Final Vendetta

Powrót do czasów automatów może być bolesny.

Żółwie Ninja pokazały ostatnio, jak z gracją wprowadzić chodzone nawalanki na salony, oddając hołd klasyce i inspiracji (w tym przypadku typowo konsolowej), dodając od siebie nowoczesne rozwiązania (jak tryby online czy dużą ilość różniących się od siebie bohaterów). Final Vendetta płynie z tym nurtem, za inspiracje biorąc jednak piekielnie trudne gry automatowe, których podstawowym zadaniem było wyżeranie monet z kieszeni chętnych na modroklepki dzieciaków.

Biedni panowie budowlańcy, chcieli tylko klasycznie “po szklanie i na rusztowanie”, a dostali hadokenem.

Ta automatowość przejawia się na bardzo wielu płaszczyznach, nie wszystkie są jednak pozytywne. Szeroki wachlarz ruchów postaci czy ich różnorodność należy zdecydowanie zaliczyć na plus, natomiast marna liczba grywalnych bohaterów (bo zaledwie troje) nie zachwyca. Podobnie zresztą jest z długością gry, sztucznie podbijaną przez bardzo wysoki poziom trudności. Jeśli narzekaliście na niepełne dwie godziny przy Żółwiach, to tutaj jest jeszcze gorzej – całość przejść da się w mniej niż pół godziny. A że niewielu do końca dotrwało, twórcy postanowili udostępnić nie tylko dodatkowe (proste) poziomy trudności, jak i pozwolili wybrać lokację, od której zaczynamy (tych mamy 8).

Znajdźki są sprytnie poukrywane – w życiu bym nie zgadł, że uderzenie mewy to dodatkowe żyćko.

Pod względem mechaniki walki mamy klasykę – ataki zwykłe, specjalne, specjalne z modyfikatorem kierunku, ataki z wyskoku, chwyty, rzuty i bloki. Uników brakuje, a blokowanie jest mocno sytuacyjne, bowiem nie uchroni nas przed większością umiejętności adwersarzy. Walkę trochę modyfikują bronie, chociaż działają dość specyficznie – przeciwnicy ich nie podnoszą, wypadają tylko z rozwalonych skrzynek czy beczek i znikają od razu, jeśli nimi rzucimy lub padniemy na plecy. Na plus zasługują znajdźki – sprytnie, niezauważalne wręcz poukrywane. Lokacje to nic specjalnego, bo dosłownie raz zjeżdżamy windą, a na jednej z map pojawiają się faktyczne przeszkadzajki (dwie z nich zjadają cały pasek zdrowia, a bardzo łatwo w nie wejść), zazwyczaj więc przemy z lewej do prawej. Poza klasycznym trybem arcade mamy też survival (niekończąca się fala przeciwników na jednym tle – strasznie ziewogenne) czy Boss Rush. Po ukończeniu któregoś z trybów mamy szansę wbić się na listę rekordów, która niestety zapisywana jest lokalnie, nie widziałem więc większego sensu w śrubowaniu wyników.

Niestety urozmaiceń eksploracji brak – max to obijanie auta i jazda windą.

Mam jednak nadzieję, że Final Vendetta nie będzie faktycznie finałowa – gra ma solidne podstawy systemowe, wygląda i brzmi całkiem ładnie, więc gdyby pojawiła się w latach 90. byłaby dziś gorąco wspominanym klasykiem. To tytuł, który robiłby furorę na automatach czy Neo Geo. I mimo że wszystko, co robi, wychodzi mu nawet dobrze, to wyraźnie odstaje – brakuje trybów online, dłuższej kampanii czy większej ilości postaci. Na porządnej promce można łapać.


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy Numskull Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Bitmap Bureau
Wydawca: Numskull Games
Data wydania: 17 czerwca 2022 r.
Dystrybucja: cyfrowa + pudełkowa
Waga: 462 MB
Cena: 100 zł

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.