2020 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna (na karcie są kawałki każdej z trzech części bez pobrania danych są niemal niegrywalne)
Waga: 12,5 GB cyfrowo; 7,1 GB przy grze na karcie
Cena: 79 PLN lub 209 PLN za BioShock Collection (zestaw trzech części)

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.